
– Był wystrzał, był huk, wszyscy go słyszeliśmy – tak w sobotę prezydent Andrzej Duda komentował wydarzenia, do których z udziałem jego limuzyny doszło w piątek na autostradzie A4. – Sprawa będzie badana przez ekspertów. Jak sądzę, mam nadzieję, że zostanie zbadana porządnie i wnikliwie, bo taka rzecz się nie powinna zdarzyć – dodał.
Podczas spotkania z dziennikarzami w Istebnej głowa państwa złożyła też publicznie podziękowania oficerowi Biura Ochrony Rządu, który kierował prezydencką limuzyną w chwili, gdy doszło do pęknięcia opony. – Głębokie podziękowania i ukłony w kierunku pana kierowcy – mówił Andrzej Duda. W sobotę prezydent podkreślił też, że z całej tej sytuacji wyszedł cały i zdrowy.
Dzień wcześniej na gorąco komentował wydarzenie w TVN 24. Wtedy też chwalił kierowcę Biura Ochrony Rządu. – Zachował się przytomnie, wzorowo – stwierdził. – Zsunęliśmy się do rowu, ale nikomu nic się nie stało – dodał.
"Był wystrzał", czyli zamach...? Słowa prezydenta mogą wskazywać na to, iż podziela on pojawiające się na prawicy obawy, iż pęknięcie opony jego w "pancernym" BMW nie było spowodowane przypadkowym uszkodzeniem lub nadmiernym zużyciem. Jak informowaliśmy w naTemat, sympatyzujący z Prawem i Sprawiedliwością publicyści wzywają, by "przyjąć, że próbowano zabić prezydenta", co zaczyna przypominać znane od lat doszukiwanie się podobnych teorii wokół katastrofy smoleńskiej.
– Opony w tych samochodach to są normalne opony. To nie są opony pancerne. Oczywiście najwyższej jakości i klasy, produkowane specjalnie do takich samochodów, ale wciąż… – tłumaczył jednak w rozmowie z naTemat szef Fundacji Byłych Funkcjonariuszy BOR Leszek Baran. – Samochody BOR są pod stałą kontrolą i nadzorem. Kiedy stoją w garażu, funkcjonariusze BOR pełnią przy nich służbę wartowniczą. Gdy auta są na wyjeździe, jest podobnie. To jest niemożliwe, żeby tu było jakieś działanie osób trzecich – dodał.
