Grzegorz Schetyna zaczął na dobre walkę ze stronnikami Donalda Tuska. On z tej gry nie może wyjść zwycięsko. A cała Platforma Obywatelska?
Grzegorz Schetyna zaczął na dobre walkę ze stronnikami Donalda Tuska. On z tej gry nie może wyjść zwycięsko. A cała Platforma Obywatelska? Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Czy Platforma Obywatelska znalazła się już na skraju rozłamu i upadku? Takie wrażenie można odnieść po tym, jak na wylocie z tej partii znaleźli się Michał Kamiński i Jarosław Wałęsa, a przewodniczący Grzegorz Schetyna wziął się za sukcesywne rugowanie ludzi Donalda Tuska. Wygląda to tak, jakby ta frakcja odpuszczała już walkę o sztandar PO. W rzeczywistości to jednak raczej rozgrywka mająca doprowadzić do jak najszybszego pozbycia się Schetyny z fotela przewodniczącego.

REKLAMA
Platforma Obywatelska w ogóle nie przetrwa do następnych wyborów. Rozpadnie się – wróżył w jednym z ostatnich wywiadów Kazimierz Marcinkiewicz. I jak rzadko, na widok tego, co dzieje się ostatnio w PO, akurat tej analizie byłego premiera-celebryty większość Polaków pewnie przyklasnęła.
Destrukcyjna zemsta
Bo w przerwie między kolejnymi marszami sprzeciwu wobec Prawa i Sprawiedliwości Grzegorz Schetyna znalazł wreszcie czas, by zemścić się na frakcji związanej z Donaldem Tuskiem za lata partyjnych upokorzeń, które mu w partii zafundowano. Pierwsze tego efekty są takie, że Michał Kamiński w prawach członka PO został zawieszony przez szefostwo, a Jarosław Wałęsa członkostwo w partii zawiesił sam.
Uwagę mediów przyciągnął przede wszystkim showman Kamiński, ale znacznie większą polityczną wagę ma decyzja Wałęsy. To jeden z "młodych" polityków, których od lat stawia się w kolejce do przejęcia rządu dusz wśród jakże licznego umiarkowanego elektoratu.
Jarosław Wałęsa po przegranej przez PO kampanii prezydenckiej jeszcze przez poprzednią ekipę rządzącą w partii został namaszczony na szefa Instytutu Obywatelskiego. Czyli ekspercko-marketingowego zaplecza PO. Ale kto płakałby po jakimś partyjnym think tanku...? W Platformie powinni, bo IO był dotąd jedyną siłą tej partii zdolną do gry z PR-owym zapleczem PiS. Gdyby nie ekipa z Instytutu Obywatelskiego, Paweł Szefernaker i spółka jeszcze mocniej roznieśliby PO w wojnie propagandowej.
Ludzie Instytutu stoją też za kluczową dla odzyskania poparcia inicjatywą Klubów Obywatelskich. Ludzie Jarosława Wałęsy zaraz po wyborczej porażce wystartowali z cyklem spotkań sympatyków PO z najpopularniejszymi i najbardziej wpływowymi ludźmi związanymi z partią. Z czymś na wzór klubów "Gazety Polskiej", co powoli, ale skutecznie buduje silną wspólnotę wokół partii. Na organizowane w całej Polsce spotkania zawsze przychodzi komplet gości, którzy potem robią Platformie marketing szeptany wśród rodziny i znajomych.
Ale Grzegorzowi Schetynie to nie mogło się podobać, bo szło na konto ludzi Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Z tego względu nie miał też na tym wszystkim kontroli i musiał wejść na kurs kolizyjny z Wałęsą. Bo wszechwładza w partii to jego podstawowy cel. I teoretycznie wszystko zdaje się wskazywać na to, że tę wszechwładzę nowy szef PO wreszcie dostanie. Że "niewierni" sami zrezygnują i zostawią mu partyjny sztandar.
To oczywiście prosta droga do tego, by ten sztandar ostatecznie wyprowadzić i zwinąć. Dziś notowania PO wahają się na poziomie 12-19 proc.. Ile z tego zostanie, gdy zabraknie w niej wielu popularnych twarzy i wpływowych działaczy...? Po ich odejściu Schetyna z pewnością przestałby też cieszyć się pozycją szefa największego klubu opozycyjnego. Listy wyborcze, z których dostali się do Sejmu parlamentarzyści PO układała jeszcze Ewa Kopacz i niewielu w ławach sejmowych twardych schetynowców.
Jak więc możliwe, że zimą to on został nowym szefem PO? Jak już analizowaliśmy w naTemat przed kilkoma miesiącami, na utorowanie Grzegorzowi Schetynie drogi do upragnionej władzy w partii w Platformie teoretycznie zgodzili się jednomyślnie. Przecież ostatecznie nie miał nawet konkurenta w wyborach przewodniczącego, bo wszyscy kontrkandydaci wcześniej zrezygnowali.
By odbić się od dna, trzeba je osiągnąć...
Głównie z myślą o ziszczeniu się tego scenariusza, który właśnie oglądamy. Czyli pozwolenia schetynowcom na porządzenie w najmniej ciekawym momencie tylko po to, by ich tej władzy pozbawić. – W jakiej kondycji jest partia każdy widzi. Nie ma co ukrywać, że to moment, w którym rozstrzygnie się, czy kończymy tę ponad 15-letnią historię z tym szyldem, czy jest z nim szansa na dalsze sukcesy. Jednak z Grzegorzem Schetyną za sterami to na pewno nie nastąpi. Odbić PO z jego rąk uda się teraz albo nigdy – słyszę od działacza z pomorskiego matecznika Platformy.
Jak ujawnia nasz rozmówca, już przed wyborami parlamentarnymi we frakcji wiernej Donaldowi Tuskowi szykowali się do takiej rozgrywki. Było to tajemnicą poliszynela i Grzegorz Schetyna na pewno o tym wiedział.
– I mógł zawczasu pójść po rozum do głowy, ale parcie na władzę i wola zemsty mu nie pozwoliły. No to nieuchronnie przyjdzie mu za to zapłacić. Kto z szeregowych działaczy po wyborach wierzył, że "Schet" będzie trzymał ostro za mordę, ale zmniejszymy dystans do PiS, ten zdążył przejrzeć na oczy. Są tacy, co już nawet nie płaczą za Tuskiem, a Kopacz. Najbliższej weryfikacji przywództwa obecny przewodniczący nie ma szansy przetrwać – słyszymy.
Wraz z zapewnieniami, że wewnątrzpartyjni przeciwnicy Grzegorza Schetyny tak naprawdę wcale do pożegnania z PO się jeszcze nie garną. – Będziemy walczyć do końca. Jak się nie uda, to my mamy kilka alternatyw. On może natomiast grzecznie wrócić w drugi szereg, albo zatrzymać sobie stary partyjny sztandar. Wówczas już tylko jako nic nie wartą pamiątkę... - podsumowuje nasz rozmówca.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl