
Za PRL byliśmy rzekomo najweselszym z sowieckich baraków. Teraz, gdy rząd hybrydowo atakowany przez koniarzy pogrążył się w sztucznej mgle, okazji do czarnego humoru również nie brakuje. Nawet stroniący od "heheszkowania" komentatorzy idą w szyderstwo – naturalną reakcję obronną, gdy politycy z pełną powagą wygłaszają nonsensy. Jednak jest to śmiech przez łzy, a w chocholim tańcu wirują nie tylko politycy, lecz także ich media. Bez sprawdzenia trudno powiedzieć, co jest informacją o działaniach władzy, a co ASZdziennikiem.
REKLAMA
To nie jest kwestia różnic politycznych. Wybory parlamentarne wygrał PiS i nikt tego nie podważa (w przeciwieństwie do tego, jak PiS reagował na wyniki poprzednich, przegranych wyborów). Zwycięzcy wdrażają swoją wizję i jest to ich prawo (oczywiście o ile nie łamią Konstytucji czy innych ustaw). Problem zaczyna się wtedy, gdy politycy puszczają się poręczy lub gdy na wysokie stanowiska rząd powołuje ludzi, którzy poręczy nie widzieli nawet na oczy. Elektromagnetycznie atakowany minister Macierewicz, razem z hybrydowo krytykowanym prezydentem Dudą i sortującym posłem Kaczyńskim sprawiają, że codziennie jest Prima Aprilis połączony z Dniem Świstaka.
Rozważna i absurdalna
Nawet narodowa światopoglądowo i socjalna gospodarczo polityka może być prowadzona w sposób racjonalny, niezależnie od tego, że tak jak z każdą inną linią partyjną można się z nią nie zgadzać. Do racjonalnie prowadzonej polityki można zgłaszać poprawki i postulaty, dyskutować i spierać się, jednoczyć się w imię wspólnych celów. Jednak to wszystko przestaje być możliwością dla partnerów krajowych i międzynarodowych wtedy, gdy polityka zostaje sprowadzona do absurdu. Nie można grać w szachy z gołębiem. Co najwyżej można sobie z nim cyknąć pamiątkową fotkę przy szachownicy.
Polityka absurdu ma trzy główne płaszczyzny: hejt, insynuację i nieodpowiedzialność. O hejcie stosowanym przez PiS wobec społeczeństwa pisano już wielokrotnie. Wśród ulubionych epitetów polityków PiS wobec Polek i Polaków protestujących przeciwko łamaniu Konstytucji są komuniści, złodzieje, najgorszy sort, resortowe dzieci, wnuki, prawnuki, szmalcownicy, donosiciele, zdrajcy, ofiary schizofrenicznej aberracji, gestapowcy, wariaci czy wreszcie nie-Polacy. Dla władzy problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy ktoś w reakcji na jej obelgi wreszcie się odwinie. Polityka absurdu wymaga więcej od hotelarki, niż od prezydenta RP.
"Wiem, ale nie powiem" i "nie wiem, ale powiem"
Kluczowymi składnikami polityki absurdu są też insynuacja i nieodpowiedzialność. Partia ma władzę, ale za swoje słowa i działania nie ponosi żadnej odpowiedzialności – sytuacja idealna być może dla jej członków, ale destrukcyjna dla państwa i dyskursu publicznego.
Kluczowymi składnikami polityki absurdu są też insynuacja i nieodpowiedzialność. Partia ma władzę, ale za swoje słowa i działania nie ponosi żadnej odpowiedzialności – sytuacja idealna być może dla jej członków, ale destrukcyjna dla państwa i dyskursu publicznego.
Minister obrony narodowej publicznie głosi, że katastrofa smoleńska była aktem sowieckiego terroryzmu, a Stany Zjednoczone mają się od Polski odczepić. Szef partii rządzącej wyrzuca do kosza Konstytucję i Trybunał Konstytucyjny, bo nie wygrał wyborów z wystarczającą przewagą, by zmienić je zgodnie z prawem. Doradca prezydenta Dudy snuje rozważania o Kulczyku, który sfingował własną śmierć, a teraz wygrzewa się na Bali, oraz o hybrydowym ataku Kremla na Polskę za pomocą Komitetu Obrony Demokracji. Opary absurdu gęstnieją niczym smoleńska mgła, a władza ignoruje komunikat "Terrain ahead. Pull up!". W końcu pochodzi od krytyków PiS, czyli zdrajców Polski. A potem w razie czego będzie można krzyczeć: zamach!!!
Polityce absurdu w sukurs idą pokorni wobec władzy literaci. Najświeższym przykładem są twitterowe insynuacje dziennikarza dobrej zmiany, Cezarego "Trotyla" Gmyza, który w niedzielny wieczór wytaczał zarzuty najcięższego (przestępczego) kalibru wobec hotelarki, która - nawiązując do retoryki PiS-u - zapytała goszczącego w Krakowie prezydenta Dudę, czy smakowało mu jedzenie z jej koryta. Gdy insynuacje Gmyza rozeszły się dzięki dziesiątkom komentarzy i udostępnień, dziennikarz się wycofał. "Mój błąd" – napisał. Pomylił nazwiska na literę "K". Ale co tam, hulaj dusza, (dziennikarskiego) piekła nie ma. Polityka absurdu pozwala na to, by obrzucić kogoś błotem, a potem powiedzieć "ups!". Większość ludzi jest bezbronna, gdy władza państwowa dosięga ich medialnym ramieniem.
Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy?
Podczas gdy internauci śmieją się z elektromagnetycznych odlotów Macierewicza, hybrydowych jazd Kancelarii Prezydenta i "zdradzieckich" wykrzykników Pawłowicz, są też tacy, którzy uchylają się od komentowania gęstniejącego absurdu. Mówią, że komentowanie słów polityków bez poręczy jest nieetyczne, bo to osoby z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, czego świadectwem są teorie spiskowe, którym hołdują. Jednak nawet jeśli przyjąć taką diagnozę, to nie zmienia to faktu, że to są ludzie, którzy rządzą Polską.
Podczas gdy internauci śmieją się z elektromagnetycznych odlotów Macierewicza, hybrydowych jazd Kancelarii Prezydenta i "zdradzieckich" wykrzykników Pawłowicz, są też tacy, którzy uchylają się od komentowania gęstniejącego absurdu. Mówią, że komentowanie słów polityków bez poręczy jest nieetyczne, bo to osoby z poważnymi zaburzeniami psychicznymi, czego świadectwem są teorie spiskowe, którym hołdują. Jednak nawet jeśli przyjąć taką diagnozę, to nie zmienia to faktu, że to są ludzie, którzy rządzą Polską.
Absurdalne słowa i działania muszą to tłumaczyć pracownicy instytucji, kierowanych przez pogrążonych w oparach absurdu polityków. Pytani o ataki elektromagnetyczne i wojny hybrydowe wiją się jak piskorz, by dyplomatycznie odciąć się od bredni i jednocześnie nie rozjuszyć pracodawcy. Ich uczciwość intelektualna trafia na ołtarz polityki absurdu, ale nie za darmo – w końcu biorą za to niemałe pieniądze. Widzą zresztą, co spotyka tych, którzy ośmielą się wyłamać z chóru absurdalnych klakierów, jak Bugaj czy Staniszkis. Mają wiele powodów, by jednak zostać we mgle.
Jednak większym problemem niż moralność rzeczników dobrej strony jest to, że doszliśmy do etapu, gdy skrajny hejt, insynuacje i nieodpowiedzialność to główne składniki życia publicznego. Władza może bezkarnie oskarżać człowieka lub inne państwo, a potem powtarzać, że chodziło o coś zupełnie innego. Partia może dorzucać do pieca, zamiast tonować nastroje, a potem lać krokodyle łzy nad podziałami w społeczeństwie. Psuć wiele lat dyplomatycznego wysiłku i obniżać pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi???
Napisz do autorki: anna.dryjanska@natemat.pl
