logo
"Polacy, którzy zmieniali świat" – najnowsza książka Marka Boruckiego opisuje sylwetki zapomnianych, choć zasłużonych rodaków. Fot. NAC

dd

REKLAMA
Specjalista od krwi
/ Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Ludwika Hirszfelda (1884-1954) powinien znać każdy honorowy krwiodawca. To bowiem za sprawą tego zasłużonego bakteriologa i immunologa, medycyna wciąż korzysta z podziału na grupy krwi: A, B, AB i 0. Oznaczenie to, będące zasługą polskiego lekarza, umożliwia dziś pobieranie i przetaczanie czerwonego płynów bez powodowania powikłań u pacjentów. Ale jeszcze wiek temu nie wiedziano, że nie każdy rodzaj krwi nadaje się do transfuzji.

Wybuch Wielkiej Wojny w 1914 roku zastał Polaka w neutralnej Szwajcarii. Ten jednak, niezrażony niebezpieczeństwem, wyruszył do Serbii, aby leczyć chorych. Epidemie były wówczas smutną rzeczywistością, ale dzięki Hirszfeldowi udało się częściowo zahamować śmiertelne żniwo. To on odkrył, że tak dający się we znaki wówczas mieszkańcom Europy tyfus jest przenoszony przez wszy. Wiedza ta pozwoliła lekarzowi później skutecznie walczyć z zakażeniami także na terenie warszawskiego getta.

Hirszfeld zasłynął także z innego powodu – dowiódł prawa dziedziczności grup krwi, z którego korzystano niegdyś przy ustalaniu ojcostwa. Współcześnie w celu ustalenia ojcostwa korzysta się z materiału genetycznego, poddawanego skomplikowanej analizie porównawczej. Ale to polski lekarz przetarł szlaki dzisiejszym genetykom. Był ponadto pionierem hematologii i serologii, biegłym sądowym, zakładał stacje krwiodawstwa. Niewiele brakowało, a za osiągnięcie w dziedzinie medycyny dostałby Nobla (był nominowany w 1950 roku).

Wirtuoz nożyczek
/ Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Nazywał się Antoni Cierplikowski (1884-1976) i początkowo nic nie zapowiadało, że stanie się człowiekiem, z którym liczyć się będą gwiazdy Hollywood. A jednak, trafił z biedy za wielki ocean, gdzie stał się synonimem elegancji i dobrego smaku. To on wyznaczał fryzjerskie trendy! Nazywano go różnie, ale zawsze podkreślano ogromny talent człowieka, który z nieznanego nikomu "rzemieślnika" z Sieradza stał się, jak chciały tłumy fanek, "Napoleonem kobiecej fryzury" czy "Papieżem lokówki".

Pierwszy zakład fryzjerski założył w 1910 roku w Paryżu, a w latach 20. miał ich już około 60, i to na całym świecie. Do salonów Antoine'a dobijały się znane aktorki, gwiazdy estrady, ludzie kultury i sztuki, a także... księżniczki i królowe. Wirtuoz grzebienia i nożyczek dorobił się wielkiego majątku, czesał takie gwiazdy kina jak Greta Garbo, Brigitte Bardot czy Marlena Dietrich. W umiejętności Polaka wierzyła też słynna Edith Piaf.

Cierplikowski, znany po prostu jako mistrz Antoine, wylansował damską fryzurę "na chłopczycę". Tworzył też autorskie kosmetyki i perfumy. Zaprojektowane przez niego elementy garderoby jak i peruki kosztowały krocie. Ale wszyscy doceniający niezwykły kunszt Polaka wiedzieli, że to dobrze wydane pieniądze. Nie przeszkadzało im też, że ich bożyszcze, artysta-ekscentryk, chodził w butach na wysokich obcasach i sypiał w szklanej trumnie...

Dobroczyńca żołnierzy
/ Fot. Wojskowy Instytut Techniki Inżynieryjnej im. J. Kosackiego
Józef Kosacki (1909-1990), z zawodu inżynier elektryk, był człowiekiem wszechstronnym, przede wszystkim zaś saperem (w stopniu porucznika) oraz wynalazcą. Kiedy wpadł na pomysł stworzenia urządzenia, które zrewolucjonizowało losy zwykłego żołnierza na wojnie, mało kto wierzył w jego sukces. A jednak. "Polish Mine Detector" Kosackiego, czyli po prostu ręczny wykrywacz min, szybko stał się narzędziem, bez którego żadna armia długo nie mogła się obyć.

O tym dziejowym wynalazku zadecydował przypadek – pewnego razu członkowie polskiego patrolu zostali wręcz rozerwani na strzępy, przez nieuwagę zbliżając się do jednej z min. Kosacki, pomny tragicznego losu kolegów, wziął się do roboty i skonstruował prototyp wykrywacza w zaledwie 3 miesiące. Jako pierwsi z wynalazku Polaka skorzystali jesienią 1941 roku Brytyjczycy – nic dziwnego, w czasie II wojny światowej Polskie Siły Zbrojne organizowały się bowiem właśnie za kanałem La Manche.

Jak się okazało, detektor był strzałem w dziesiątkę! Nie tylko zapobiegł cierpieniom żołnierzy, lecz takze wpłynął, jak mówiono, na losy wojny. Kosacki pozostał sobą, nie gonił za sukcesem i sławą, nie zabiegał o bogactwo. Dobrowolnie zrzekł się patentu na swój wynalazek. Z powodzeniem wykorzystywany w wielu armiach świata niemalże do końca XX wieku.

Polska Matka Teresa
/ Fot. K. Sikorska / Agencja Gazeta
Któż słyszał o polskiej świeckiej misjonarce z Poznania, która przez prawie pół wieku poświęcała się dla biednych i chorych? Wiele łączyło ją z dzisiejszą błogosławioną Kościoła katolickiego Matką Teresą z Kalkuty, ona także całe swe dorosłe życie poświęciła na pracę dla drugiego człowieka. Wanda Błeńska (1911-2014) była doskonałym fachowcem, lekarzem z wieloma specjalnościami. Mogła dalej robić karierę, ale wybrała codzienny trud i opiekę nad trędowatymi w Afryce.

Zanim w 1950 roku dotarła na Czarny Ląd, uzyskała dyplom Instytutu Medycyny Tropikalnej i Higieny. Wcześniej, w czasie wojny, udzielała się w konspiracji, była nawet komendantką oddziału kobiecego AK i więźniem Gestapo. Przeszła swoistą szkołę życia, która wyczuliła ją na cierpienie innych. – Nikt z nas nie żyje tylko dla siebie – powie po latach w jednym z wywiadów skromna pani doktor.

Pracując w Afryce, zetknęła się z biedą, chorobami, śmiercią. Najpierw pomagała w Kenii, potem w Ugandzie. Ponad 40 lat leczyła potrzebujących w Bulubie nad Jeziorem Wiktorii. Nazywano ją "Matką Trędowatych", a papież-Polak mówił o niej: "polska Matka Teresa". Co ciekawe, obie misjonarki miały okazję się poznać. Do spotkania doszło w 1987 roku w indyjskiej Kalkucie.

"Odkrywca" Księżyca
/ Fot. Biuletyn Politechniki Warszawskiej
Polak biorący aktywny udział w eksploracji Srebrnego Globu? Otóż to. Nazywał się Mieczysław Bekker (1905-1989) i to on, o czym ówcześnie w Polsce i na świecie dziwnie milczano, skonstruował maszynę, znaną powszechnie jako księżycowy łazik. Pracował wówczas w znanym amerykańskim koncernie samochodowym General Motors, piastując intratne stanowisko dyrektora Instytutu Badań. Gdy w 1961 roku NASA ogłosiła konkurs na projekt pojazdu, który z powodzeniem mógłby pracować na Księżycu, Polak nie miał sobie równych.

W jego Lunar Roving Vehicle (LRV) zastosowano najnowsze rozwiązania techniczne, a elastyczne podwozie gwarantowało sukces w zetknięciu z nierówną księżycową powierzchnią.
Łazik ważył nieco ponad 200 kg, ale na swój pokład mógł zabrać ponad dwukrotnie więcej, bo aż pół tony ładunku. Pojazd z powodzeniem wykorzystano w trzech misjach – Apollo 15, 16 i 17.

– Według opinii wszystkich astronautów biorących udział w trzech wyprawach pojazdy znakomicie spełniły swoje funkcje, były bardzo zwrotne, doskonale wspinały się na stoki, docierały do miejsc, do których człowiek w ciężkim skafandrze nigdy by nie doszedł. Wynalazek polskiego inżyniera nazwano "fenomenalnym osiągnięciem". W Ameryce oceniono, że dzięki zastosowaniu pojazdów Bekkera uzyskano 70 proc. więcej informacji o Księżycu niż gdyby poruszano się bez nich – podsumowuje Marek Borucki, autor drugiej części książki "Wielcy zapomniani. Polacy, którzy zmienili świat".[photo position="inside"]460469[/photo]
/ Fot. Wikimedia Commons / Domena publiczna
/ Fot. Biuletyn Politechniki Warszawskiej