Żołnierze mówią, że nie było skandalem okrzyknięcie Misiewicza "ministrem".  Ale i tak nie bardzo im się to podobało.
Żołnierze mówią, że nie było skandalem okrzyknięcie Misiewicza "ministrem". Ale i tak nie bardzo im się to podobało. Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Błyskotliwa kariera Bartłomieja Misiewicza rzuca się w oczy nie tylko polityków i dziennikarzy, ale także osób związanych z wojskiem. Często budzi śmiech lub zażenowanie, co nie powinno dziwić, zważywszy na zaszczyty, jakie ostatnio spadły na barki rzecznika MON. Dostał złoty order, a żołnierze okrzyknęli go "ministrem”.

REKLAMA
– Nie takie rzeczy zdarzały się w wojsku. Ordery zdewaluowały się dawno temu i naprawdę mało kto przejmuje się, że jakiś Misiewicz dostał odznaczenie. To tylko blaszka pomalowana złotą farbą – twierdzi Wiesław D., emerytowany kapitan WP. Jego zdaniem, podobne odznaczenia rozdawano i za czasów Tomasza Siemoniaka, i Radosława Sikorskiego, poprzednicy też mieli gest. – Tylko wtedy się o tym tak głośno nie mówiło – dodaje.
"Jeśli żołnierze wyczują fałsz, szacunku nie będzie"
O rzeczniku jest głośno, wielu wojskowych też komentuje ostatnie wydarzenia. – Problem w tym, że on nic jeszcze nie zrobił, młody jest, a widać, że pupilek ministra, to wypada obśmiać – tłumaczy porucznik Jóźwiak. Wojsko nigdy nie przepadało za oficjelami, zwłaszcza takimi, którzy siedzą w warszawskim biurowcu, żołnierza widzą tylko pod Grobem Nieznanego Żołnierza, a próbują grzać się w blasku bagnetów. – I żeby było jasne, dotyczy to wszystkich od ministra po jego kierowcę, jeśli żołnierz wyczuje fałsz to szacunku nie będzie – podkreśla.
Oficjalnie wszystko jest w porządku. Minister obrony narodowej miał prawo wręczyć Misiewiczowi odznaczenie, choć dyskusyjne jest, czy od razu złote. Regulamin w tym zakresie ustala, że najpierw trzeba dostać order brązowy, potem srebrny, a dopiero po jakimś czasie można otrzymać złoty. – Na zachętę dostał od razu najwyższe odznaczenie, bo pewnie ktoś tam czegoś nie doczytał. I co z tego, przecież nikt mu go nie zabierze – śmieje się Jóźwiak. Nie chce komentować przypadków, gdy żołnierze oddają swoje odznaczenia, bo czują się obrażeni decyzją ministra. – Każdy ma prawo do takiego wyboru. Ja bym nie oddał – mówi porucznik.
Wszystko zgodnie z regulaminem
Z punktu widzenia regulaminów wojskowych sprawa okrzyknięcia Misiewicza przez żołnierzy ministrem, nie powinna budzić wątpliwości. Mimo to Facebook i Twitter aż się zagotowały od memów, dowcipów i żartobliwych uwag. Wiele osób zwraca uwagę na nieposkromione apetyty ministra i jego rzecznika, rozbujane ego Misiewicza i jawną kpinę z urzędu ministra. Tymczasem wszystko odbyło się … zgodnie z regulaminem musztry WP.
Życie żołnierza jest opisane od A do Z. Regulamin określa wszystko, od powitań żołnierzy po kształt łyżki i widelca. Popularnym żartem w wojsku jest ten, że jak czegoś nie można znaleźć w regulaminie, to tego po prostu nie ma, nie istnieje. Regulamin musztry wyraźnie wskazuje, kogo i gdzie wita się przed frontem żołnierzy i jaki mu wtedy przysługuje tytuł.
Oddziały oddają honory w ugrupowaniu rozwiniętym lub marszowym Prezydentowi RP, marszałkom Sejmu i Senatu, Premierowi, ministrowi MON, szefowi Sztabu Generalnego WP i tak dalej. – W tym przypadku kluczowy jest ten minister MON – mówi kapitan Wiesław D. A minister jest tylko jeden, więc jeśli z jakiegoś powodu nie chce lub nie może przyjechać, to wysyła zastępcę. Pojechał Misiewicz, nie jako rzecznik, tylko w randze ministra, bo go zastępował. No to krzyknęli "czołem panie ministrze”. Nie jemu, tylko Macierewiczowi, którego rzecznik reprezentował – tłumaczy kapitan.
"A jak mieli krzyczeć: "Czołem rzeczniku"?"
U wojskowych odżywają wspomnienia. – Nie takie rzeczy się krzyczało. Ten "minister” dla rzecznika to jeszcze nic. Ten gość to ma jeszcze jakąś inną funkcję, szef gabinetu politycznego, czy jakoś tak. Polityk, a nie tylko papuga – mówi porucznik Jóźwiak i wspomina, jak kiedyś krzyczeli osobom jeszcze mniej na to zasługującym. – Ja nawet nie wiem, czy to nie był kierowca. Przyjechał, kwiatki położył, na baczność stanął tak, że w wojsku to by miał karny apel od rana do nocy przez okrągły rok. Ale reprezentował ministra, to krzyczeliśmy, a jakże!
Humor mu dopisuje. – W ogóle to jest tak, że jak przyjedzie taka szycha, szyszka lub szyszeczka, to póki siedzi cicho, nic się nie dzieje. Ale jak krzyknie "czołem żołnierze” to nawet głupio byłoby nie odkrzyknąć. A co mają żołnierze skandować? "Czołem Misiu”? "Czołem panie rzeczniku”? No to już lepszy jest ten "minister”... – tłumaczy Wiesław D. I dodaje: – Jest potem szum w mediach, ale przynajmniej na miejscu jest mniej zamieszania.
"Wojsko nie jest od myślenia"
O tym, że ktoś przyjedzie do jednostki, informowany jest dowódca tej jednostki i to on wydaje rozkazy w sprawie powitania gości. – Żołnierze są przygotowywani, ćwiczą okrzyk, czyszczą buty, potem przyjeżdża gość, robi swoje i odjeżdża – mówi major Romanowski. Jego jednostka nieczęsto gości wyższych notabli, więc za każdym razem przygotowania są swoistym wydarzeniem.
Czy podobało mu się nazwanie rzecznika ministrem i wręczenie mu orderu? – Panie redaktorze, pod nazwiskiem to ja mogę panu powiedzieć, że wojsko nie jest od myślenia, tylko wykonuje się rozkazy i nie zastanawia zbyt głęboko nad tym, czy one mają sens – mówi Romanowski. – A prywatnie, przy dużej wódce, to mogę panu powiedzieć co o tym sądzę, ale nie wiem, czy to się nadaje do druku.
– Młodzi ludzie bardzo wiele tej dobrej energii wnoszą, do administracji, do polityki, warto ich dostrzegać i warto ich nagradzać – mówił Jacek Sasin w radiu TOK FM. Polityk PiS podkreślał, że falę hejtu, skierowaną w stronę Bartłomieja Misiewicza, rozpętują ludzie zawistni i zazdrośni. To tłumaczenie ładnie może brzmi w radiu, ale problem w tym, że nie tylko politycy opozycji krytykują szczególne względy, jakimi w ostatnich tygodniach cieszy się rzecznik MON. Także wojskowi krzywo patrzą na błyskotliwą karierę byłego pomocnika aptekarza.
"Skromnością też raczej nie grzeszy"
Na Twitterze krąży mem, złożony z kilku zdjęć. Na jednym z nich widać maskotkę norweskiej armii, pingwina awansowanego do stopnia brygadiera, na drugim – rzecznika MON Bartłomieja Misiewicza. Podpis wyraźnie wskazuje na to, że autor nie wie, czy honory wojskowe bardziej należą się ptakowi czy osobie podszywającej pod ministra. – Tak jest. Młody wszedł w garnitur, rżnie ważniaka, a wojsko musi mu salutować – żali się porucznik Jóźwiak.
Największym problemem nie jest to, że wita się jakiegoś wysłannika ministerstwa słowami "czołem panie ministrze”. – On występował w imieniu ministra, formułka była na miejscu – twierdzi Romanowski. – Nawet nie to, że dostał order. Problemem jest to, że osoba młoda, bez dokonań na karku, robi karierę, grzeje się w błysku fleszy na tle żołnierzy i wyraźnie widać, że nie ma żadnych oporów moralnych. Skromnością też raczej nie grzeszy – mówi Romanowski.
– Na klacie order, a w ręku buława. Co z tego, że młody wiekiem, skoro krzyczeli już na niego "minister "?– mówi porucznik Jóźwiak. I przewiduje, że to nie koniec błyskotliwej kariery rzecznika MON. – Do następnych wyborów pewnie nie takie rzeczy będziecie opisywać – dodaje.

napisz do autora:pawel.kalisz@natemat.pl