Birgitta Jonsdottir, szefowa Partii Piratów na Islandii. Jej ugrupowania prowadzi w sondażach przed jesiennymi wyborami.
Birgitta Jonsdottir, szefowa Partii Piratów na Islandii. Jej ugrupowania prowadzi w sondażach przed jesiennymi wyborami. Fot. screen/Twitter

35-godzinny tydzień pracy, zmiana konstytucji, pełna przejrzystość działań rządu, większy dostęp do informacji – to tylko niektóre postulaty Partii Piratów, które przemówiły do Islandczyków tak bardzo, że dziś pozwoliliby jej utworzyć nowy rząd. I wszystko wskazuje na to, że wkrótce tak prawdopodobnie będzie. Islandczycy chcą zmian. Nawet najbardziej fundamentalnych. Nie boją się niczego. – Rewolucja dopiero się zaczyna – mówi naTemat Polka, którą zwerbowała islandzka PP.

REKLAMA
To nie jest żart. To poważne badania opinii publicznej pokazują, że po październikowych wyborach Partia Piratów może tworzyć w Islandii rząd. Ostatnie sondaże pokazują wyraźnie, że gdyby wybory odbyły się dziś, głosowałoby na nią nawet 28 procent Islandczyków, a nawet – według niektórych – jeszcze więcej. To gigantyczny wzrost, zważywszy, że partia powstała dopiero cztery lata temu, a po wyborach w 2013 roku wprowadziła do 63-osobowego parlamentu 3 posłów. Dziś ma szanse nawet na 20. Nie ma drugiego takiego kraju na świecie.
logo
Piratestimes.net – pokazuje, że Partia Piratów ma ponad 40 procentowe poparcie. Fot. Screen/http://piratetimes.net/
Zmiany mają być fundamentalne
Patrząc na te sondaże, można powiedzieć, że Islandczycy idą na całość. Mają dość skandali korupcyjnych, nie mówiąc o o tym, że uwikłany w aferę Panama Papers, premier sam podał się do dymisji zmuszając kraj do rozpisania wcześniejszych wyborów. W ogóle mają dość polityków, dlatego stawiają na normalnych ludzi, którzy chcą coś zmienić.
A Partia Piratów zapowiada zmiany fundamentalne. Chce zmienić niemal wszystko. Stworzyć jakby nową demokrację daleką od polityki. Taki radykalizm w islandzkim wydaniu, który może się ludziom podobać. I widać, że właśnie tu znajduje podatny grunt, choć nie brakuje głosów rozsądku, a także niepokoju. Pojawiają się też porównania do Syrizy w Grecji, czy partii Podemos w Hiszpanii – ale nie z powodu poglądów, tylko nagłego, niemal euforycznego poparcia. A także ostrzeżenia, że na Islandii zapanuje chaos i anarchia.
Wprowadzić dochód podstawowy
Jaka to ma być rewolucja? – Zaczniemy od konstytucji. To jest najważniejsza rzecz, która ulegnie zmianie. Mamy zamiar wprowadzić silniejszy dostęp praw do informacji i większy dostęp do informacji – relacjonuje nam Wiktora Joanna Ginter, jedyna Polka – jak mówi – zwerbowana przez Partię Piratów. Bardzo chętnie opowiada o kolejnych zmianach, które szykuje jej partia.
– Partia Piratów dąży do pełnej przejrzystości działań rządu, chce zmienić system kwot, naprawić zrujnowaną służbę zdrowia, system edukacji, wprowadzić demokrację bezpośrednią, zlikwidować korupcję i wprowadzić dochód podstawowy – wylicza.
Dochód podstawowy? Z punktu widzenia Polski, to może wydawać się nieco dziwne. Tam przecież żyje się dobrze... – Odciąży to ludzi finansowo. W tym momencie mamy zastraszającą liczbę ludzi z minimalnym wynagrodzeniem, które nie wystarcza na przeżycie nawet pół miesiąca. Służba zdrowia też obecnie jest w stanie ruiny, nie przesadzam tym stwierdzeniem. Ogólnie można powiedzieć, że standard życia przeciętnego mieszkańca Islandii ewidentne się polepszy – tłumaczy Wiktora Ginter.
W sieci czytam jeszcze o większych podatkach dla najbogatszych Islandczyków. A także o podniesieniu podatku od nieruchomości z 20 do 30 procent. "Czyż w Finlandii nie mają 30 procent?" – mówił "Los Angeles Times" jeden z członków ugrupowania.
logo
Fot. Screen/Twitter
Wolność, Internet, WikiLeaks...
Znajomy Polak tak podsumowuje działania Piratów: – Dla mnie to tani populizm a'la Samoobrona 10-15 lat temu. Pewnie coś w tym jest, ale na Islandczyków działa – co piąty Islandczyk dziś na nich by głosował.
Znajomy Polak dodaje jeszcze, że Islandczycy mają pamięć złotej rybki. Jak ktoś im coś obieca przed wyborami, to mu wierzą. I na niego głosują. Czyżby tak miało być tym razem?
Przypomnijmy, Partia Piratów to mniej więcej połowa lat 2000. Wtedy ruch, który propagował m.in. ochronę życia prywatnego, kojarzył się z wolnością, internetem, WikiLeaks, zaczął rozlewać się po Europie (również w Polsce). Ale nigdzie tak bardzo nie zagrzał miejsca i nie rozwinął skrzydeł, jak w Islandii.
Śledztwo na narodową skalę i wala z korupcją
Jego przeciwnicy ostrzegają jednak, że Partia Piratów raczej nie zna się na gospodarce. Omar Valdimarsson pisał właśnie dla "Bloomberga", że we wrześniu PP zacznie dopiero opracowywać 10-letni plan, który przedstawi wyborcom. Usłyszał to od szefowej ugrupowania, co pokazuje, że ramy programu być może są, ale konkretów jeszcze brak. "To będzie inny rodzaj rządu" – mówi mu o jednej z proponowanych zmian Birgitta Jonsdottir.
Piraci nie przyjmują takich zarzutów do wiadomości. Wśród nich są ludzie, którzy są ekspertami w różnych dziedzinach życia. – Partia Piratów ma to do siebie, że wszystkie postulaty i założenia bazujemy na faktach, statystykach, bazach danych, spotkaniach ze specjalistami, spotkaniach z ludźmi – mówi Polka. Tak PP chce tworzyć nowy system – m.n. rozmawiając z ludźmi.
logo
Fot. Screen/Facebook
– A skąd pieniądze na taką rewolucję? – pytam.
– Pieniądze znajdą się, gdy zlikwidujemy korupcję i unikanie podatków przez największe koncerny i najbogatszych ludzi. Jesteśmy w trakcie śledztwa na narodową skalę na temat pieniędzy, które rocznie nie trafiają do skarbu państwa – pada odpowiedź.
"Jesteśmy normalnymi ludźmi"
Ostatnimi sondażami są zaskoczeni nawet sami członkowie ugrupowania. W szczytowym momencie popularność PP sięgała nawet 39 procent. Birgitta Jónsdóttir mówiła w ostatnim wywiadzie dla "The Guardian", że "to na nas przyszło stopniowo".
Wszystko rozumiemy – była korupcja, były zawirowania polityczne, ale skąd tak naprawdę ta nagła popularność akurat aż tak radykalnego ugrupowania? Po co to Islandczykom?
– Mamy odwagę wprowadzać zmiany i jesteśmy partią ludzi dla ludzi, ale nie populistyczną. Myślę, że nasza popularność wynika z tego, że ludzie, którzy założyli partię, są tymi samymi ludźmi, którzy byli odpowiedzialni za największy przeciek WikiLeaks [Jonsdottir należała do ekipy WikiLeaks] oraz Panama Papers (głównie Smári McCarthy). Partia Piratów to "zwykli ludzie", a nie tzw "elita". Ludzie, którzy pracują i pracowali całe życie, a nie ludzie, którym wszystko w życiu podawane było na tacy – słyszę.
Zobaczymy, czy islandzki eksperyment się uda. Wybory w październiku.

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl