Zanim zaczęła pisać kryminały, Marta Guzowska pracowała jako archeolożka.
Zanim zaczęła pisać kryminały, Marta Guzowska pracowała jako archeolożka. fot. facebook/Marta Guzowska

Czy poważny naukowiec powinien pisać kryminały? Marta Guzowska, doktor archeologii, większość zawodowego życia spędziła na wykopaliskach. Odkrycia zainspirowały ją do napisania książki. Dziś jest zdecydowanie najlepszą specjalistką w kryminale archeologicznym. – Polskie kryminały są już na światowym poziomie – mówi w rozmowie z naTemat.

REKLAMA
Jesteś mamą dwójki dzieci. Jednocześnie musisz przestrzegać deadlinów wydawniczych. Jak udaje Ci się organizować rzeczywistość ?

Mam tylko parę godzin luzu, kiedy mogę robić, co chcę. Normalnie pracuję rano, bo wtedy dzieci są w szkole i w przedszkolu, ale teraz, w wakacje, przestawiłam się na tryb nocny. Zaczynam pracę, około godziny 21.00, kiedy moje dzieci kładą się do łóżka. Piszę wtedy do drugiej w nocy. Od dawna nie piszę, kiedy chcę, tylko kiedy muszę. Oczywiście mam okresy przestoju, kiedy pomysły trudniej przychodzą mi do głowy. Ale nawet wtedy też trzeba pisać. Zadaję sobie ilość znaków dziennie. Obecnie to jest 10 tys.
Wydaje się to dość dużo.
To ostatnio całkiem nieźle funkcjonowało, ale tylko dlatego, że spędzałam wakacje u moich rodziców w Polsce. Kiedy wracam do Wiednia, gdzie czeka na mnie mój partner, wtedy trudno jest utrzymać dyscyplinę. On też domaga się uwagi, więc nie mogę skoncentrować się wyłącznie na pisaniu.
logo
Na rynku ukazała się czwarta powieść Marty Guzowskiej - chciwość. Facebook/Marta Guzowska
Twój partner jest Węgrem. Czy przeczytał, którąś z Twoich powieści ?
Na razie nie ma przekładów na język węgierski i, całe szczęście, na to się nie zanosi (śmiech). Mój facet jest typem człowieka, który wszystko wie najlepiej, więc wolę nie słuchać uwag w rodzaju "Ja to bym zupełnie inaczej poprowadził bohatera". My w ogóle nie rozmawiamy o pracy. On czyta raczej literaturę ambitną, rzadko interesuje się kryminałami, chyba, że naprawdę go przekonam, do jakiejś książki. Cieszę się z takiej sytuacji, bo nic tak nie zabija związku, jak dyskusja o własnej pracy. Byłam kiedyś żoną archeologa, więc wiem o czym mówię.
Oburzasz się, kiedy nazywają Cię drugą Bondą?
Nie chcę być drugą Bondą, czy inną pisarką. Wyznaję zasadę, że książki są dobre albo złe. Nie kategoryzuję autorów. Czy to kryminały, czy tzw. powieści poważne. Piszę kryminały przede wszystkim dlatego, że po prostu lubię je także czytać. Nigdy w życiu nie napisałabym powieści obyczajowej, bo zazwyczaj nudzą mnie takie historie.
Podobno tylko kilku polskich autorów może żyć wyłącznie z pisania.
Ja jeszcze nie zaliczam się do tych osób. Ale wierzę, że mój czas jeszcze nadejdzie. Nie chcę się też ograniczać tylko do polskiego rynku. Zaraz po wakacjach zamierzam wykonać intensywne działania, aby zacząć wydawać się za granicą. Mam nawet plan, jak to osiągnąć.
Sama się zgłaszasz do wydawnictw ?
Kontaktuję się z agentami. Chcę wejść na rynek anglojęzyczny, a tam nikt nie rozmawia bezpośrednio z autorem książki, chyba, że ktoś już ma znajomości w wydawnictwie. Chciałabym spróbować na rynku amerykańskim. Uważam, że polski kryminałjest znakomity, ale barierą jest, niestety, język polski. Nasze kryminały są na światowym poziomie, naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Gdybyśmy pisali w jakimś "normalnym” języku – już dawno podbilibyśmy świat. Ale jestem pewna, że to się kiedyś przełamie, przecież szwedzki język też nie jest popularny, a szwedzcy autorzy od lat podbijają rynki wydawnicze. Tylko nie zamierzam czekać na "modę na polskie kryminały”. Zamierzam ją zapoczątkować.
Jak odbiera Twoje powieści środowisko archeologów ? Traktują Twoją pracę poważnie ?
Różnie. Na początku słyszałam: "O matko ! Co ta Guzowska znowu wymyśliła”. Teraz, po którejś z kolei powieści, nabrali większej ciekawości do mojej pracy. Szczególnie moi polscy koledzy uważają, że wreszcie jest ktoś, kto "opisał pracę archeologa, tak jak ona wygląda”. Oczywiście, portretując własne środowisko, miałam duże obawy. Szczególnie tak było z powieścią "Głowa Niobe”. Akcja miała miejsce w Nieborowie. Opisywałam tam rzeźby, na których aż tak dobrze się nie znam. Nie wiedziałam więc, jak odbiorą ją moi koledzy. Miałam ogromną satysfakcje, kiedy na wieczór autorski przyszła moja koleżanka z instytutu i powiedziała: "Nie znalazłam żadnych błędów!” To była dla mnie jedna z najlepszych recenzji. Natomiast aktualna książka, która ukazuje się jesienią, została zainspirowana pracą magisterską mojego byłego studenta, obecnie już doktora archeologii, Maurycego Stanaszka. Rzecz jest o pochówkach wampirycznych.
logo
Guzowska właśnie pracuje nad thrillerem, gdzie pojawią się wątki wampiryczne TVN24

Brzmi zachęcająco...
Otóż w średniowieczu niektóre osoby chowane były w określony sposób. Chodziło przede wszystkim o ludzi z deformacjami ciała. To są ludzie, którzy mieli garba, krótszą nogę, czy rozszczepienie wargi. Bardzo często byli posądzani o wampiryzm. Chowano ich w np. ułożonych na brzuchu, a w nogach kładło się odciętą głowę. Uznałam, że to jest genialny pomysł na powieść. Pobiegłam do Maurycego i poprosiłam go egzemplarz pracy magisterskiej, bez której powieść w ogóle by nie powstała.
Ile trwa research do powieści?
Dość długo. Zawsze robię to z wyprzedzeniem. Teraz na przykład zbieram już materiały na książkę, gdzie będzie wątek kanibalistyczny. Kiedy natrafiam na coś o kanibalach, natychmiast wrzucam do przygotowanego folderu. Później muszę to uszeregować i dokładnie przeczytać, ale zalążek pracy już jest.
Simona, bohaterka Twoich powieści jest obdarzona Twoimi cechami?
W bardzo niewielkim stopniu. Zawsze długo pracuję nad bohaterami. Ilekroć tego zaniedbam, to później za to płacę. Wiem, że opłaca się dobrze przygotować do tworzenia nowego bohatera. Robię więc wywiady z osobami, które są ich matrycą – ważne jest, żeby bohater mówił swoimi słowami. Robię też sobie ćwiczenia – np. opisz swojego bohatera jednym zdaniem, jednym słowem. Po pewnym czasie, oni są już tak pełnymi osobami, już ich tak dobrze znam, że nie są nikim konkretnym. Na pewno nie mną!
Boisz się krytyki ? Na przykład przeczytałem, że potrafisz stracić zaangażowanie emocjonalne wobec swoich bohaterów ?
Nie zgadzam się z taką oceną zupełnie ! Osoba, która to napisała, najwyraźniej nie doczytała mojej powieści do końca. Ja już słyszałam bardzo dużo rzeczy na swój temat. Z niektórymi ocenami się zgadzam, z innymi niekoniecznie. Pewne jest jedno - jeśli dojdę do wniosku, że wiem już wszystko na temat pisania powieści, to przestanę pisać.
logo
Lubimy czytać
Jakie są Twoje silne strony?
Cały czas się uczę na błędach. Mam na przykład tendencję do gubienia bohaterów. Nagle ktoś od połowy książki przestaje istnieć ( śmiech). Więc pod koniec powieści, zawsze uważnie sprawdzam, czy nikogo nie pogubiłam. Wiem, że to jest duża wada i dość poważny błąd konstrukcyjny, ale potrafię już sobie z tym radzić. Jeśli się tak zdarzy, to wówczas są dwa wyjścia: albo się bohatera przywraca do akcji, albo gubi do końca – czyli zabija ☺.
Kto jest Twoim pierwszym recenzentem?
Oczywiście ja. Następnie moja przyjaciółka, która również jest pisarką. Agnieszka Krawczyk pisze głównie tzw. obyczajówkę, ale czasami także kryminały. Jest najbardziej ostrym recenzentem, jakiego znam. Czasami słyszę: "To jest nudne, to niedoczytane, tu błąd merytoryczny, a tutaj przepisz wszystko od początku”. Oczywiście to działa w obie strony. Ja także czytam jej książki. Najważniejsze, że nie wstydzę się jej dawać książek do recenzowania. Dopiero później trafia do redaktora.
Ile razy przepisujesz książkę?
Bardzo wiele razy. To zależy od książki. "Chciwość” pisało mi się stosunkowo łatwo. Ale są powieści, które bardzo mnie zmęczyły i wymagały przepisywania wiele razy. Teraz, na przykład, piszę drugą część "Chciwości” i jestem w naprawdę w strasznym momencie. Zastanawiam się, czy nie zacząć od początku.
Pracujesz jeszcze na wykopaliskach?
Pracuję zawodowo, jako archeolog, ale raczej stacjonarnie. Od ośmiu lat mieszkamy w Wiedniu, co jest dla mnie bardzo długim okresem czasu. Ja uwielbiam przenosić się z miejsca na miejsce. Nie mogę na razie nigdzie się wynieść, ze względu na dzieci. Wcześniej żyliśmy w Budapeszcie, którego szczerze nienawidziłam.
Dlaczego, to chyba piękne miasto?
Budapeszt jest przepięknym miastem do zwiedzania, ale Węgrzy są takimi fatalistami i pesymistami, że trudno tam żyć. To są ludzie, którzy nie umyją samochodu bo " przecież deszcz zaraz spadnie”. Ja tam więdłam. W porównaniu z Węgrami, Polacy mają o wiele większą fantazję i energię życiową. A jednocześnie jest to świetne miejsce, gdzie można sobie wyjechać na urlop. Powiedziałam już mojemu partnerowi, że jeśli chciałby kiedyś wrócić na Węgry, to z pewnością beze mnie.
logo
Guzowska to kosmopolitka. Mieszka w Wiedniu, publikuje w Polsce. Jej dzieci mówią biegle po polsku, węgiersku i niemiecku. Facebook
Widzę, że w domu Ty wyznaczasz zasady.
Oboje jesteśmy cholerykami, po trzynastu latach związku dobrze wiemy gdzie leżą granice tolerancji i starami się ich nie przekraczać. Czasami lepiej się ominąć, niż rozpocząć otwarty konflikt. Tego się nauczyliśmy.
Nie tęsknisz za wykopaliskami ? Długo trwały wyjazdy?
Bardzo różnie. Kiedy zaczynałam pracować w Troi, w 1998 roku, wyjeżdżałam na trzy miesiące. Na misjach każdy był z innego kraju. Nasz kierownik misji, nieżyjący już profesor Manfred Korfmann, za każdym razem, kiedy przybywał nowy członek wbijał nową flagę. Tych flag było po prostu mnóstwo. Ale były też sezony, gdy wyjeżdżałam na dwa-trzy tygodnie. Praca archeologa jest podobna do pisania. Samo zajęcie jest nudne: siedzisz, dłubiesz w ziemi i jeszcze trzeba się na tej nudzie skoncentrować. Natomiast efekty są bardzo ciekawe.
Nazywają Cię pisarką kryminałów archeologicznych. Lubisz to określenie?
Chwilowo się z nim zgadzam. Pewnie dlatego, że jestem leniwa, a na archeologii znam się bardzo dobrze, tutaj nikt mnie nie zagnie. Gdybym chciała robić research z medycyny, musiałabym spędzić rok na samym studiowaniu. Piszę o tym, na czym się dobrze znam.
To chyba nie mogłaś oglądać " Troi", filmu zrobionego w hollywoodzkim stylu, czyli po łebkach.
Pamiętam jak oglądaliśmy ze studentami "Troję”, sprawdzając, co jest tam naciągane. A z tego filmu wynika, na przykład, że po Troi chodziły lamy i były kolumny z Krety. W dodatku Troja leży na zachodnim wybrzeżu Turcji, więc słońce wschodzi nad górami, a zachodzi nad morzem. Z filmu wynika, że jest zupełnie odwrotnie. (śmiech)
logo
Replika konia trojańskiego, który wystąpił w filmie "Troja". Autorka uważa, że w filmie roi się od błędów.
Hollywoodzcy producenci oszczędzali na specjalistach?
Nie mieli specjalistów. Kiedy zaczęto kręcić Troję, moja koleżanka z projektu, Devrim Calis, napisała do producenta, że zrobi im za darmo research, w zamian za
“przygodę z filmem”. Przysłali jej odpowiedź, że nie potrzebują pomocy. Okazało się, że przy "Troi” w ogóle nie było konsultanta. Z kolei film “Aleksander” Olivera Stone’a, miał wybitnego konsultanta, Robina Lane Foxa, i to było widać na ekranie. Lane Fox zresztą wystąpił w "Aleksandrze”. Jest jednym z szarżujących w scenie bitwy pod Gaugamelą .
W ilu krajach mieszkałaś?
W Niemczech, Turcji, Izraelu, Danii, na Węgrzech, Austrii i, oczywiście, w Polsce. Krótkich wyjazdów nie liczę. Jestem kosmopolitką, biegle władam trzema językami, komunikatywnie jeszcze kilkoma.
Piszesz w którymś z tych języków?
Nigdy nie próbowałam pisać w języku angielskim, ale chcąc rozpocząć rozmowę z agentami, muszę mieć przynajmniej fragmenty moich książek po angielsku. Zaczęłam więc tłumaczyć. Własne teksty tłumaczy się bardzo ciężko. To jest zupełnie inny rytm języka. Wiem, że się przez to przebiję, chociaż na poziomie literackim muszę mieć native speakera, który mi to wszystko sczyta.
Cenisz polskich pisarzy?
Bardzo, choć nie wszystkich czytałam. Wstyd się przyznać, ale dopiero niedawno odkryłam Michała Witkowskiego. Abstrahując od tematyki, on ma naprawdę bardzo piękną prozę. Przyznaję, że byłam do niego na początku trochę uprzedzona, kupiłam go gdzieś na promocji za przysłowiową złotówkę, jako lekturę na wakacje. I wciągnął mnie w zupełności. Lubię oczywiście polskich autorów kryminałów.
Co sądzisz o celebrytyzacji pisarzy? Oburza Cię Twardoch reklamujący mercedesa?
Mam wrażenie, że w Polsce sukces wciąż jest negatywnie widziany. Twardoch nie zrobił przecież nic takiego, co by przekraczało granice dobrego smaku, opierał się przecież elegancko o mercedesa. Nie było tutaj żadnej prostytucji. Nie rozumiem, dlaczego auto ma promować aktor, a autor już nie może. Nie jest przecież gorszy - a śmiem twierdzić, że nawet lepszy. Na pewno jest bardziej oczytany. Nie podobała mi się ta historia z Twardochem, bo chłopak nie zasługiwał na tak potworną falę pomyj, która się na niego wylała. My, pisarze naprawdę mało zarabiamy. Jeśli Twardoch dostał za reklamę jakąś okrągłą sumę, to ja mu tylko życzę, żeby trafiło mu się więcej takich zleceń. I zazdroszczę, bo też bym tak chciała.

Napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl