
Pięć tygodni w namiotach na wysokości ponad 4 tys. metrów. Najbliższy telefon 50 km dalej w bazie wojskowej. Uzbrojeni żołnierze snuli się na planie filmowym, bo miejsce kręcenia filmu to tereny sporne między Indiami a Pakistanem. Efekt? Jedna z najbardziej oczekiwanych premier bollywoodzkiego kina, w której wzięli udział Polacy.
REKLAMA
Wysoko, coraz wyżej
Dolina Nubry leży w Himalajach na wysokości ponad 3,5 tys. metrów, a Jezioro Pangong jeszcze wyżej na granicy indyjsko-chińskiej. Aby tam dojechać, trzeba pokonać przełęcz Khardung La. Hindusi reklamują ją, jako najwyższą przejezdną przełęcz. Niewielu Europejczyków miało okazję widzieć Pangong, a co dopiero wykąpać się w jego wodach. – Ja nawet sporo się jej opiłem, z sześć razy spadałem do niej z konia. Woda była lodowata – wspomina Michał Sanczenko z Polskiego Stowarzyszenia Łucznictwa Konnego i jeden z bohaterów filmu.
Dolina Nubry leży w Himalajach na wysokości ponad 3,5 tys. metrów, a Jezioro Pangong jeszcze wyżej na granicy indyjsko-chińskiej. Aby tam dojechać, trzeba pokonać przełęcz Khardung La. Hindusi reklamują ją, jako najwyższą przejezdną przełęcz. Niewielu Europejczyków miało okazję widzieć Pangong, a co dopiero wykąpać się w jego wodach. – Ja nawet sporo się jej opiłem, z sześć razy spadałem do niej z konia. Woda była lodowata – wspomina Michał Sanczenko z Polskiego Stowarzyszenia Łucznictwa Konnego i jeden z bohaterów filmu.
Zwrócili się do najlepszych
Hindusi z ogromną niecierpliwością oczekują premiery „Mirzy”. Zostało do niej jeszcze kilka miesięcy. Tymczasem w czerwcu superprodukcja będzie promowana na festiwalu filmów bollywoodzkich w Hiszpanii. Zaproszono już Polaków. W „Mirzye” zagrało ich dziewięciu. Najprawdopodobniej film pojawi się na dużych ekranach na początku października.
Hindusi z ogromną niecierpliwością oczekują premiery „Mirzy”. Zostało do niej jeszcze kilka miesięcy. Tymczasem w czerwcu superprodukcja będzie promowana na festiwalu filmów bollywoodzkich w Hiszpanii. Zaproszono już Polaków. W „Mirzye” zagrało ich dziewięciu. Najprawdopodobniej film pojawi się na dużych ekranach na początku października.
Mateusz Gieryn, kolejny z ekipy, wzrusza ramionami na pytanie, czy był zaskoczony propozycją zagrania w filmie: – My i generalnie polscy łucznicy konni, jesteśmy znani na świecie. Zwrócono się do nas, bo nie tylko jesteśmy jednymi z najlepszych, ale w Polsce łatwo zebrać ekipę. Jest nas z kilkudziesięciu na przyzwoitym poziomie w innych krajach po dwóch, trzech.
To z pewnością nie okup
– Początkowo sceptycznie podchodziłem do propozycji z Indii – przyznaje Sanczenko. Uwierzył, gdy przesyłano kolejne dokumenty, kwestionariusze, do których trzeba było wpisać nie tylko kolor oczu i wzrost, ale nawet długość ramion, obwód klatki, itd.
– Początkowo sceptycznie podchodziłem do propozycji z Indii – przyznaje Sanczenko. Uwierzył, gdy przesyłano kolejne dokumenty, kwestionariusze, do których trzeba było wpisać nie tylko kolor oczu i wzrost, ale nawet długość ramion, obwód klatki, itd.
Na grzbiecie wirusa
On poleciał wcześniej, aby przygotować konie z rasy marwari, żyjące tylko w Indiach. Mają charakterystycznie wygięte uszy i – zgodnie z legendą – wirusa, który podobno zabija konia, gdy ten opuszcza subkontynent. A może to plotka, którą Hindusie rozpuścili, aby Brytyjczycy nie wywieźli wszystkich marwarii?
On poleciał wcześniej, aby przygotować konie z rasy marwari, żyjące tylko w Indiach. Mają charakterystycznie wygięte uszy i – zgodnie z legendą – wirusa, który podobno zabija konia, gdy ten opuszcza subkontynent. A może to plotka, którą Hindusie rozpuścili, aby Brytyjczycy nie wywieźli wszystkich marwarii?
Po przylocie reszty ekipy najpierw trafili w ręce charakteryzatorów z Mumbaju. Zapuszczane od kilku miesięcy brody zostały pofarbowane, skóra przyciemniona, na twarzach przybyło kilka blizn. I wylot do miasta Leh w Ladakh, krainy nazywanej też Małym Tybetem. Ekipa kręciła w scenografii doliny Nubry.
Koń mi się przypalił
– Warunki katorżnicze, ponad trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Pogoda zmienna i kapryśna, a rano i wieczorem bardzo zimno. W południe słońce paliło nam karki. Braliśmy specjalne tabletki, aby pokonać brak tlenu. Nasze konie też ledwo znosiły te warunki. Jednym słowem było... świetnie! – komentuje Sanczenko.
– Warunki katorżnicze, ponad trzy tysiące metrów nad poziomem morza. Pogoda zmienna i kapryśna, a rano i wieczorem bardzo zimno. W południe słońce paliło nam karki. Braliśmy specjalne tabletki, aby pokonać brak tlenu. Nasze konie też ledwo znosiły te warunki. Jednym słowem było... świetnie! – komentuje Sanczenko.
W strefie zmilitaryzowanej nie działały żadne telefony. Gieryn: – Kiedy już musiałem zadzwonić, jechałem do bazy wojskowej oddalonej o 50 km.
Dzień zaczynali o 3.30, aby dwie godziny później już być na planie filmowym. Jeśli pogoda dopisała, kręcili do 21.30. Wyzwaniem było porozumienie się z obsługą techniczną.
– Zwłaszcza z pirotechnikiem. Miało być tylko kilka wybuchów daleko od nas, a tymczasem od jednego z wybuchów koń mi się przypalił – śmieje się konny łucznik, Michał Szubski.
Najbardziej zachwycił się pościgiem na pustyni, no i przejazdem przez przełęcz Khardung La na pogranicze indyjsko-chińskie.
– Ogromne przepaście, a kierowca czasem nawet nie patrzył na drogę. Rozmawiał z pasażerami. Z jednej strony przerażenie, z drugiej zachwyt widokami – Michał Szubski z AMM Archery wciąż ekscytuje się na wspomnienie wyjazdu.
Dwa zakończenia jednego filmu
Teraz polska ekipa z „Mirzy” przygotowuje się do wyjazdu do Hiszpanii. Na festiwalu bollywoodzkich filmów będzie promowana nowa produkcja. Pokaz łuczników ma być jednym z głównych jej elementów promocji. Tym razem zbierają swoje konie.
Teraz polska ekipa z „Mirzy” przygotowuje się do wyjazdu do Hiszpanii. Na festiwalu bollywoodzkich filmów będzie promowana nowa produkcja. Pokaz łuczników ma być jednym z głównych jej elementów promocji. Tym razem zbierają swoje konie.
– Jestem ciekaw filmu. Produkcja była trzymana w tajemnicy. Nie mogliśmy publikować zdjęć z planu. Znaliśmy tylko fragment scenariuszu. Nagraliśmy dwie wersje zakończenia. W jednej to ja ginę z rąk Mirzy, a w drugiej to on umiera – śmieje się Sanczenko.
Grali braci, którzy chcą wydać za mąż swoją siostrę. Dlatego urządzają konkurs łuczniczy. Ich kandydat jest pewniakiem, ale wówczas pojawia się Mirzya. Oczywiście zdobywa główną nagrodę. Konkurs zostaje unieważniony, a Mirzya porywa swoją nagrodę. Wtedy jeźdźcy ruszają w pościg.
– Nasz epizod to bollywoodzką wersją „Gry o Tron” - kwituje Mateusz Gieryn.
Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl
