
Co jakiś czas wznawiana jest w mediach dyskusja o kanonie lektur szkolnych, obowiązującym w Polsce. Jedni postulują, by go odświeżyć, uwspółcześnić, wzbogacić o budzące kontrowersje dzieła. Inni bronią zajadle tradycji i bogoojczyźnianej klasyki. Kanon w wyobraźni tniemy albo rozciągamy go niemiłosiernie. Nikt nie myśli, niestety, o tym, że liczy się nie tylko sam spis lektur, ale i metoda jego wdrażania. Bo nawet o najwspanialszej książce można mówić głupio. Zaś dzieło przeciętnie udane może stać się paliwem intelektualnej przygody.
REKLAMA
Ten tekst pierwotnie miał lansować tezę, że rodzimy kanon szkolnych lektur potrzebuje nożyczek jak kania dżdżu. Informacja o tym, że nad Tamizą rozważa się wykreślenie Szekspira z zestawienia lektur obowiązkowych, była pretekstem do moich rozważań. Wiadomo, że Szekspir w kanonie zostanie, i słusznie. Brytyjskim, polskim, każdym. Z przyjemnością puściłam jednak wodze fantazji i zaczęłam marzyć o świecie, w którym dzieci nie musiałyby czytać do poduszki „Quo Vadis” Henryka Sienkiewicza lub „Cudzoziemki” Marii Kuncewiczowej.
Plany pokrzyżowała mi rozmowa z Januszem Noniewiczem. Kierownik Katedry Mody ASP w Warszawie, wieloletni redaktor (aktualnie w „K MAG-u”), nasz bloger (mam nadzieję, że niebawem nieco się zaktywizuje) był kultowym polonistą w liceum im. Stefana Batorego w Warszawie. Uznałam, że były nauczyciel i erudyta z pewnością w błyskotliwy sposób skomentuje szkolny kanon i zaproponuje ciekawe zmiany w katalogu przygotowanym przez MEN.
Przeczytaj o debiucie powieściowym Anny Dziewit-Meller
Przeczytaj o debiucie powieściowym Anny Dziewit-Meller
– Kanon szkolny jest tak wąski, że raczej bym go nie przykrawał. Tym bardziej, że wymienione w nim książki w większości są wybitne – odpowiedział Janusz Noniewicz, gdy zapytałam go, jakich autorów z lekkim sercem pozbawiłby szkolnych splendorów. – Bo naszym podstawowym problemem nie jest źle opracowany kanon, ale niezbyt kreatywne nauczanie czy błędna analiza najważniejszych dzieł.
– A co ze zgniłymi pozytywistami? – zakrzyknęłam na to, mając w pamięci mdłości, o które przyprawiała mnie w wieku nastoletnim lektura „Syzyfowych prac” czy „Siłaczki” Stefana Żeromskiego? A co z „Granicą” Zofii Nałkowskiej? Jakież było moje zdziwienie, gdy mój rozmówca odparł: – Żeromski nie był żadnym pozytywistą, tylko modernistą. Widział wszystko w czarnych barwach, pisał o zgubnych namiętnościach. W szkołach zupełnie błędnie prezentuje się jego twórczość. „Siłaczka”, to opowieść o tym, że zło zwycięża. To polska odpowiedź na Flauberta i jego „Madame Bovary”.
Poczytaj o ulubionych lekturach Olgi Tokarczuk
Poczytaj o ulubionych lekturach Olgi Tokarczuk
Od Janusza Noniewicza dowiedziałam się również, że „Granica” jest książką wybitną, jedną z najważniejszych lektur. Tyle że nauczyciele, którzy mają przed uczniami roztoczyć siatkę intelektualnych kontekstów, jakimi jest obudowana, nie potrafią tego zrobić. Na lektury, które uchodzą za „szkolne ramoty” wystarczy nałożyć współczesny filtr. Zestawić je z nowymi prądami umysłowymi, za pomocą nowoczesnych narzędzi dotrzeć do ukrytych w książkach znaczeń.
Lekcja, jakiej udzielił mi legendarny „pan od polskiego” była cenna. Nie byłabym jednak sobą, gdybym pod koniec nie nadmieniła: Uwolnijcie dzieci od Sienkiewicza! „W pustyni i w puszczy”, „Quo Vadis”, a nawet, o zgrozo, „Potop”, wycięłabym z kanonu lekką ręką. Bo proza Sienkiewicza jest anachroniczna, moralizatorska, zaściankowa i w rozwoju umysłowym dorastającego dziecka nie pełni pozytywnej roli. Bo czego uczy nas dzisiaj Sienkiewicz? To pytanie także do Was, czytelników. Janusz Noniewicz Sienkiewicza przesadnie nie bronił, dodał tylko nieśmiało, że pisarzowi udały się nowelki. Dlaczego? Mam nadzieję, że już niebawem przeczytam o tym na prowadzonym przez niego blogu, u nas, w naTemat.
