Na "czarny protest" w Lidzbarku Welskim przyszło zaledwie kilka kobiet. Ich głos jest mocniejszy niż setki warszawianek.
Na "czarny protest" w Lidzbarku Welskim przyszło zaledwie kilka kobiet. Ich głos jest mocniejszy niż setki warszawianek. Fot. screen/ Ogólnopolski Strajk Kobiet Lidzbark Welski

– Jestem z małej wsi, jestem rolniczką i w pobliskim miasteczku współorganizowałam „czarny protest”. Ale to nie ja popisałam się odwagą, tylko moje dwie starsze sąsiadki. One są tutejsze, nie napływowe, jak ja. Aby zrozumieć na co się zdobyły, trzeba liznąć trochę życia na wsi. Jestem pełna podziwu dla nich i czuję dumę – opowiada Barbara Józefowicz ze wsi Rynek k. Lidzbarka Welskiego. Ona jest głosem kobiet, które zostały zamknięte w czterech ścianach, zapomniane. Jej słowa bolą.

REKLAMA
Rankiem, w dniu „czarnego protestu”, Barbara Józefowicz odbierała liczne telefony. Kolejne znajome wycofywały się z udziału w proteście. Z obawą zastanawiał się, czy oprócz niej i pozostałych organizatorów, przyjdzie ktoś jeszcze. Jej mąż, Sławomir, oczywiście ubrany na czarno, wrzucił do auta własnoręcznie przygotowany transparent i ruszyli do Lidzbarka. Tłumów na rynku nie było, ale...
– Przyszły dwie moje sąsiadki, starsze ode mnie. Byłam dla nich pełna podziwu. Nie zapowiadały się. Skąd mój podziw? One są stąd, a nie jak ja napływowe. Pokazały niezwykłą odwagę – opowiada Barbara Józefowicz. I dodaje. – Wy, z miasta, znacie jakieś kobiety ze wsi po 50-tce? Nie? To nie geje, osoby w śpiączce, czy niepełnosprawni są najbardziej dyskryminowanymi osobami w Polsce. Tylko te zamknięte w domach kobiety. Nie wiecie co to znaczy żyć w takiej wsi, jak moja.
Proza życia wśród słoneczników
Z Warszawy do gospodarstwa Józefowiczów jest 200 kilometrów. Rankiem, jak w każdym domu, i u nich panuje duże zamieszanie. Trzeba ubrać 3-letnią Marysię rozbudzoną przez starszego o trzy lata, Jerzego. Rok temu poszedł do przedszkola.
– Pierwszego dnia poinformował przedszkolanki, że będzie chodził, ale od października, bo on ma teraz wykopki – śmieje się trzydziestoletnia Barbara.
Mama Jerzego i Marysi pochodzi z Wołomina. Studiowała na SGGW, a potem zaczęła pracę w organizacji zajmującej się ochroną ptaków. Sławka poznała w trakcie seminarium dla rolników ekologicznych. – Gdy pierwszy raz przyjechałam do jego gospodarstwa, było cudna pogoda, a na polach kwitły słoneczniki. Poszłam na jego pole. Było takie, jak się spodziewałam. Wie pan, jak powinna być dobrze uprawiona ziemia? Taka pulchna i pachnąca – mówi.
Wiedziała, że jej mąż nie opuści rodzinnego gniazda, ale Sławomir Józefowicz nie należy też do typowych przedstawicieli wsi. Studiował socjologię i nastawił gospodarstwo na uprawy ekologiczne. – Miałem potrzebę nauki. Interesowały mnie mechanizmy manipulacji, jakim ulegamy. A nastawienie na ekologię gospodarstwo wzięło się z mojego wegetarianizmu. Rodzice prowadzili tradycyjne, wszystkiego po trochu. Ja przyjąłem jeden kierunek nastawiony na ekologiczne produkty – tłumaczy gospodarz. I leci do pracy, czas dokończyć orki zimowe. Oprócz licencjatu z socjologi ma "papiery" elektryka. Sam, bo tak taniej, kończy budowę domu.
Barbara zamieszkała u Sławka i zaczęła się proza życia na wsi. Wszędzie daleko i ludzie zamknięci w czterech ścianach. Przyznaje, że dopiero po czterech latach zaczęła się odnajdować w nowej społeczności. – Gdy Jerzyk poszedł do przedszkola, wreszcie poznałam inne matki. Wcześniej miałam kontakt tylko z najbliższą sąsiadką, ale też słaby, bo praca, dzieci… Założyłam nawet konto na Facebooku, aby rozmawiać ze znajomymi z Wołomina i Warszawy – opowiada.
Pikiety dla nich nie pierwszyzna
Z propozycją zorganizowania „czarnego protestu” zadzwonił do niej Kuba Gierej. To kolejny napływowy w okolicy. Z emocją opowiada o planach założenia stowarzyszenia, które chce m.in. rozkręcić sport. Wraz z innymi chłopakami rozwija drużynę piłkarską. Teraz nawet gmina przy starej szkole buduje boisko. Na widok gospodarza krowy zaczynają ryczeć. Na chwilę zagłuszają rozmowę. – Uważam, że ludzie na wsi chcą zmian. Tylko potrzebna jest iskra, osoba, która zainicjuje zmiany. Tak było z drużyną. Powiedziałem, że robimy, a wszyscy, jakby na to czekali i, co ważne, każdy wiedział co robić – zapewnia Kuba.
Na wieś przyszedł za żoną, Aleksandrą. W rozmowie odnosi się wrażenie, że Aleksandra jest osobą niezwykle pewną siebie. Mówi szybko i zdecydowanym głosem. Zapewnia, że zawsze wiedziała, iż wróci w rodzinne strony. Impulsem była choroba jej ojca. Po 16-tu latach mieszkania w Toruniu ruszyli pod Lidzbark. Zapewnia, że wyjście na rynek i manifestowanie, nie był dla niej niezwykłym wyzwaniem, bo chodziła w Toruniu na pikiety. Zupełnie inaczej postrzegają to miejscowi. – Pewnie, że plotkowano o nas i proteście. Tutaj trzeba się przyzwyczaić, że nie jest się anonimowym. Inni zainteresowani są twoim życiem bardziej niż własnym – dodaje.
Zostawić firanki i działać
Organizatorki protestu w 8-tysięcznym Lidzbarku przyznają, że miały być kolejne pikiety. Tylko obowiązki nie pozwoliły. Barbarze wypadły warsztaty kulinarne.
– Może teraz się uda – zastanawia się Józefowicz. Dodaje, że protestuje, bo jej zdaniem kobiety powinny mieć prawo do wyboru. Dlaczego na wsi nie ma masowych protestów, jakie widzimy w dużych miastach?
– Życie kobiet na wsi krąży między inwentarzem, wieszaniem firanek, a pieczeniem ciasta. Boją się, co powiedzą sąsiedzi, czy mąż nie będzie przeciw. To najbardziej dyskryminowana grupa w Polsce. Mam nadzieję, że stowarzyszenie, które tworzymy, przynajmniej rozkręci kobiety z naszych okolic. Wyrwie je z domów, nie na nalewkę i plotki, ale chociażby na szkolenia o opiece okołoporodowej. Do działania! Aby nie usłyszeć takich komentarzy, jaki wpadł mi ostatnio w ucho, że po co iść do świetlicy na ping-ponga, skoro jest telewizja – opowiada młoda rolniczka.
Na polskiej wsi życie z reguły toczy się wokół sklepu i kościoła. W sprawie tego ostatniego Józefowicz zapewnia, że jest w komfortowej sytuacji. Ksiądz z ich parafii jest niezwykłym człowiekiem. Bo... nie ocenia. Oceniania jednak nie unikną, nawet wśród bliskich. – Nie rozmawiałam z mamą o "czarnym proteście". Ma tradycyjne poglądy – przyznaje Aleksandra Gierej.
Nawet to zwykłe zdanie rzucone mimochodem pokazuje, jak trzeba być na wsi "mocnym", aby wyrazić swoje poglądy. Odstawać od reszty i być odpornym, bo każde odstępstwo naraża na plotki i komentarze.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl