
Kiedy ludzie znajdują się w trudnej do zniesienia sytuacji, chętnie zaczynają żyć nadziejami na cud, który łatwo rozwiązałby ich problemy. Tak samo jest dziś z polityką. Większość społeczeństwa, której uwierają rządy Prawa i Sprawiedliwości, szybko zaczęła żyć dość irracjonalnymi nadziejami. Lepiej rozwiejmy więc kilka najbardziej powszechnych...
REKLAMA
1. Wytrzymać tę parę lat, a potem przyjdzie Biedroń
To nadzieja chyba najpowszechniejszy wśród tej części społeczeństwa, której do Prawa i Sprawiedliwości nie przekonują nawet przelewy na 500 zł. Przekonanie, że wystarczy dotrwać do najbliższych wyborów, a wygra w nich sympatyczny samorządowiec ze Słupska jest typowe zarówno dla wyborców lewicy, liberałów, jak i pewnej części tych prawicowców, dla których autorytarne zapędy, ksenofobia i wojna z Zachodem nie mają nic wspólnego z konserwatyzmem.
To przekonanie podsycają też media, które Roberta Biedronia chętnie kreują na zbawcę narodu in spe. Ostatnio najdalej poszedł w tym tygodnik "Faktycznie", który z najnowszej okładki krzyczy "Uratował Słupsk. Czas na Polskę!". Od miesięcy w podobny sposób piszą o prezydencie Słupska jednak i poważniejsze tytuły. No i internet, który już po zaskakującej dla wielu wygranej Andrzeja Dudy w zeszłorocznych wyborach prezydenckich nagle zakrzyknął #robertmusisz2020.
No dobra, ale... Po pierwsze, nikt żyjąc tym marzeniem nie zastanawia się chyba, jak Robert Biedroń miałby tego dokonać. Jest popularny, powszechnie lubiany, a w Słupsku udowadnia, że zna się nie tylko na politycznym marketingu, ale potrafi też sprawnie zarządzać. I to łącząc, a nie tworząc podziały. To wszystko mocne argumenty. Jednak umowa, którą Biedroń zawarł ze słupszczanami wraz z kalendarzem wyborczym są największymi przeszkodami przed "uratowaniem Polski".
Bo jeśli Robert Biedroń zechce zawalczyć o odebranie Andrzejowi Dudzie fotela prezydenckiego, to będzie miał dwa wyjścia. Oba złe. Albo będzie musiał porzucić Słupsk już w 2018 roku i dwa lata walczyć w inny sposób o utrzymanie popularności, co może okazać się trudne. Albo zapewni sobie reelekcję w kolejnych wyborach samorządowych, ale w połowie kadencji porzuci miasto dla większych ambicji. Za co rywale będą go w kampanii prezydenckiej grillowali na każdym kroku, robiąc z niego cynicznego karierowicza.
Poza tym, Biedroń nie ma w zasadzie żadnego politycznego zaplecza. Od Twojego Ruchu odciął się nim ten upadł. Na lewicy nie poprą go wszyscy, bo ta z PZPR-owksimi korzeniami na pewno kolejny raz zechce ośmieszyć się własnym kandydatem. Na pewno staną za nim niektóre środowiska samorządowe i aktywiści miejscy, ale mają oni raczej zdolność do wywoływania konfliktów miedzy sobą, a nie współpracy.
No i jeszcze jedno... Prezydent to nie wszystko. Niewielką zmianą będzie "wasz" prezydent, gdy w rządzie nadal będą "ich" ludzie. W Polsce to w Kancelarii Premiera jest prawdziwa władza, w Pałacu Prezydenckim najważniejsze są słynne żyrandole. A wyborów parlamentarnych to Biedroń sam na pewno nie wygra...
2. Tusk zaraz wróci i wszystko odkręci
Z tą myślą szukając pocieszania zasypiają i budzą się przede wszystkim przedstawiciele twardego elektoratu Platformy Obywatelskiej. Nie jest jednak obca i tym, którzy mówią, że dziś najbliżej im do Nowoczesnej lub Komitetu Obrony Demokracji. Bo Donald Tusk rządził tak długo i tak skutecznie, że w wyobraźni wielu Polaków wyrósł na politycznego cudotwórcę.
Tyle że niewiele wskazuje na to, by przewodniczący Rady Europejskiej na poważnie o powrocie myślał. Choćby dlatego, że na arenie międzynarodowej jego rezygnacja po pierwszej kadencji w Brukseli wyglądałaby na spadek do niższej ligi. A reelekcja w maju 2017 roku raczej nie jest zagrożona. Nawet w PiS dają do zrozumienia, że na głosowaniu Rady Europejskiej poprą Donalda Tuska, bo to jednak Polak. A gdyby nawet mieli wątpliwości, pomóc może zmarszczona brew partyjnego kolegi Tuska z Europejskiej Partii Ludowej Viktora Orbana, za którym Jarosław Kaczyński poszedłby przecież w ogień.
Kilka miesięcy temu jednym żartobliwym tweetem Donald Tusk co prawda zasugerował, że może skorzystać z zaproszenia rzeszy rodaków do szarży nad Wisłę na białym koniu. Był to jednak raczej popis wynikający z dużego poczucia humoru i dystansu do siebie, które cechują byłego przywódcę Polski, a nie spoiler politycznych planów.
Myśl o powrocie do polskiej polityki nie jest dla Donalda Tuska zachęcająca przede wszystkim dlatego, że nie wróciłby przecież na gotowe. Pierwszym zadaniem po wyprowadzce z Brukseli byłoby zjednoczenie opozycji. Jakichkolwiek wyborów też na horyzoncie nie widać, więc szefowanie najważniejszej instytucji europejskiej Tusk miałby porzucić chyba tylko po to, by PiS łatwiej było go ciągać po komisjach śledczych.
3. PiS zniszczy się od środka
Kolejny mit na pocieszenie, według którego wystarczy nic nie robić i tylko patrzeć jak "imperium upada w szczycie chwały". To fakt, że historia polskiej polityki potwierdza, że wielkie formacje prawicowe mają niezwykłą zdolność do autodestrukcji. Co więcej, prawdą jest, że sam PiS już kilka autodestrukcyjnych epizodów przeżył. W tym nie tylko rozłam zainicjowany przez Zbigniewa Ziobrę w 2012 roku, ale i upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego z 2007 roku.
Ci, którzy wypatrują już dnia, kiedy historia się powtórzy, nie biorą jednak pod uwagę faktu, iż nawet najbardziej oporni uczniowie potrafią nauczyć się czegoś na błędach. Szczególnie, gdy były one bardzo bolesne. Decyzja o zjednoczeniu pod skrzydłami Jarosława Kaczyńskiego, a później sukces tego projektu w wyborach prezydenckich i parlamentarnych były najlepszym dowodem, że na prawicy taką naukę skutecznie pobrano.
Poza tym nieco szczęścia w wyborach sprawiło, że formacja Jarosława Kaczyńskiego ma dziś samodzielną większość w parlamencie i to kolejne silne spoiwo władzy. Może ona znacznie więcej niż ktokolwiek inny w przeszłości. W tym może sypać synekurami na niespotykaną dotąd skalę. Wszystkie wewnątrzpartyjne wojny z przeszłości zaczynały się tymczasem o stołki. Póki ich nie brakuje, zjednoczonej prawicy od środka nic nie grozi.
4. Skończą się pieniądze, ludzie odwrócą się od PiS
Według tej tezy, upadek PiS zacznie się najpóźniej za kilkanaście miesięcy, gdy budżet państwa nie dopnie się ze względu na program Rodzina 500+ oraz inne kosztowne projekty rządu i prezydenta. Przeciwnicy PiS wierzą, że wreszcie skończą się pieniądze na przelewy zasiłków, gospodarka podupadnie, więc ceny podskoczą, a ludzie zaczną tracić pracę.
Problem tylko w tym, że PiS realizuje wiele obietnic wyborczych poza tą, że nie będzie zadłużało państwa tak dynamicznie, jak robił to rząd PO-PSL. W pierwszym roku po przejęciu władzy rząd Beaty Szydło poszedł w zadłużaniu Polski jeszcze dalej i zdaje się nie mieć w tym temacie hamulców.
Dopóki zasiłki będą trafiały na konta, oczarowani hojnością państwa obywatele nie będą zwracali uwagi, skąd te pieniądze pochodzą. Za czasów Donalda Tuska mówiło się, że na wielkie inwestycje w infrastrukturę i gospodarkę zadłuża on każdego obywatela. Dziś ten dług w powszechnym myśleniu stał się już tylko długiem państwa. Jakiegoś wirtualnego bytu, a nie każdego z nas. Kolejnymi rekordami na liczniku zadłużenia "przeciętni Kowalscy" już się nie interesują.
Ktoś powie, że nie zmienia to faktu, iż przez rozdawnictwo gospodarka może wpaść w spore kłopoty, więc przed większym bezrobociem i drożyzną nic nas ostatecznie nie uratuje. Nie zapominajmy jednak, że wówczas sytuację rząd będzie mógł uratować twierdzeniem, iż dopiero teraz płacimy za błędy poprzedników PiS. I przestrogą, że zmiana władzy będzie oznaczała, że nie tylko trudności z przetrwaniem do pierwszego, ale i zasiłki znikną.
Oczywiście nie wszystkich do PiS przekonały tylko pieniądze. Siłą partii rządzącej jest też potężny twardy elektorat, który nawet w najgorszych dla niej czasach nie spadał poniżej 20 proc. I co najważniejsze, stanowią go ludzie, którzy nawet gdy PiS ich bardzo mocno rozczaruje, nie odnajdują żadnej innej atrakcyjnej oferty w polskiej polityce. Przy tej formacji trwali, trwają i trwać będą.
5. Zaraz pojawi się ktoś nowy i skończy się wojna polsko-polska
Przyznaję, że to jest i moje wielkie marzenie, ale... Nie oszukujmy się, nie widać nikogo, kto mógłby wejść do polityki i zakończyć erę konfliktów, które narosły jeszcze w czasach upadku PRL i którymi zarażono kilka kolejnych pokoleń. A przez ostatnie 10 lat Polacy przywykli już do życia, w którym za najgorszego wroga nie można uważać nikogo innego niż jakichś innych Polaków.
Jednak nie chodzi tu tylko o historię i socjologię. Przed podjęciem ryzyka doprowadzenia do prawdziwej dobrej zmiany na polskiej scenie politycznej potencjalnych kandydatów do tego hamują... pieniądze. To, że polityka wcale nie gwarantuje bogactwa to jedno. Przede wszystkim chodzi jednak o to, iż wejście w walkę polityczną może wiązać się z koniecznością porzucenia pracy lub stratami w firmie, a więc poważnymi kłopotami finansowymi.
Wielu wydaje się, że łatwo żyje się z pracy w partii. Tylko że najpierw trzeba sprawić, by ta partia w ogóle jakieś pieniądze miała. Poza subwencjami należnymi formacjom, które osiągnęły w ostatnich wyborach ponad 3-proc. poparcie, inne źródła partyjnych dochodów nie gwarantują funduszy, które mogłyby zachęcić do oddania się polityce w zamian za spokój o rodzinę i kredyty.
Dziwicie się, czemu młodzi popularni politycy siedzą uparcie w partiach, w których się marnują, a nie założą swojej własnej? Powód jest ten sam. Pieniądze na normalną politykę mają tylko ci, którzy od dawna w niej są. Jeśli nie jest się bogaczem, założenie nowego projektu może wiązać się z zaciskaniem pasa. Paru już tego w ostatnich latach próbowało, większość odpuściła. Wrócili do dawnych partii albo poszli odkuć się do korporacji.
Jakoś poradzili sobie założyciele Nowoczesnej (i przez błędy przy finansowaniu kampanii bez subwencji chyba nadal radzić będą sobie musieli), ale przez to, że sami należą do dość majętnych ludzi i mieli hojnych sponsorów, automatycznie obciążeni zostali oskarżeniami o sterowanie przez bogaczy.
Doświadczenia tych, którzy czegoś nowego dokonać próbowali, skutecznie zniechęcają do angażowania się w politykę ludzi z zewnątrz. Pozostajemy więc skazani na kolejne pokolenia zawodowych polityków, którzy przed 30-tką mogą pochwalić się 10-letnim doświadczeniem partyjnym i nie potrafią uprawiać polityki inaczej niż nauczyli ich w partii, przy której się wychowali.
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
