
Państwo Jankowscy na bazarku przy Hali Banacha są już od 26 lat. Paweł – ich drugi syn, przez kilkanaście lat pomagał rodzicom w prowadzeniu niewielkiego sklepu z wędlinami i z pieczywem. Na przykład odpowiadał za sprzedaż truskawek – prosto z rodzinnego podwarszawskiego pola, które były wystawione przed sklepem. Na początku tego roku działalność Jankowskich rozszerzyła się o Warszawskie Centrum Świeżych Owoców i Warzyw w pobliskim nowiutkim Zieleniaku. I tam szefem jest już Paweł.
REKLAMA
Bronx
Mama Ania wciąż nadzoruje pracę sklepu, tata Tomasz codziennie przywozi towar. Paweł jest absolwentem polonistyki na UW, ale nie wie, czy chce pracować w zawodzie. Na razie lubi swoją kolorową, choć czasem ciężką codzienność w Zieleniaku.
Mama Ania wciąż nadzoruje pracę sklepu, tata Tomasz codziennie przywozi towar. Paweł jest absolwentem polonistyki na UW, ale nie wie, czy chce pracować w zawodzie. Na razie lubi swoją kolorową, choć czasem ciężką codzienność w Zieleniaku.
– Po przyjściu do pracy, pierwsze co robię, to kawa i papierosy z załogą, żeby się trochę rozbudzić, bo o 7 każdy jest ledwo żywy. Po lekkim rozruchu przechadzam się po sklepie, żeby zobaczyć, co najpilniej trzeba zrobić. Przez noc parę rzeczy lubi się zepsuć. Rozdzielam zadania, a jak jest kupa roboty, to sam się za coś biorę. A jak nie, to przeglądam towar, wydzwaniam do Tomasza kiedy będzie i trochę go poganiam. Tata robi to od wielu lat, więc zna się na tym. Codziennie jeździ na giełdę na Broniszach, na którą mówimy Bronx. Dzwonię do niego, pytam gdzie jest, a on odpowiada, że na Bronxie – wyjaśnia Paweł.
Pracownicy sklepu porozumiewają się swoim slangiem. Na przykład kiedy kończą się jabłka, to nie mówią, że trzeba dołożyć towaru, tylko że „jabłkom trzeba dodać kunsztu”. Albo że Tomasz wiezie dużo kunsztu. Na małe, metalowe wózki na kółkach mówią operacyjniaki, bo przyjęło się, że są to wózki operacyjne. Na buraki mówią zwyrole. Wcześniej mówili na nie burole, ale już im się to znudziło.
Wózki do przewożenia palet też mają swoją nazwę – paleciaki. – To nie slang, paleciak to paleciak. Chociaż czasem mówimy na nie hulajnogi, bo jak jest mniej osób, to sobie na nich jeździmy – mówi Maciek, przyjaciel Pawła z liceum, który pracował w Warszawskim Centrum Świeżych Owoców i Warzyw jeszcze przed otwarciem.
Praca koncepcyjna
Ale takich momentów, w których można się powygłupiać, jest mało. Cały czas jest coś do roboty. A Paweł musi też dbać o to, żeby mu się ludzie nie przemęczyli. Bo to ważne, żeby byli uśmiechnięci i mili i żeby mieli poczucie, że szef się o nich troszczy. To jest ciężka praca, inaczej by się zamordowali. W tym momencie w sklepie pracuje siedem osób.
Ale takich momentów, w których można się powygłupiać, jest mało. Cały czas jest coś do roboty. A Paweł musi też dbać o to, żeby mu się ludzie nie przemęczyli. Bo to ważne, żeby byli uśmiechnięci i mili i żeby mieli poczucie, że szef się o nich troszczy. To jest ciężka praca, inaczej by się zamordowali. W tym momencie w sklepie pracuje siedem osób.
Przy rozładowywaniu towaru zaczyna się „praca koncepcyjna”. – Wszyscy zastanawiamy się, co gdzie najlepiej wystawić. To trwa parę ładnych godzin. W międzyczasie otwieramy Centrum. Oprócz tego mama pozwala nam handlować owocami przed swoim sklepikiem, który jest obok, na roku Bitwy Warszawskiej 1920 roku i Grójeckiej. Teraz truskawki sprzedaje tam Piotrek.
O 14 następuje zmiana pracowników, więc trzeba ich rozliczyć. Czasem Paweł przekazuje im uwagi, a jak ktoś dobrze pracował, dorzuca premię, bo wynagradza ludzi dniówkami. – Jak widzę, że ktoś każdego dnia daje z siebie dużo, to codziennie może dostać ekstra pieniądze. Oczywiście, jeśli dzień jest dobry, bo czasem są takie dni, że towar nie idzie i rozliczamy się co do grosza. Cały czas trzeba czuwać, czy pracownicy dobrze pracują – tłumaczy Paweł.
Wykształcony sklep
Szef może polegać na swoich pracownikach. Większość z nich zna od lat. Kiedy nie ma dużo pracy, to może sobie nawet poczytać książkę, albo zamiast na 7 przyjść na 13. Tradycja zatrudniania znajomych trwa u Jankowskich już od kilku lat. Przed czasami Zieleniaka, w wakacje wielu dorabiało sobie sprzedając owoce i warzywa. Jankowscy śmiali się wtedy, że mają najlepiej wykształcone stoisko na bazarze. Byli prawnicy, poloniści, dziennikarze i studenci ASP. Teraz w sklepie pracuje Maciek prawnik, Sebastian pisarz i felietonista oraz Piotrek – muzyk i vloger.
Szef może polegać na swoich pracownikach. Większość z nich zna od lat. Kiedy nie ma dużo pracy, to może sobie nawet poczytać książkę, albo zamiast na 7 przyjść na 13. Tradycja zatrudniania znajomych trwa u Jankowskich już od kilku lat. Przed czasami Zieleniaka, w wakacje wielu dorabiało sobie sprzedając owoce i warzywa. Jankowscy śmiali się wtedy, że mają najlepiej wykształcone stoisko na bazarze. Byli prawnicy, poloniści, dziennikarze i studenci ASP. Teraz w sklepie pracuje Maciek prawnik, Sebastian pisarz i felietonista oraz Piotrek – muzyk i vloger.
Często zdarzają się jakieś zabawne sytuacje. – Niedawno przychodzi pani i pyta kolegę: co te cytryny takie drogie? – Bo to niepolskie – odpowiada. A ona na to: a kiedy polskie będą? – A, to jeszcze trochę! – żartuje Sebek. Albo kiedyś przed sklepem po koleżeńsku ustawiliśmy reklamę skupu staroci. Przychodzi starsza kobieta i pyta pana Edzia, gdzie jest ten skup. Pan Edward przyprowadził ją do Maćka i mówi: „Maciek, zważ panią!”. Na początku przestraszyliśmy się, że będzie afera, ale na szczęście pani miała poczucie humoru. Czasem na truskawki przychodzi do nas Brytyjczyk z Londynu i mówi, że mam bardzo dobry angielski, na co ja mu odpowiadam: pan również – wspomina luźne i zabawne rozmowy z klientami Paweł.
Szef Warszawskiego Centrum Świeżych Owoców i Warzyw jest w dobrych relacjach z ludźmi, którzy pracują na bazarze. – Znamy się długo, często podejdę, spytam co tam słychać na giełdzie, co kto kupował, do ilu mogę obniżyć truskawkę, a do ilu on może obniżyć, żeby nie popsuć sobie ceny. Dochodzi nawet do tego, że jak któryś z nich pojedzie na giełdę, a tam nie ma żadnego towaru, to dzwoni do Tomasza i mówi, że nie ma po co przyjeżdżać i da mu znać, kiedy coś rzucą. Te relacje są naprawdę koleżeńskie – opowiada młody Jankowski.
Jest dobrze, ale
Z Zieleniakiem, mimo że wszyscy są zadowoleni, że powstał, wiążą się mniejsze i większe uciążliwości. Na przykład Centrum ma przed sklepem kawałek swojego zadaszonego chodnika. Mogliby na nim wystawić towar, ale zarząd dzielnicy Ochota wydał zarządzenie i nie wolno im tego zrobić. Mimo że 20 metrów dalej, gdzie chodnik jest o wiele bardziej wąski - można handlować. – To absurd, więc wojujemy o zgodę. Urzędnicy nie są skłonni, żeby się do naszej prośby przychylić. Nie wiadomo dlaczego – podsumowuje sprawę młody Jankowski.
Z Zieleniakiem, mimo że wszyscy są zadowoleni, że powstał, wiążą się mniejsze i większe uciążliwości. Na przykład Centrum ma przed sklepem kawałek swojego zadaszonego chodnika. Mogliby na nim wystawić towar, ale zarząd dzielnicy Ochota wydał zarządzenie i nie wolno im tego zrobić. Mimo że 20 metrów dalej, gdzie chodnik jest o wiele bardziej wąski - można handlować. – To absurd, więc wojujemy o zgodę. Urzędnicy nie są skłonni, żeby się do naszej prośby przychylić. Nie wiadomo dlaczego – podsumowuje sprawę młody Jankowski.
Paweł w tej pracy najbardziej ceni sobie wolność. Kiedy wybitnie nie chce mu się iść do sklepu na 7 rano, a Maciek ma klucze, pisze mu SMS-a, że będzie później. Kiedy musi coś załatwić, to nie prosi nikogo o wolne, tylko ogarnia, co jest do zrobienia i dopiero przychodzi do pracy. – Najważniejsze co robię, to szkolenie personelu. Oni pewnie nawet o tym nie wiedzą, bo nie siedzę nad nimi i na nich nie krzyczę. Ale ciągle tłumaczę im te same rzeczy. W kółko to samo, dopóki nie zaczną robić rzeczy automatycznie. Dzięki temu można mieć trochę więcej czasu dla siebie – wyjaśnia Paweł.
To, że Jankowscy mają tak duży sklep w Zieleniaku, to kwestia szczęścia. Około trzech lat temu pan Tomasz przy pomocy radnego dzielnicy Ochota załatwiał papiery, podpisy, pisał podania i pisma, żeby zamiast konkursu na lokale odbyło się ich losowanie. Dzięki temu mali przedsiębiorcy nie musieli stawać do przetargu z sieciami handlowymi, bo byłaby to nierówna walka. Oprócz Jankowskich tylko jeden pan był chętny na otworzenie swojego biznesu w miejscu Warszawskiego Centrum. Było więc pięćdziesiąt procent szans na to, że trzy lata starań się opłacą.
Rodzina Pawła miała szczęście i teraz starają się, żeby wybór w ich Centrum był duży. Oprócz owoców i warzyw sezonowych, klienci mogą znaleźć tam rzadko spotykane produkty, które często można dostać tylko w specjalnych sklepach. Na przykład tamaryndowiec indyjski. Albo kilka rodzajów ostrych papryczek. O nietypowych owocach nie wspominając. Jednak najlepiej schodzi truskawka. – My sprzedajemy wrażenia. Dbam tu o wszystko. Wyobraź sobie, że masz do wyboru: iść po truskawkę do niemiłej baby z bazaru, albo do nas, gdzie można liczyć na pogawędkę i żarciki z chłopakami – mówi Paweł Jankowski z Warszawskiego Centrum Świeżych Owoców i Warzyw.
Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl
