Likwidacja gimnazjów we wschodniej Polsce może mieć inne konsekwencje niż w innych częściach kraju.
Likwidacja gimnazjów we wschodniej Polsce może mieć inne konsekwencje niż w innych częściach kraju. Fot. Agencja Gazeta

Malutka szkoła podstawowa, wieś niemal odcięta od świata – wszędzie daleko, przysłowiowa Polska B, gdzieś na obrzeżach pod wschodnią granicą. Wieś, pola i bieda. Do gimnazjum kilkanaście kilometrów, ale jakiż przeskok cywilizacyjny i społeczny dla niejednego dziecka, które tu trafi. Likwidacja gimnazjów zupełnie im to zabierze.

REKLAMA
I teraz pytanie, co dla nich lepsze. Czy wygodna i bezpieczna szkoła bliżej domu i rodziców? Czy większa szansa na rozwój? Świat potwornie pędzi. Czy patrząc z tej perspektywy, minister Zalewska czegoś tym dzieciom jednak nie zabiera?
To cofnięcie dzieci...
Takich szkół są w Polsce setki. A dzieciaków, które codziennie dojeżdżają do nich autobusami czy gimbusami, tysiące. Dla jednych to męka, dla drugich ogromna szansa, by wyrwać się ze swojego zaścianka. Gimnazja działają przecież w większych miejscowościach, więcej się w nich dzieje, pod każdym względem mają lepsze wyposażenie.
Jakkolwiek by tego nie oceniać, jeśli zostaną zlikwidowane, dzieciaki znów, na kolejne dwa lata, utkną zamknięte w swoich małych społecznościach.
– To cofnięcie tych dzieci w możliwościach rozwoju, zwłaszcza na ścianie wschodniej, skąd niemal wszyscy chcą uciekać na Zachód. To problem, który wymaga regionalnego, lokalnego rozwiązania, a nie na podstawie nakazu z ministerstwa w Warszawie. Państwo w ogóle nie powinno się do tego wtrącać. Tam przecież nawet 8-letnia szkoła podstawowa nie zmieni pytania: I co dalej? – mówi w rozmowie z naTemat prof. dr hab. Julian Auleytner, specjalista od spraw polityki społecznej, rektor Wyższej Szkoły Pedagogicznej im. J. Korczaka w Warszawie.
Chcą uciekać za wszelką cenę
Sam, pod kątem szkół, badał przed laty ścianę wschodnią. tzw. Polskę B. W 1999 roku, gdy Jerzy Buzek ogłosił reformę edukacji. Doskonale zna problem w tym regionie.
– Jeździliśmy od Wiżajn na granicy z Obwodem Kaliningradzkim po Ustrzyki Dolne w Bieszczadach. Mój pracownik fotografował szkoły. Wtedy, z pomocy szkolnych, były dwa liczydła i globus, a toaleta znajdowała się na zewnątrz. Dziś czasy się zmieniły, gdybyśmy przejechali tą samą trasą, to te szkoły oczywiście wyglądałyby inaczej. Ale wciąż aktualne jest pytanie: Jaka jest jest perspektywa dla tych dzieci, po ukończeniu tych szkół? Tendencja nie zmieniła się. Chcą uciekać stąd za wszelką cenę – mówi.
Łatwiej dzieciom wyjść w świat
Krasne, pod Rzeszowem. Wcale nie taka mała miejscowość. Tutejszą podstawówkę kończą trzy klasy. Ale jakimś cudem do lokalnego gimnazjum trafiają tylko dwie klasy. – Młodzież ucieka do szkół w Rzeszowie. Albo sama chce, albo rodzice mają wyższe aspiracje, bo wiadomo – im większy ośrodek życia i kultury, tym łatwiej dzieciom wyjść w świat – mówi nam jeden z nauczycieli. Nikt nie patrzy, że dzieci muszą dojeżdżać, że zajmie im to kawałek dnia. Ważne, żeby trafiły do szkół, które dają im większe perspektywy.
W tych mniejszych miejscowościach, na końcu świata, likwidacja gimnazjów to wyjście w świat mocno opóźnia. Nie umniejszając roli małych szkół podstawowych i zaangażowania wielu wspaniałych nauczycieli, którzy w nich uczą. Większe szkoły z lepszym zapleczem, po prostu stać na więcej. Więcej imprez, konkursów, komputerów, wycieczek...Do tego dochodzi transport organizowany przez gminę. Gdyby rodzice sami mieli wysłać dziecko gdzieś dalej, wielu na pewno nie byłoby na to stać.
Gimnazjum sprzyja ich rozwojowi
Janów, województwo podlaskie, między Sokółką a Mońkami. Co roku do tutejszego gimnazjum trafiają dzieci z innych wsi. – Niektóre z nich rzucają się w oczy. Inaczej się zachowują, widać, że skądś przyszły – słyszę od jednego z pracowników szkoły. Inaczej niż dzieci, które uczą się w podstawówce w Janowie. Bywa, że są bardziej zahukane, nieśmiałe. – A potem widać, jak się zmieniają. Stają się odważniejsze. Widzimy, jak gimnazjum sprzyja ich rozwojowi. Dzięki niemu szybciej dorastają, uczą się społecznych zachowań, szybciej wkraczają w świat – mówi.
Dyrektorka innej, pobliskiej szkoły wspomina chłopca, z którym były problemy w szkole podstawowej. Mała wieś, wszyscy o sobie wiedzą wszystko. Rodzice słyszeli, że dziecko jest nadpobudliwe, że oni sobie nie radzą z jego wychowaniem. Gdy chłopiec poszedł do gimnazjum – i codziennie musiał do niego dojeżdżać – sytuacja zmieniła się o 180 stopni. – Skończył gimnazjum jako najlepszy uczeń. Dziś studiuje prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim – mówi.
Troska i nadopiekuńczość
Oczywiście większość rodziców cieszy się, że ich 12-, 13-letnie dzieci zostaną bliżej domu i nie będą musiały codziennie tłuc się kilku kilometrów do innej miejscowości. Nie zmienią otoczenia, trudny wiek przejdą wśród znanych sobie rówieśników, w znanej sobie społeczności. Rodzice mniej będą się denerwować. To oczywiście plus, którego nikt nie kwestionuje. – Myślę, że u nas 100 procent rodziców cieszy się z 8-letnich podstawówek. Żeby dzieci dłużej zostaną w domu. Choć z drugiej strony faktycznie takie wyrwanie się z małej miejscowości do gimnazjum to jest ro krok społeczny do przodu – słyszę w jednej za szkół na Podkarpaciu.
logo
Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta
Trzeba zrozumieć rodziców, ale...– To nadopiekuńczość rodziców, która ujawniła się w ostatnim pokoleniu, tzw. millenialsów, nie tylko zresztą w Polsce. Zawiera w sobie cechy dobra, ale też utrudnia młodym ludziom usamodzielnienie się i paraliżuje je przy samodzielnych działaniach. Zatrzymają dzieci na dwa lata, ale i tak potem nie uciekną przed tym samym pytaniem: co dalej? – mówi prof. Auleytner.
Podkreśla, że ściana wschodnia ciągle nie jest atrakcyjna, nie zatrzymuje ludzi, nie ma perspektywy zawodowej: – Nie ma programu rozwoju na nowoczesność. To samo dotyczy szkół. Co z tego, że robimy zmiany w oświacie, jeśli ta reforma i tak tam nie pomoże?

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl