To jedna z rodzin syryjskich uchodźców, która postanowiła wyjechać z Tarnowa i wróciła do Syrii.
To jedna z rodzin syryjskich uchodźców, która postanowiła wyjechać z Tarnowa i wróciła do Syrii. Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta

Informacja buchnęła wczoraj, bardzo szybko podchwyciło ją sporo mediów – że syryjscy uchodźcy nie chcą już mieszkać w Tarnowie, część uciekła do Niemiec, część wróciła do Syrii. Albo inaczej – że woleli wyjechać tam niż zostać tutaj. Tak naprawdę obie rodziny wyjechały z Polski już kilka miesięcy temu. Każda inna. Każda z innych pobudek. Żadną miarą nie można wrzucać ich do tego samego worka, choć obu ciężko było odnaleźć się w polskiej rzeczywistości. Ale jednej się w Polsce podobało. Druga była rozczarowana.

REKLAMA
Obie rodziny przyjechały do Tarnowa rok temu w wakacje. Były łzy wzruszenia, ogromne emocje. W mieście wynajęto im mieszkania, MOPS zapewnił zasiłki, chrześcijańskie instytucje wspierały jak mogły, ludzie dobrej woli pomagali. Entuzjazm był po obu stronach.
Pierwsza rodzina wyjechała cztery miesiące temu, druga mniej więcej dwa. – Zupełnie nie rozumiem, dlaczego teraz wszyscy o tym piszą – dziwi się Bartłomiej Kapuściński z tarnowskiej fundacji Ziemia Obiecana, która przez cały ostatni rok wspierała uchodźców. Z jedną się zaprzyjaźnił, spotykali się prywatnie, wyjeżdżali wspólnie poza Tarnów, pokazywał im Polskę. Z tą rodziną jest w kontakcie. – Wrócili do Syrii. Dokonali dobrego wyboru – mówi.
logo
Tarnów – syryjska rodzina w swoim mieszkaniu, na górze. Fot. Michal Łepecki / Agencja Gazeta
Druga nie odpowiada na jego maile.
"Myślę, że liczą na lepszy socjal"
To starsze małżeństwo z jednym synem, który w Tarnowie trafił do 1 klasy LO. – Najbardziej szkoda mi Amina. Świetny, zdolny młody człowiek. Bardzo intensywnie uczył się polskiego i nauczył się. W tej rodzinie tylko z nim mogłem rozmawiać po polsku. Miał tutaj kolegów, bardzo dobrze odnalazł się w Tarnowie, bardzo lubił szkołę, bardzo chwalił atmosferę, jaka w niej panowała – opowiada Bartłomiej Kapuściński.
Wszyscy im radzili, by zostali w Polsce właśnie ze względu na Amina. Rodzice – inżynierowie budowlani koło 60-tki. W Syrii stracili wszystko – mieli dom na przedmieściach Damaszku, gaj oliwny. Ale byli już na emeryturze, w Polsce nawet nie szukali pracy, korzystali tylko z zasiłku MOPS. – Przypuszczam, że bardziej mieli nadzieję, że dostaną zasiłki do końca życia. Ale to, co zastali w Polsce nie spotkało się z ich wyobrażeniami. Zdecydowali się na wyjazd "do Syrii". Ale z tego co wiemy, wylądowali w Niemczech i siedzą u rodziny. Myślę, że liczą na to, że dostaną lepszy socjal – słyszę.
Oni z Tarnowa wyjechali jako pierwsi. Amin nie chciał. Był w szoku, gdy się o tym dowiedział. – Ale tak zdecydowali rodzice. Co tu można powiedzieć? To dorośli ludzi – mówi Bartłomiej Kapuściński.
Mieszkanka Tarnowa, Teresa Knap, opiekowała się obu rodzinami. Była ich przyjaciółką. – Rodzice Amina są chorzy. Ona na serce, on ma problemy z nogami i kręgosłupem. Amin też miał problemy kardiologiczne. Z tego względu też nie mogli pracować – mówi naTemat. Dodaje jeszcze, że mieli ogromne problemy z urzędnikami, którzy nasyłali na nich policję, żeby sprawdzała, czy są w Polsce legalnie, czy ściągali swoich tłumaczy z Krakowa, bo nie wierzyli w jej tłumaczenia. – Non stop dostawałam telefony w sprawie tej rodziny. Nie dziwię się im, że mieli dość i wyjechali – mówi.
Ona też do dziś nie ma z nimi kontaktu.
Połowa pieniędzy na naukę polskiego
Druga rodzina była inna. Cztery osoby – Riyad, jego żona Rim oraz dzieci - Lama i Amir. W Damaszku mieli duży dom na przedmieściach, który ocalał. On pracował w logistyce międzynarodowej, ona zawsze zajmowała się domem, choć mówiła, że w Polsce mogłaby podjąć pracę jako kucharka.
W Tarnowie zawodowo nie udało się ani jej, ani jemu. Riyad chwytał się każdej pracy – brał tłumaczenia, roznosił ulotki, pracował przy remontach. Od MOPS-u dostawali 2500 zł, ale kontrakt z urzędem zobowiązywał ich do opłacania z tego obowiązkowych lekcji języka polskiego. Wydawali na to prawie połowę pieniędzy.
– Nie byli w stanie się z tego utrzymać, dlatego my, a także wspólnoty chrześcijańskie, wspieraliśmy ich, żeby mieli choć minimum. Ciężko było im odnaleźć się w polskiej rzeczywistości. Dodatkowo z ich nauką polskiego też było średnio. Byli w stanie się porozumieć, ale zwłaszcza Rim miała z polskim duży problem – mówi Bartłomiej Kapuściński.
Teresa Knap: – Myśleli nawet, żeby wyjechać do Wrocławia czy do Warszawy i tam szukać pracy.
Dostał ofertę pracy w Damaszku
Amir chodził do LO. Lama miała iść na studia, ale formalności trwały pół roku, nie udało się, bo nie znała języka. Chciała się go nauczyć, wrócić na studia za rok. Nie zdążyła.
Z Damaszku zaczęły dochodzić wieści, że w mieście jest coraz lepiej, spokojniej. Zostawili tam całą rodzinę, starszych rodziców Riyada. Chcieli ich nawet ściągnąć do Polski, była już akcja w ambasadzie, ale się nie udało. I nagle Riyad otrzymał ofertę pracy od swojego dawnego pracodawcy w Syrii – Damaszek powoli się odbudowuje, potrzeba rąk do pracy. Był dom, mieli do czego wracać.
– Był emocjonalny smutek, bo się zżyliśmy, ale uważam, że podjęli dobrą decyzję – ocenia Bartłomiej Kapuściński. – Dla nich rozłąka z rodziną była bardzo ciężka. Widać było, że ogromnie tęsknili. I widać było miłość do bliskich, którzy zostali w Syrii. Mówili zresztą, że wrócą kiedyś do domu – dodaje Teresa Knap.
To ona robiła z nimi ostatnie zakupy przed wyjazdem. – Lama nie miała w Polsce wielu koleżanek. Rzadko wychodziła z domu. Na zakupy chodziła z mamą lub tatą. Ale podczas tych ostatnich kupowała mnóstwo prezentów dla swoich koleżanek w Syrii. Jakieś szaliczki, czapki, pamiątki z Polski. Widać było, jakie to dla niej ważne – opowiada.
– Była przez ten rok w kontakcie ze swoimi koleżankami w Syrii? – pytam.
– O tak! Cały czas. Telefon, Skype, Facebook. Jeśli w Syrii było światło.
– A chłopcy?
– Też, ale Amin i Amir są w podobnym wieku, spotykali się poza szkołą. Jak szli razem ulicą, to dziewczyny się za nimi oglądały. Sama widziałam. Ależ mieli frajdę!
Kwa i bakłażany
W Polsce oczywiście różnie oceniane są te decyzje o wyjeździe. Ale nie można jednoznacznie stwierdzić, że uchodźcy wybrzydzali i nic im się nie podobało. Każdy człowiek jest inny.
– Oni byli niezwykle ciepli, gościnni i ofiarni. Ile razy człowiek do nich nie przyszedł, częstowali czym mieli. Zawsze była kawa, jakieś warzywa, ryż. Przepyszne magdusy, potrawa z bakłażanów, z dodatkiem orzechów, oleju. Arabski leban, ser, który robili z krowiego mleka, i który zawsze wkładali do słoiczka, na wynos. Nigdy nie wychodziło się od nich z pustymi rękoma – mówi Teresa Knap.
Bartłomiej Kapuściński: – Ja kiedyś nie lubiłem kawy. Dzięki nim polubiłem.
Za gorąco i za zimno
W Polsce – pomijając różnice kulturowe – rodzinie Riyada, podobał się choćby... porządek na drogach. A także las. To zrobiło na nich ogromne wrażenie. – Kilka razy jeździliśmy razem do lasu. Mówili, że to zielony raj, dżungla. U nich jest pustynia – wspomina Bartłomiej Kapuściński.
Byli w szoku, że u nas jest tak... gorąco (w Syrii jest sucho, u nas większa wilgotność, którą mocno odczuwali), ale zimą dziwiło ich jednak ogrzewanie mieszkania i grube ściany, których w Syrii się nie stawia. Z tego powodu pierwsza rodzina musiała się z jednego mieszkania wyprowadzić – bo było za zimno. W ogóle dziwiły ich małe mieszkania. Kto wie. Może gdyby nie lepsze wieści z Damaszku, zostaliby tu na dłużej?
Teresa Knap ma od nich zaproszenie. – Jak się sytuacja bardziej uspokoi, mam jechać do Syrii – mówi. Cały czas jest w kontakcie z rodziną. Riyad pracuje. Amir chodzi do szkoły, Lama wróciła na studia. Mówią, że są szczęśliwi. I dziękują wszystkim, którzy im w Polsce pomogli.

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl