
Jeśli myślicie, że europejscy przywódcy naprawdę budzą się rano tylko z myślą o tym, co w Polsce wyprawia Prawo i Sprawiedliwość, to jesteście w głębokim błędzie. Owszem, budzą się z lękiem o przyszłość Unii Europejskiej, ale niepokój wywołują przede wszystkim Francuzi. Bo to, co dzieje się dziś we Francji, na kondycji Starego Kontynentu może odbić znacznie silniej niż wojenki zwaśnionych plemion Polaków.
"Wojna na wyniszczenie Z Francją jest źle i nie da się już tego ukryć. Na tydzień przed rozpoczęciem Euro 2016 i w pełni sezonu turystycznego V Republika stoi. A jeśli coś zaczyna się tam dziać, to szybko zmienia się w uliczne bitwy sfrustrowanego tłumu z policją. Pretekstem do masowych strajków jest niedawna nowelizacja prawa pracy, która odbiera Francuzom legendarne przywileje pracownicze.
W rzeczywistości to wszystko ma jednak szerze tło. Protesty przeciwko zmianom w kodeksie pracy po prostu agregują powody do wściekłości, które narastały we Francuzach od czasów schyłkowego Chiraca. Fakt, że skompromitowany socjalistyczny rząd tuż przed pożegnaniem z władzą zafundował reformę, której nie powstydziliby się ojcowie amerykańskiego kapitalizmu, był tylko katalizatorem.
Co się tam właściwie dzieje? Francuzi przeżywają strajki komunikacji miejskiej, kolei, oraz linii i portów lotniczych. Strajkują też wszystkie elektrownie atomowe w kraju, co skutkowało już przerwami w dostawach energii elektrycznej. Przez wiele dni Francja pogrążała się też w kryzysie paliwowym, bo pracy odmówili w rafineriach. "To wojna na wyniszczenie" - donosiła w depeszach z ojczyzny agencja AFP.
Prezydent François Hollande i premier Manuel Valls mają tydzień, by dogadać się ze związkowcami, którzy rozpętali to pospolite ruszenie przeciw rządowi. Inaczej na Euro 2016 część kibiców nie doleci, ani nie dojedzie TGV. A jeśli wybiorą się do Francji autem, mogą utknąć nad Sekwaną z powodu braku paliwa. To byłoby pewnie nawet zbawienne dla - jakże ważnego dla wielu francuskich regionów - sektora turystycznego, bo ostatnie wydarzenia wielu skutecznie zniechęciły do spędzenia wakacji we Francji.
Reforma zakładająca wydłużenie czasu pracy i ułatwienie zwolnień w założeniach rządu w Paryżu miała zwiększyć konkurencyjność francuskiej gospodarki względem światowych konkurentów. Tymczasem reakcje na ten ruch sprawiły, że z gospodarki co dnia odpływają miliony euro. I wiele wskazuje na to, że ostatecznie rządzący i tak będą musieli wycofać się choćby z części wprowadzonych rozwiązań. Sprawy zaszły bowiem za daleko, by zwykli Francuzi odpuścili.
Ale koniec strajków i tak prawie niczego nie rozwiąże... I nie chodzi już nawet o problemy z wypaczonym podejściem do multikulturalizmu, głębokim rozwarstwieniem społecznym i zanikającą klasą średnią, czy ograniczającymi się perspektywami młodego pokolenia.
Wszystko to nie byłoby tak problematyczne, gdyby nie fakt, że francuska gospodarka od dekady właściwie nie wzrasta. W przeciwieństwie od długu publicznego, który dynamicznie osiągnął poziom... 96,1 proc. PKB. Za tym idzie pogłębiające się bezrobocie, w kwestii którego Francuzi mogą już konkurować z Włochami, Portugalczykami i Hiszpanami.
Największe zagrożenie dla Europy? No i co nas to właściwie obchodzi...? Cały problem w tym, że właśnie mówimy o drugim najważniejszym po Niemcach państwie w Unii Europejskiej! O państwie, od którego przetrwanie Unii zależy znacznie bardziej niż od Brexitu, wokół którego tyle zamieszania, czy poszanowania demokratycznych standardów w Polsce i na Węgrzech.
Na łamach czwartkowego "Die Welt" świetnie ujęli to Anja Ettel i Holger Zschäpitz, którzy wprost piszą, że "Francja jest zagrożeniem dla Europy". I wyliczają szereg powodów, przez które Francuzi mogą pociągnąć na dno cały kontynent.
Bo Francja przez ostatnie lata coraz mocniej zaczęła odstawać od nadających Europie tempa Niemiec. Ba, na wielu płaszczyznach zaczęła odstawać nawet od krajów, które dołączyły do UE dopiero w 2004 roku i później. W tym względzie problemy Francji to przede wszystkim nieszczęsny Code tu travail, który nawet po ostatniej reformie tworzy niezwykle sztywne ramy rynku pracy.
Sprawiło to, że często słabej jakości kadrę trzeba zatrudniać po wysokich kosztach i niezwykle trudno zatrudnienie moderować. Zwolnienia są dla pracodawców kosztowne, albo prawie całkowicie utrudnione przez prawo. Ostatnia nowelizacja to i tak mogłoby być zbyt mało, by przywrócić rynkowi pracy konkurencyjność, a przecież wkrótce może zostać cofnięta. Tymczasem nieatrakcyjny dla pracodawców rynek sprawił, że francuski przemysł emigruje. Co tylko utrudnia walkę o przyzwoity wzrost gospodarczy.
Niemcy piętnują Francuzów także za wspomniane zadłużenie. Wpływa ono bowiem na kondycję waluty euro. Po kryzysie Niemcy sami mają podobne długi, ale jednocześnie ich gospodarka dawno wróciła do pracy na pełnych obrotach. Tymczasem Francuzi od zakończenia globalnej recesji żyją na coraz większy kredyt. I to widać nie tylko w statystykach narodowych, ale też strefy euro i całej Unii Europejskiej. Wspólnota staje się mnie atrakcyjna dla inwestorów niż inne części świata nie tylko z powodu Greków, Hiszpanów i Włochów. Wielka w tym "zasługa" Francji, która niweczy wysiłki Niemiec i ciężko dorabiających się państw tzw. nowej Unii.
A jaką Francuzi mają na te wszystkie zarzuty odpowiedź? Tylko kolejne zagrożenia dla przyszłości UE, czyli rosnący w siłę Front Narodowy i upowszechniający się nad Sekwaną eurosceptycyzm. Z ostatnich badań Ipsos wynika, że aż 41 proc. Francuzów w referendum na temat Frexitu głosowałoby za opuszczeniem wspólnoty. Jeżeli do ziszczenia się tego całkiem realnego scenariusza dojdzie, w Unii powstanie nie tylko geograficzna wyrwa, której nie da się załatać.
Eurosceptycy już zaciskają kciuki z myślą o spełnieni się tego marzenia, ale rację mają Niemcy, iż widzą w tym tylko zagrożenie. Choć oni sami zapewne jakoś sobie jeszcze bez UE poradzą. Dla całej Europy rozpad Unii będzie oznaczał jednak marginalizację na globalnej arenie. Bo kto będzie się liczył z wiecznie skłóconymi małymi państewkami Starego Kontynentu, gdy nawet we wspólnocie przegrywały z gigantami z Chin, Indii, Rosji i USA...
