
Część Niemców jest coraz bardziej przekonana, że obcy mają zbyt silny wpływ na ich kraj, a szansą na powrót do złotych czasów jest znalezienie nowego "Führera". To zatrważająca prawda, wyłaniająca się z najnowszych badań, które na niemieckim społeczeństwie roku 2016 przeprowadzili badacze z Uniwersytetu w Lipsku.
Budzą się demony... Wynika z nich, że obecne nastroje za Odrą, u części Niemców, dość mocno przypominają te z... 1930 roku. Czyli z czasów, gdy hitlerowcy z NSDAP powoli zaczęli kroczyć po władzę. Odsetek Niemców chcących, by jedna partia jednoczyła pod swoimi sztandarami cały naród, a na jej czele stał silny przywódca była wtedy prawie identyczna, jak dziś. Według raportu lipskich naukowców, takiej władzy nad Łabą chce dziś już kilkanaście milionów Niemców!
Socjolodzy zadali im trzy pytania o stosunek do rządów silnej ręki. Pierwsze dotyczyło tego, czy w niektórych sytuacjach dyktatura jest najlepszą formą sprawowania władzy. I tu jeszcze nikt nie zauważyłby większych powodów do niepokoju. Twierdząco odpowiedziało bowiem zaledwie 6,7 proc. Niemców. Podobny odsetek ludzi o takich poglądach można znaleźć w wielu demokratycznych państwach. Ot, skrajny folklor...
Oczy ze zdumienia zaczęto jednak przecierać, gdy naukowcy z Lipska wzięli się za podsumowanie wyników dotyczących pozostałych pytań. Czy Niemcy powinny mieć nowego "Führera", który poprowadzi państwo silną ręką? Takiego zdania okazuje się być 12,8 proc. sąsiadów zza Odry! Czy Niemcy potrzebują jednej partii rządzącej w imieniu całego narodu? Za stworzeniem bytu podobnego do NSDAP jest dziś aż 25,5 proc. Niemców!
Na tym podobieństwo nastrojów wśród znacznej części niemieckiego społeczeństwa do tych z mrocznych początków XX wieku się nie kończy. Z tego samego badania dowiedzieliśmy się, że 11 proc. Niemców uważa, że "Żydzi mają zbyt wielki wpływ na społeczeństwo", 40 proc. chciałoby zakazu imigracji dla muzułmanów, a 50 proc. marzy się zamknięcie centrów miast dla Romów. Upada też mit niemieckiej tolerancji seksualnej. Całujący się na ulicy geje "budzą odrazę" prawie połowy społeczeństwa!
Szef zespołu odpowiedzialnego za te badania dr Oliver Decker zwraca jednak uwagę nie tylko na to, że skrajnie prawicowe poglądy i zachowania zyskują aprobatę w oczach Niemców. Najbardziej niepokojące dane mówiące o tym, że osoby o takim nastawieniu do otaczającej rzeczywistości znacznie częściej niż dotąd deklarują gotowość do użycia siły w walce o wprowadzenie swojego światopoglądu. Nic dziwnego, skoro 8 proc. społeczeństwa dostrzega "dobre strony" działalności NSDAP, a prawie 6 proc. uważałoby Adolfa Hitlera za wielkiego przywódcę, gdyby tylko nie przywiązywał tak wielkiej wagi do Holocaustu.
W państwie, które od zakończenia II wojny światowej z tolerancji i otwartości na świat czyniło swoją największą siłę, ten obraz dzisiejszego społeczeństwa zaskakuje chyba wszystkich. Liberalna część Niemców nie miała pojęcia, że tak wielu jest obok nich ludzi patrzących na świat zupełnie inaczej. Ludzie o skrajnych poglądach dopiero teraz dostrzegają tymczasem, że jest ich aż tylu.
Wina Stalina, nie uchodźców... Katalizatorami tego, co obserwujemy stały się oczywiście kryzys migracyjny i rosnąca popularność niestroniącej od wzorców z III Rzeczy AfD. Jak zwykle główne źródło najpoważniejszych problemów współczesnych Niemiec to jednak powojenne rozbicie na RFN i NRD. Gdy rzucimy okiem na szczegółowe wyniki badań przeprowadzonych na Uniwersytecie w Lipsku, widać to bardzo wyraźnie. Widać, że ponad ćwierć wieku od zjednoczenia mur berliński i graniczne zasieki wciąż świetnie mają się w niemieckich głowach.
We wszystkich wspomnianych kwestiach odsetek osób o skrajnych poglądach różni się w landach zachodnich i dawnym NRD o co najmniej kilka punktów procentowych. Mentalny "mur"najbardziej widoczny jest w odpowiedziach na pytanie o dyktaturę. Na wschodzie Niemiec pozytywnie myśli o niej aż 13,8 proc. obywateli. W landach, które nie przeżyły ponad 40-letniej okupacji radzieckiej, takie poglądy ma tylko niespełna 5 proc. społeczeństwa.
Niepokojąca radykalizacja wśród Niemców zdaje się więc być nie tyle spowodowana fiaskiem wielokulturowości, czy liberalnej demokracji, która w niemieckim wydaniu uchodziła przecież za wzorcową. Winna nie jest też tylko Angela Merkel i jej kontrowersyjna ostatnimi czasy polityka. Przyczyną tego zjawiska jest fiasko zjednoczenia Niemiec.
To kolejny dowód na to, że Kohlowi, Schröderowi i Merkel przez 25 lat udało się jedynie zamaskować podział państwa. Zainwestowano setki miliardów marek, a następnie euro w infrastrukturę i przemysł, a przy okazji kolejnych rocznic obalenia muru cieszono się zjednoczeniem podzielonych przez dekady rodzin. Zabrakło jednak dobrego pomysłu na to, by Niemcy jednoczyli się także mentalnie.
A przecież już kilka lat po wchłonięciu NRD przez RFN dostrzec można było, że dziesiątki milionów Niemców zaczynają alienować się swoich dawnych granicach. Często krzywo patrząc na tych, którzy pochodzą z drugiej strony muru. W efekcie do dziś landy byłego NRD rozwijają się słabiej niż zachodnie. Wzrost PKB, czy stopa bezrobocia są tam znacznie niższe niż na obszarach, które RFN stanowiły już od 1949 roku. Po prostu nadal żyje się tam gorzej. To rodzi frustrację.
Jak już informowaliśmy w naTemat, ostatnie dane Deutsche Institut für Wirtschaftsforschung jasno dały do zrozumienia, że nie ma większych szans, by różnice między wschodnimi i zachodnimi landami zniknęły przez... kolejne 25 lat. Czas pokaże, czy większość Niemców znajdzie w sobie tę cierpliwość, czy nadal przybywać będzie tych, którzy dają się uwieźć opowieściom o skrajnie silnej władzy jako recepcie na wszelkie problemy.
