– Wszystkie jesteśmy zakonnicami – mówi Marta Abramowicz, autorka książki "Zakonnice odchodzą po cichu".
– Wszystkie jesteśmy zakonnicami – mówi Marta Abramowicz, autorka książki "Zakonnice odchodzą po cichu". fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

– Ciężka sytuacja zakonnic w Polsce jest zwielokrotnieniem trudnej sytuacji kobiet. Dlatego wszystkie jesteśmy zakonnicami. Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania ma dużo do zrobienia – mówi Marta Abramowicz, autorka książki "Zakonnice odchodzą po cichu".

REKLAMA
Anna Dryjańska: Dlaczego twoim zdaniem minister Kaczmarczyk w swoim przemówieniu na Kongresie Kobiet zwrócił uwagę na zakonnice?
Marta Abramowicz: Domyślam się, zaapelował o szacunek do nich, bo dostrzega, że zakonnice są w trudnej sytuacji.
Myślisz, że pełnomocnik rządu PiS ds. równego traktowania przeczytał twoją książkę?
Nie wiem, ale jeśli naprawdę leży mu na sercu sytuacja zakonnic, to powinien to zrobić. Bo już najwyższy czas na to, by polskie zakonnice miały równe prawa.
A nie mają?
Teoretycznie tak, praktycznie nie. Podobnie jak kobiety jako takie – według Konstytucji mamy równe prawa, ale w rzeczywistości jesteśmy dyskryminowane. Zakonnice to też kobiety. One same – na łamach „Więzi” czy „W drodze” – mówią: księża nie traktują nas z szacunkiem. Bóg nie chce, żebyśmy były wycieraczkami – jak podsumowała to siostra Celestyna Giertych.
W mojej książce „Zakonnice odchodzą po cichu” dominikanie przyznają, że niektórzy kapłani traktują zakonnice jak służące. Padają nawet słowa o współczesnych niewolnicach. Sytuacja zakonnic jest odbiciem sytuacji kobiet w ogóle, wynika ze stosunku mężczyzn do kobiet. Dlatego powiem: wszystkie jesteśmy zakonnicami.
logo
– Dotarcie do dwudziestu byłych zakonnic zajęło mi pół roku – pisze Marta Abramowicz. fot. KrytykaPolityczna.pl
Co łączy zakonnice z resztą kobiet?
Przede wszystkim tradycyjne definiowanie ich roli. Od kobiet oczekuje się rodzenia dzieci i opiekowania nimi, posłuszeństwa mężowi, wykonywania wszystkich obowiązków domowych nawet wtedy, gdy pracują zawodowo. Jeśli ktoś ma wątpliwości, polecam badania CBOS-u z 2013 roku – w ponad 80 proc. polskich domów wyłącznie kobiety piorą i prasują, a w ponad dwóch trzecich tylko one gotują. Poza tym tradycyjnie wymaga się od ich milczenia w sferze publicznej.
Zakonnice nie rodzą, przynajmniej oficjalnie.
Nie, ale Kościół mówi o macierzyństwie duchowym, natomiast cała reszta jest podobna. Zakonnice biorą udziału w życiu publicznym, nie widzi się potrzeby ich kształcenia, podczas gdy mężczyźni mający zostać księżmi z definicji studiują w seminariach.
Nie ma danych o wykształceniu zakonnic, natomiast wiadomo, że na uczelniach wyższych pracuje 810 ojców (12 proc. wszystkich zakonników) i 69 sióstr (0,3 proc. zakonnic). Zakonnice pełnią role opiekuńcze – prowadzą przedszkola, ośrodki pomocy. Poza tym sprzątają, piorą, prasują, gotują – nie tylko dla siebie, lecz także dla księży i biskupów. Muszą się też same utrzymać i jeszcze księdzu zapłacić za odprawienie mszy. Spowiednikowi też. A przecież nie dostają coniedzielnej ofiary na tacę...
Czyli nieodpłatna praca kobiet to problem, który charakteryzuje również zakonnice.
A do tego kiedy odchodzą z zakonu okazuje się, że nie mają prawa do zasiłku dla bezrobotnych. Dlaczego? Bo najczęściej nie miały żadnej umowy o pracę, a zgodnie z prawem, kto nie był zatrudniony 18 miesięcy przed zarejestrowaniem, temu zasiłek nie przysługuje.
Na czym jeszcze polegają podobieństwa między zakonnicami a resztą kobiet?
Dawniej mówiono "Albo mąż albo mury okiełznają kobietę". Chodzi oczywiście o mury klasztoru. W średniowieczu na soborze zdecydowano, że zakonnice nie będą mogły wychodzić za klauzurę. Tak powstały zakony kontemplacyjne, gdzie mniszki spędzały całe życie w obrębie murów. Mężczyźni nigdy nie mieli takiego ograniczenia.
Dopiero w XIX wieku zaczęły powstawać zgromadzenia czynne. Były zakładane przez ówczesne feministki, kobiety charyzmatyczne, które chciały rozwiązywać problemy swojej epoki: pomagały biednym, opiekowały się chorymi, otwierały szkoły dla dziewcząt albo ochronki dla dzieci na wsiach. Kościół długo nie chciał uznać takiej samodzielności kobiet. To były czasy, kiedy za kobietę wciąż decydował mąż, ojciec albo brat, a księża i biskupi byli przeciwni edukacji kobiet i ich prawom wyborczym.
Zakonnik
"Zakonnice odchodzą po cichu", str. 180.

W męskich zakonach jest dużo więcej wolności. Jak chcę, to otwieram mój laptop i sprawdzam coś w internecie. Mam pieniądze, płacę za swój telefon. A siostra? Jeśli w ogóle ma komputer, to bez dostępu do sieci. Za każdym razem musi powiedzieć przełożonej, na jaką chce wejść stronę i po co - wtedy być może dostanie zgodę.

W mediach w charakterze ekspertów od wszystkiego występuje wielu księży lub zakonników. Nie przypominam sobie zakonnicy bywającej w mediach w podobny sposób.
Zakonnice rzadko wypowiadają się publicznie, gdyż jest to źle widziane. Bohaterki mojej książki mówiły o tym, że były uczone posłuszeństwa przełożonym, a samodzielne myślenie i podejmowanie decyzji nie wchodziło w grę. Na wszystko potrzebna była zgoda przełożonej: na każde wyjście poza klasztor, przeczytanie książki, umycie włosów, nawet na napicie się wody pomiędzy posiłkami. Trudno więc w takich warunkach wyobrazić sobie, żeby siostry zabrały publicznie głos. Ideałem jest bycie cichą i pokorną jak Maryja.
Może w męskich zakonach jest podobnie?
Jeden z dominikanów w mojej książce mówi: „Siostra chciała pójść na cmentarz i odwiedzić grób znajomej, akurat była w okolicy. Przełożona nie wyraziła zgody, nie wyjaśniła dlaczego. Ja nie musiałbym prosić o pozwolenie. Powiem więcej – gdybym zapytał o tak małą rzecz, pokazywałoby to moją "niedojrzałość.” Jego przełożony dodaje: „A ja zdziwiłbym się, że nie potrafi sam zadecydować. Zaniepokoiłby mnie ten brak samodzielności”. W męskich klasztorach jest więcej wolności niż w kobiecych.
Sobór watykański II nie wyrównał sytuacji kobiet i mężczyzn w zakonach?
Historie, które dziś opowiadały mi moje bohaterki były bardzo podobne do wspomnień sióstr z lat 50., czyli z lat przedsoborowych. Jakby czas w żeńskich zakonach w Polsce się zatrzymał. Po soborze nastąpiła rewolucja, ale na Zachodzie. Siostry zrzuciły habity, posłuszeństwo stało się bardziej dialogiczne. W USA zakonnice zaczęły upominać się o prawa kobiet i angażować w ruchy społeczne.
Może właśnie dlatego polscy biskupi robią awanturę o równość płci, czyli gender? W relacjach zebranych w twojej książce widać wyraźnie, że część księży traktuje zakonnice jak służące.
Jestem ciekawa, co by się stało, gdyby nagle zakonnice odmówiły sprzątania kurii biskupich, prasowania albo gotowania kapelanom obiadów – notabene zawsze lepszych, niż same jedzą – czy ustrajania kościołów. Ale jest jeszcze ciemniejsza strona zależności zakonnic od księży.
Jaka?
Kilka moich bohaterek opowiadało mi o tym, jak księża je napastowali seksualnie. Siostra Iwona mówiła: „Zachodził mnie od tyłu, jak na kolanach szorowałam korytarz, łapał za pupę i powtarzał: pokręć się moja sarenko”. Siostra Zuzanna: „Był mną zainteresowany. Cały czas próbował mnie dotykać, głaskać, poklepywał, patrzył w oczy”.
Siostra Urszula: „Przyjeżdżał do nas do zakonu i zawsze prosił o mnie. Stary, gruby, obleśny facet, dwa doktoraty, znajomy Papieża. Osaczał mnie. Nie jadł w jadalni, tylko w pokoju. Bałam się tam chodzić. Matka wiedziała o wszystkim, nie byłam pierwsza. Ale ona tylko mówiła: Ojciec specjalnie prosił o siostrę. Siostra powinna się cieszyć, że ma kontakt z tak wielkim umysłem.” Jak widać, jest wiele do zrobienia dla pełnomocnika rządu ds. równego traktowania.
Dlaczego zakonnice odchodzą?
Moje bohaterki odeszły, dlatego że nie były w stanie realizować swojego powołania w zakonie. Te sytuacje, o których tutaj mówimy i wiele innych opisanych w książce, stawia je w obliczu konfliktu sumienia. Albo też są wydalane ze zgromadzenia. Przed ślubami wieczystymi nie jest to trudne: można na przykład powiedzieć siostrze, że nie ma powołania.
logo
Kościół hierarchiczny nie oferuje żadnej pomocy odchodzącym zakonnicom. fot. Grzegorz Skowronek / Agencja Gazeta
Czy Kościół oferuje pomoc kobietom, które podjęły decyzję o wystąpieniu z zakonu?
Pomoc? Jaką? Moje bohaterki o niczym takim nie słyszały. Natomiast świetnie wiedzą, że odejście z zakonu to temat tabu i nie należy o tym mówić głośno.
Zakonnice wychodzą z klasztoru z niczym?
Nie mają żadnych pieniędzy, zdarza się, że nawet spódnicę muszą pożyczyć. Każda siostra wstępując do zakonu podpisuje dokument, że zrzeka się wynagrodzenia za swoją pracę. Nic im się nie należy. Tylko od dobrej woli przełożonej zależy, czy da im jakieś pieniądze, czy 200 czy 2 000 złotych, czy tylko na bilet.
Tu mogą pojawić się głosy, że przecież te kobiety wstępując do zakonu same wiedziały, na co się piszą. Będą padać pytania: dlaczego tolerowały złe traktowanie, dlaczego nie odeszły wcześniej? Może same tego chciały?
Jeśli nam, ludziom świeckim, jest trudno pozwać swojego pracodawcę, choć możemy przecież zmienić pracę i odpocząć w domu, to jak trudno musi być zakonnicy? Przecież byłoby to złamanie ślubu posłuszeństwa, rozumianego jako całkowite poddanie się woli przełożonej. A do tego siostra nie może zmienić zakonu, pozostanie w nim razem z przełożoną i nie może odetchnąć i nabrać dystansu, bo przebywa w klasztorze cały czas.
A o innych powodach już mówiłyśmy – młode zakonnice są oduczane samodzielnego działania i myślenia. Po pewnym czasie przestają ufać swojemu osądowi.
To samo obwinianie słyszymy zresztą w dyskusjach o innych ofiarach przemocy. Żadna z bohaterek mojej książki nie wiedziała, co ją czeka w klasztorze. Trafiała tam jako 18-latka, wierząca w Boga i w to, że w zakonie będzie mogła czynić dobro. Myślała, że zakon to wspólnota, która będzie się wspierać nawzajem. Potem młode dziewczyny zderzają się z rzeczywistością.
Twoja książka wywołała burzę. Ludzie piszą do Ciebie?
Dostałam już listy od blisko stu byłych zakonnic. Wszystkie dziękują mi za ten reportaż, gratulują odwagi. Piszą, że książka pomogła im pozbyć się poczucia winy, że teraz już wiedzą, że nie one jedne mają takie doświadczenia. Dostałam też kilkaset listów od przyjaciół i rodzin zakonnic czy osób świeckich pracujących z siostrami. W podobnym duchu.
Same pozytywne reakcje? Nie wierzę.
Nie, oczywiście, że nie. Portale katolickie przestrzegają przed moją książką. Że nie należy jej czytać, bo to kłamstwa i atak na zakonnice. Piszą to osoby, które są dumne z tego, że nie czytały książki. A w jednym ze zgromadzeń przełożona rozsyła listy do sióstr z ostrzeżeniem, że moja książka jest narzędziem szatana, więc jej lektura to grzech.

MARTA ABRAMOWICZ

Dziennikarka, badaczka, psycholożka. Reportażu uczyła się pod okiem Hanny Krall? Napisała wiele tekstów lekkich, gazetowych, i sporo poważniejszych, naukowych, w tym kilka książek. Robi badania społeczne, najczęściej o ludziach, którym trudniej się odnaleźć. Zawsze najbliżsi byli jej wykluczeni, więc od lat z różnymi organizacjami pozarządowymi szuka sposobów na zmianę świata. Czytaj więcej

Kontakt z Martą Ambramowicz: www.MartaAbramowicz.pl

Napisz do autorki: anna.dryjanska@natemat.pl