Chcieli poszukać firmowego idola, a znaleźli Mr Hyde'a
Chcieli poszukać firmowego idola, a znaleźli Mr Hyde'a Shutterstock.com

– Wybierzmy naszego modelowego pracownika, kogoś, na kim chcecie się wzorować, inspirować jego historią w trudnych momentach pracy - zaproponował prezes korporacji zatrudniającej w biurze w Warszawie ponad 700 osób. Miło być sympatycznie i mobilizująco. Bo wydawało się, że pracownicy wybiorą kogoś, kto będzie szlachetnym wzorem do naśladowania.

REKLAMA
Ruszyło anonimowe głosowanie i już po kilku dniach okazało się, że eksperyment się nie udał. Na nic wszystkie badania socjologów i raporty ekspertów chwalące atmosferę pracy w korporacjach. Bo w tym wypadku firma okazała się faktycznie krainą zła, płynącą nadgodzinami, permanentnym stresem i wiecznie gonionymi "asapami".
– Byłam w szoku. Mamy w firmie mnóstwo pozytywnych przykładów karier. Ludzi, którzy odłożą własne obowiązki, by pomóc koledze dogonić uciekający deadline projektu. Takich, którzy karierę zaczynali w tej firmie od stażu studenckiego, a po latach należą do grona wspólników nagradzanych premiami od zysku. Są też i tacy, którzy w naszym systemie mierzącym wydajność pracy z klientami osiągają 150-180 procent tzw. utylizacji. Czyli pracują na dwa etaty - opowiada Karolina, menedżer średniego szczebla w firmie, która o nieudanym eksperymencie napisała do redakcji.
Modelowym pracownikiem (a w oryginalnej korpomowie "role model") firmy został bowiem autentyczny karierowicz. Dyżurny lizus, który dla zwrócenia na siebie uwagi szefów ujawni niby przypadkowo każdy błąd konkurencyjnego zespołu. "Obibok zwalający pracę na innych". Do tego "cham, który nie odpowiada na rzucone w kuchni cześć". To relacja pracownicy. Więcej określeń nie ma sensu cytować. Niemal w każdej firmie znajdzie się taki Dyzma.
Mistrz kompetencji
Rozmówczyni naTemat dodaje, że nie tylko ona jest zszokowana wyborem. Zdziwieni byli wszyscy, których pytała o zdanie. Szepcze się o tym na korytarzach. A jednak ktoś, i to wcale nie tak mało osób, oddał głos na kontrowersyjnego kandydata. Zebrał ponad 20 procent głosów w wewnętrznej ankiecie. Co z tego wynika?
Tłumaczy Przemysław Mosakowski, specjalista ds. produktywności osobistej i ekspert korporacyjnego życia: – Zaskakujący dla wszystkich wybór może wynikać z tego, że grupa uznała go za idealny wybór - doceniając jego kompetencje i doświadczenie biznesowe, wierząc, że podzieli się z pracownikami cennym feedbackiem, a pomijając jego inne zachowania. Wybraniec jest mistrzem gier korporacyjnych, wywierania wpływu, manipulacji i zdobył sobie sojuszników w walce o wygraną w głosowaniu.
Dodaje, że gdyby w firmowej ankiecie pytanie padło wprost o najsympatyczniejszego pracownika, wybór mógłby być zupełnie inny. Za to w sprawach kariery pracownicy doceniają zgoła inne wartości, czyli skuteczność w wyścigu po awans i coś, co opisujemy formułą "jak się nie narobić, ale zarobić." – Osobiście obstawiam też inny scenariusz. Grupa pracowników trochę na przekór, na złość wybrała go jako anty-przykład do naśladowania. Liczą na to, że otrzymując w pracy eksponowaną funkcję "modelowy pracownik" szybko zacznie popełniać błędy, wyłoży się, zrezygnuje i zejdzie ludziom z oczu - ocenia Mosakowski.
Po co biurowym korporacjom modelowy pracownik? To miał być ktoś stawiany za wzór. Niczym pracownik miesiąca McDonalds, albo sprzedawca miesiąca banku Getin Noble. Za największą liczbę sprzedanych produktów nagradzano tam kabrioletem BMW - "proszę, jest twój do poniedziałku".
Bohater nieoświeconych
Nawet "nieoświecone firmy" potrzebują pozytywnych bohaterów dla uzasadnienia "kultury sita". Zakłada ona, że co roku przyjmuje się do pracy dużą grupę absolwentów. Stały odsetek pracowników awansuje, za to inni, najgorzej oceniani i uznani za niedostosowanych, zostają zwolnieni. W ten sposób korporacja zasilana jest wciąż nowymi pracownikami, a ci, którzy chcą przetrwać przez 5 czy 10 lat (co jest doskonałym wynikiem), muszą wciąż walczyć o ocenę „powyżej oczekiwań" i z roku na rok pracować coraz więcej.
Nawet menedżerowie działu HR, którzy wymyślili całą tę grę, byli zdziwieni. Woleliby, aby tak w wydaniu gazety "Głos Mordoru" i plebiscycie na sympatycznego pracownika biurowego zagłębia w Warszawie, zwyciężyła najbardziej uśmiechnięta i świeżo przyjęta do pracy recepcjonistka. A jeszcze lepiej, gdyby wygrał typowy słoik, który po spakowaniu manatków w Łukowie po kilku latach ciężkiej pracy został menedżerem w Warszawie. Taką karierę zawsze można przeciwstawić popularnym medialnym historiom pod tytułem "rzucił pracę w korpo i został… "
Inaczej wypada tylko z godnością przyjąć krytykę. 8 na 10 pracowników korporacji pracuje na wysokich obrotach, a niemal połowie zdarzało się pracować 14 godzin dziennie. Co trzeci pracownik ma zaburzony work-life balance, a co szósty jest zestresowany pracą zanim do niej dojedzie - wynika z raportu TNS i marki napoju energetycznego Tiger.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl