
Od lat człowiek słyszał, jak we Francji jest dobrze. Jak dobrą politykę prorodzinną prowadzą, jakie są ulgi, zniżki, przywileje dla pracowników. 5 tygodni urlopu, 35-godzinny tydzień pracy, dużo czasu dla rodziny. Żyć nie umierać. A teraz prezydent Hollande chce to Francuzom mocno ograniczyć. W kraju aż się gotuje, protesty tylko się nasilają, wybuchają zamieszki. Strajki właśnie sparaliżowały komunikację. To koniec francuskiego socjalu?
A ochrona jest ogromna. Zaledwie kilka dni temu pewien mieszkaniec Paryża pozwał firmę kosmetyczną, w której pracował zarabiając 90 tys. dolarów rocznie, ponieważ się w niej nudził. 44-letni Frédéric Desnard żąda odszkodowania, bagatela – 400 tysięcy dolarów.
"Zwolnienie pracownika we Francji bardzo często oznacza sprawę w sądzie, procedury trwające kilka tygodni, duże odszkodowania, które przewiduje liczący 3400 stron kodeks pracy. Pracodawcy nienawidzą tej grubej księgi". Czytaj więcej
Nowe przepisy – którymi ma się jeszcze zająć Senat – wprowadzają wiele ograniczeń dla pracowników, a dają więcej możliwości pracodawcom. Trudno się dziwić, że raczej się nie podobają. Kto nie chciałby mieć 30 dni urlopu w ciągu roku przy 35 godzinnym czasie pracy? Kto nie chciałby mieć gwarancji, że z "powodów ekonomicznych" nie zostanie zwolniony? Komu nagle miałoby się spodobać, że będzie musiał pracować przez 44 godziny w ciągu 6 dni.
Protesty trwają już od dwóch miesięcy, ale we wtorek były chyba największe. Spór o to, ilu ludzi wyszło tego dnia na ulice do złudzenia przypominał niedawne polskie wyliczanki. Według władz w Paryżu protestowało niecałe 70 tysięcy ludzi. Według organizatorów – nawet 220 tysięcy.
Działania Hollende'a mają też drugie dno. Nie podobają się nawet wszystkim w jego Partii Socjalistycznej. Po co mu to? – można spytać. I tak jest chyba najmniej lubianym spośród francuskich przywódców.
napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl
