
Sezon kulturalny w pełni. Początek lata to dobry moment na trochę szumu. Ładna pogoda i słodki relaks sprzyja „wakacyjnym wykwitom”. Jedne świetnie sobie radzą, inne spalają się już w dniu premiery. Cóż, rynek przyjmie wszystko, gorzej z odbiorcami. Czerwiec nie jest łatwym miesiącem, szczególnie w tym roku, kiedy kultura musi stanąć w szranki z piłką nożną. Walka trwa, my przyglądamy się ofiarom. Zobacz subiektywny ranking kulturalnych porażek.
REKLAMA
De Mono „Spiekota”
Zespół De Mono spalił się jeszcze przed pierwszym dniem lata. Ich nowy album to raczej sucharek, niż kawał muzycznego mięsa. Tytułowa „Spiekota” to utwór zapomnianego już zespołu Breakout, który wraca po 40 latach w nowej aranżacji. Sam fakt odgrzewania hitu jest słabym posunięciem. Bardziej jednak od muzyki razi teledysk. Ni to śmieszny, ni to erotyczny. Oczywiście nie jest łatwo dobrać obraz do tekstów „spiekotą lata pachną piersi jej” i „gdy mi jest zimno, idę do niej i ona mi daje lata żar”, jednak najazdy kamery na dekolt dziewczyny baraszkującej z chłopakiem na plaży wydają się trochę zbyt dosłowne. Cóż, widocznie panowie rockmani właśnie przechodzą kryzys, inaczej chyba nie zabarwialiby seksualnie starych, nudnych hitów.
Zespół De Mono spalił się jeszcze przed pierwszym dniem lata. Ich nowy album to raczej sucharek, niż kawał muzycznego mięsa. Tytułowa „Spiekota” to utwór zapomnianego już zespołu Breakout, który wraca po 40 latach w nowej aranżacji. Sam fakt odgrzewania hitu jest słabym posunięciem. Bardziej jednak od muzyki razi teledysk. Ni to śmieszny, ni to erotyczny. Oczywiście nie jest łatwo dobrać obraz do tekstów „spiekotą lata pachną piersi jej” i „gdy mi jest zimno, idę do niej i ona mi daje lata żar”, jednak najazdy kamery na dekolt dziewczyny baraszkującej z chłopakiem na plaży wydają się trochę zbyt dosłowne. Cóż, widocznie panowie rockmani właśnie przechodzą kryzys, inaczej chyba nie zabarwialiby seksualnie starych, nudnych hitów.
James Sallis „Kierowca”
Pamiętacie film „Drive”? Kochacie Ryana Goslinga? To lepiej zamknijcie oczy. Do księgarni właśnie weszła druga część przygód mrocznego rycerza. Niestety na okładce nie zobaczycie przystojnego aktora, tylko taką jakby jego „gorszą wersję”. Zresztą okładka to mały problem. W porównaniu z tłumaczeniem... Książka nosi tytuł „Kierowca”. Nie inaczej. Nasz przystojny, nonszalancki i niezależny kaskader został zdegradowany do poziomu kierowcy. Oczywiście treść książki może być wzruszająca i fascynująca, ale ciężko będzie mi się w nią wgryźć mając świadomość, że opisuje losy zagubionego kierowcy. Tłumaczu następnym razem zastanów się trzy razy. Psychofanki Goslinga są pamiętliwe.
Pamiętacie film „Drive”? Kochacie Ryana Goslinga? To lepiej zamknijcie oczy. Do księgarni właśnie weszła druga część przygód mrocznego rycerza. Niestety na okładce nie zobaczycie przystojnego aktora, tylko taką jakby jego „gorszą wersję”. Zresztą okładka to mały problem. W porównaniu z tłumaczeniem... Książka nosi tytuł „Kierowca”. Nie inaczej. Nasz przystojny, nonszalancki i niezależny kaskader został zdegradowany do poziomu kierowcy. Oczywiście treść książki może być wzruszająca i fascynująca, ale ciężko będzie mi się w nią wgryźć mając świadomość, że opisuje losy zagubionego kierowcy. Tłumaczu następnym razem zastanów się trzy razy. Psychofanki Goslinga są pamiętliwe.
„Stadion oszalał”
Reklamy na Euro mogłyby być osobną kategorią. Nic tak nie parzy jak one. Wchodzą głęboko w głowę i żrą mózg. Co gorsza wyskakują z nas w najmniej odpowiednim momencie. Kilka dni temu chorowałam na koszmarek z Edytą Górniak. Dziś z kolei atakuje mnie „stadion oszalał” naprzemiennie z biedronkową „w górę serca, w górę flagi”. Cóż, copywriterom porządnie przygrzało słońce. Co jedna euro reklama to gorsza. Szczytem beznadziei jest jednak radiowy spot reklamujący pewien lek na wątrobę na nutę dość nieznośnego „koko koko, Euro spoko”. Po prostu brak słów. Pozostaje tylko nadzieja, że wraz z końcem piłkoszału wykruszą się euro-sucharki.
Reklamy na Euro mogłyby być osobną kategorią. Nic tak nie parzy jak one. Wchodzą głęboko w głowę i żrą mózg. Co gorsza wyskakują z nas w najmniej odpowiednim momencie. Kilka dni temu chorowałam na koszmarek z Edytą Górniak. Dziś z kolei atakuje mnie „stadion oszalał” naprzemiennie z biedronkową „w górę serca, w górę flagi”. Cóż, copywriterom porządnie przygrzało słońce. Co jedna euro reklama to gorsza. Szczytem beznadziei jest jednak radiowy spot reklamujący pewien lek na wątrobę na nutę dość nieznośnego „koko koko, Euro spoko”. Po prostu brak słów. Pozostaje tylko nadzieja, że wraz z końcem piłkoszału wykruszą się euro-sucharki.
Orange Festiwal
Nie ma lata bez festiwali. Nie ma też dobrego koncertu bez nagłośnienia. Niestety nie wszyscy jeszcze połączyli te fakty. Co z tego, że gra dobra muzyka, skoro zupełnie jej nie słychać. Tegoroczny Orange Festiwal to zdecydowanie porażka sezonu. Jego organizatorzy spalili się na całej linii. Nie chodzi tu tylko o dobór artystów, który jest dyskusyjny, ale samą organizację. Na pogodę nie mieli wpływu, ale na dźwięk już tak. Kto był na festiwalu wie, o czym mowa. Kto nie był, musi sobie wyobrazić absurdalną sytuację, w której na koncercie więcej widać niż słychać. Miejmy nadzieję, że to ostatni psikus tego sezonu. Szkoda artystów i fanów.
Nie ma lata bez festiwali. Nie ma też dobrego koncertu bez nagłośnienia. Niestety nie wszyscy jeszcze połączyli te fakty. Co z tego, że gra dobra muzyka, skoro zupełnie jej nie słychać. Tegoroczny Orange Festiwal to zdecydowanie porażka sezonu. Jego organizatorzy spalili się na całej linii. Nie chodzi tu tylko o dobór artystów, który jest dyskusyjny, ale samą organizację. Na pogodę nie mieli wpływu, ale na dźwięk już tak. Kto był na festiwalu wie, o czym mowa. Kto nie był, musi sobie wyobrazić absurdalną sytuację, w której na koncercie więcej widać niż słychać. Miejmy nadzieję, że to ostatni psikus tego sezonu. Szkoda artystów i fanów.
Telewizja
Ekran lubi odgrzewać. Szczególnie latem. Tego roku telewizja znów nas nie zaskoczy. W programie tradycyjnie „Sami swoi”, „Zabójcza broń”, obawiam się, że wszystkie części, i „Armageddon”. Jeżeli macie ochotę obejrzeć coś ciekawego, lepiej zaopatrzcie się w DVD albo dużą ilość napojów z kofeiną. Latem telewizję można oglądać dopiero po 24. Wcześniej można tylko wspominać i wzruszać się kiedy po raz setny Hugh Grant siedzi z Julią w kinie w okularach do nurkowania. Telewizja nigdy nie była moim ulubionym medium. Jednak w letnie upały mogłaby przynajmniej koić nerwy, a nie przypominać stare, dobre i niestety minione czasy.
Ekran lubi odgrzewać. Szczególnie latem. Tego roku telewizja znów nas nie zaskoczy. W programie tradycyjnie „Sami swoi”, „Zabójcza broń”, obawiam się, że wszystkie części, i „Armageddon”. Jeżeli macie ochotę obejrzeć coś ciekawego, lepiej zaopatrzcie się w DVD albo dużą ilość napojów z kofeiną. Latem telewizję można oglądać dopiero po 24. Wcześniej można tylko wspominać i wzruszać się kiedy po raz setny Hugh Grant siedzi z Julią w kinie w okularach do nurkowania. Telewizja nigdy nie była moim ulubionym medium. Jednak w letnie upały mogłaby przynajmniej koić nerwy, a nie przypominać stare, dobre i niestety minione czasy.
Karolina Macios „Futbolowe wdówki”
Kultura weszła w mariaż z piłką. Niestety nie jest to związek partnerski. „Futbolowe wdówki” to idealny dowód na to, jak jedną książką spalić swoje nazwisko. Opowieść o kobietach porzuconych na rzecz mistrzostw w piłkę nożną, to jeden z większych koszmarów sezonu. Książka Macios miała być złośliwa, wyszła raczej tragiczna. Autorka jednak się nie poddaje. Napisała nie tylko wątpliwej jakości dzieło, ale również założyła klub futbolowych wdówek. Jeżeli czujesz się zdradzana z boiskiem i odrzucana każdego dnia przez co najmniej 90 minut, zapisz się. Szybko zostaniesz wdówką. Mało który mężczyzna jest w stanie wytrzymać z kobietą, która nie zostawia mu przestrzeni na drobne pasje.
Kultura weszła w mariaż z piłką. Niestety nie jest to związek partnerski. „Futbolowe wdówki” to idealny dowód na to, jak jedną książką spalić swoje nazwisko. Opowieść o kobietach porzuconych na rzecz mistrzostw w piłkę nożną, to jeden z większych koszmarów sezonu. Książka Macios miała być złośliwa, wyszła raczej tragiczna. Autorka jednak się nie poddaje. Napisała nie tylko wątpliwej jakości dzieło, ale również założyła klub futbolowych wdówek. Jeżeli czujesz się zdradzana z boiskiem i odrzucana każdego dnia przez co najmniej 90 minut, zapisz się. Szybko zostaniesz wdówką. Mało który mężczyzna jest w stanie wytrzymać z kobietą, która nie zostawia mu przestrzeni na drobne pasje.