Fot. Patdami822 / http://www.flickr.com/photos/patdami/7173609346 / CC BY http://creativecommons.org/licenses/by/2.0/deed.en

Internet zelektryzowała informacja, jakoby organizatorzy Igrzysk Olimpijskich w Londynie ustanowili absurdalny przepis na czas imprezy. Chodzi o zakaz zbliżania się do obiektów olimpijskich osobom, które mają na sobie logo firm konkurujących z oficjalnymi sponsorami imprezy. To na szczęście w dużym stopniu okazało się bzdurą. Przepisy wprowadzają taki zakaz, ale tylko dla "wybranych". - To walka z marketingiem partyzanckim - mówi naTemat Jerzy Ciszewski, specjalista od marketingu sportowego i były wiceminister sportu.

REKLAMA
Magiczna strefa cenzury miała obejmować tereny znajdujące się w odległości jednego kilometra od olimpijskich obiektów. Masz na sobie koszulkę Nike? Do widzenia. Pijesz Pepsi? Również żegnamy. Zajadasz się kurczakiem z KFC? Nie tutaj, bo oficjalnym sponsorem jest McDonald's, podobnie jak Adidas czy Coca-Cola. To samo miało dotyczyć wszystkich konkurencyjnych reklam w tym obszarze.

Serwis branżowy "Advertising Age" donosi, że w punktach handlowych umiejscowionych w wyznaczonych obszarach nie będzie można płacić kartami wystawionymi przez operatorów innych niż sponsorzy.
CZYTAJ WIĘCEJ


źródło: Press.pl

Internauci, jak to bywa w tego typu przypadkach dali wyraz swojemu niezadowoleniu. Trudno się dziwić, bo przepis brzmiał nad wyraz absurdalnie.
Zakaz tylko dla niektórych
Prawda na szczęście dla kibiców, a niestety dla oficjalnych sponsorów, nie jest jednak tak straszna. Takowy zakaz co prawda obowiązuje, ale nie dla "szarych ludzi", a jedynie osób prowadzących akcje marketingowe w odległości jednego kilometra od obiektów olimpijskich. Reguluje to regulamin imprezy.
Jeżeli ktoś nie bierze udziału w akcjach reklamowych może paradować pod stadionem w butach Nike, zajadając się kurczakiem z KFC i popijając go zimną Pepsi. Nic mu za to nie grozi, ale oficjalni sponsorzy raczej zachwyceni tym faktem nie będą.
Całą sytuacja i oburzenie z nią związane zwracają po raz kolejny uwagę na gigantyczne wpływy organizatorów i głównych sponsorów imprezy. To walka pomiędzy dwoma światami. - Światem tych, którzy są oficjalnymi sponsorami i światem tych, którzy uprawiają marketing partyzancki - mówi naTemat Jerzy Ciszewski, specjalista od marketingu sportowego i były wiceminister sportu.
Oficjalni sponsorzy mogą się zbuntować
Firmy nie wchodzą w interakcję z organizatorami tj. MKOL, UEFA czy FIFA. - A mimo to, chcą w trakcie wielkiej imprezy zaistnieć. Ten trend narasta od kilku lat - dodaje nasz rozmówca.
Ci, którzy uprawiają ten "partyzancki marketing" są bardzo kreatywni. Wystarczy spojrzeć chociażby na Euro 2012. - To po prostu walka, która nie będzie miała końca, chyba że wygra świat, który reklamuje się przy okazji tego typu imprez. Wtedy prędzej czy później wielkie firmy, które współpracują z organizatorami powiedzą, że nie będą dłużej wykładać ogromnych pieniędzy, bo przestanie im się to opłacać. A im chodzi przede wszystkim o zwrot inwestycji - wyjaśnia Jerzy Ciszewski.

"Etyczna olimpiada to kpina". Brytyjczycy wystartują w strojach wyprodukowanych przez współczesnych niewolników
Ciężko powiedzieć, jak w ogóle egzekwowanie takiego zakazu miałoby wyglądać na tak wielkiej imprezie. Jednak przypadki tego typu się już zdarzały. - Takie prawa były egzekwowane. Osoby ubrane w odzież z logiem konkurencyjnego dla oficjalnego browaru wyciągano z tłumu - mówi Ciszewski.