Magda Kostyszyn - Ch***owa Pani Domu wydała książkę.
Magda Kostyszyn - Ch***owa Pani Domu wydała książkę. Fot. Adrian Błachut

Na Facebooku śledzi ją ponad 536 tys. osób. Magdalena Kostyszyn, czyli Ch***wa Pani Domu punktuje wpadki nas wszystkich i chwali za nietuzinkowe rozwiązania. A jeśli komuś to nie wystarczy, może sięgnąć po wydaną właśnie książkę. W rozmowie z nami Magdalena mówi po co musiała przelać na papier myśli o byciu nieperfekcyjną w pozornie perfekcyjnym świecie.

REKLAMA
Lepiej być "ch***ową" panią domu czy perfekcyjną?
Najlepiej być przede wszystkim sobą. Lubię mówić, że porządek warto mieć przede wszystkim w głowie, ale absolutnie nie neguję perfekcyjnych gospodyń domowych. Ba, ja je wręcz podziwiam!
Na Facebooku lubi cię ponad pół miliona osób. Do czego była ci potrzebna książka?
Książka to zupełnie nowa jakość dla moich dotychczasowych czytelników. Na profilu ograniczam się do krótkich treści lub form obrazkowych, brakowało mi jednak przestrzeni do podzielenia się z innymi nurtującymi mnie kwestiami. Pisaniem zajmuję się od wielu lat - uznałam, że to dobry moment, by publikacją książkową dotrzeć do nowych osób i dać się tym samym poznać nie tylko jako blogerka, ale również jako autorka.
Twoje fanki (i fani) przyzwyczajeni właśnie do memów i zdjęć dokumentujących "ch***owość" mogą się zdziwić, kiedy złapią do ręki niemal 300 zapisanych stron i do tego jeszcze nie tylko o radzeniu sobie z obowiązkami domowymi. Nie boisz się takiego zdziwienia właśnie?
Zupełnie nie boję się reakcji innych, bo pewnie gdyby tak było nie zdecydowałabym się w życiu na realizację znacznej części przedsięwzięć. Większość osób, która zna mnie jedynie z profilu na FB nie wie, czego spodziewać się po książce - czytelnicy przed zakupem zastanawiają się, czy jest to przeniesienie działalności facebookowej 1:1, jej uzupełnienie, a może publikacja zawierająca wybór przesyłanych do mnie zdjęć. Dla wielu sporym zaskoczeniem jest forma książki - w której znajduje się tylko i wyłącznie tekst - oraz treść. Wbrew pozorom publikacja książkowa nie jest uzupełnieniem ani powieleniem istniejącego w sieci profilu, to zupełnie odrębny element mojej twórczości.
logo
Fot. Adrian Błachut
Po pierwszym rozdziale wychodzi na to, że nie dedykujesz książki perfekcyjnym kobietom. Ale czy w gruncie rzeczy nie jest tak, że perfekcyjnych kobiet tak naprawdę nie ma? Piszesz już na początku: „Zawsze znajdzie się ktoś, od kogo będziesz gorsza, biedniejsza, brzydsza, głupsza, mniej zaradna”.
Myślę, że każdy z nas będzie interpretował pojęcie "perfekcyjnej kobiety" przez pryzmat własnych doświadczeń. Dla jednych ideałem będzie klasyczna piękność, dla innych niedoścignionym wzorem będzie z kolei najmądrzejsza koleżanka z pracy. Zawsze znajdziemy kogoś, do kogo będziemy się porównywać i kto w naszym mniemaniu będzie od nas lepszy.
Naprawdę uważasz, że jedyne co można zrobić to być najlepszą wersją siebie? Słysząc "bądź sobą" może się nóż w kieszeni otworzyć...
Wiem, że to brzmi jak największy banał, ale okazuje się, że ludziom trzeba powtarzać takie utarte formuły, żeby w końcu naprawdę do nich dotarły. Oczywiście, że to nie jest jedyna rzecz - możesz sobie zrobić np. operację plastyczną, jeśli czujesz się źle ze swoim wyglądem, ale zaręczam, że zaakceptowanie swoich wad jest tańsze, choć często zajmuje trochę więcej czasu.
Piszesz bardzo szczerze, ale chyba nie wszystko to wyłącznie twoje doświadczenia…

Nie, absolutnie. W książce jest opisanych tak wiele historii, że zabrakłoby mi życiorysu. Większość tekstów to fikcja literacka - inspirowałam się wiadomościami przysyłanymi do mnie przez moje czytelniczki, obserwowałam ludzie dookoła mnie.
Mnie wyjątkowo poruszył fragment poświęcony mamie, tłukącej kotlety, trzymającej wszystko w ryzach, często ponad swoje siły. Był prawdziwy?
Tak, ten fragment był jak najbardziej prawdziwy. Moja mama to właśnie taka stereotypowa perfekcyjna pani domu, która zawsze musiała mieć posprzątane, ugotowane, poprane - z tym że to dążenie do lśniącej rzeczywistości wcale nie sprawiało jej frajdy - było realizowane podświadomie w myśl zasady "bo tak trzeba". Dziś na szczęście sama nauczyła się odpuszczać i nie spina się o mały okruszek na dywanie, czy nieumyte talerze w zlewie.
logo
Fot. Adrian Błachut
W jakim momencie dotarło do ciebie, że nie chcesz tak żyć, nosić siat, biegać ze ścierą, wypruwać sobie żyły?
Dość szybko, bo w wieku nastoletnim. Już wtedy wiedziałam, że o tym, co mi wolno, a czego nie - nie będzie decydować moja płeć.
Wyłamującym się z narzuconych ram kobietom łatwo się nie żyje. I to pokazujesz, na przykładzie wścibskich, oceniających sąsiadek, czy koleżanek-matek mówiących: jesteś gorsza, bo nie siedzisz w pieluchach. Przyznaj, mało to zabawne i optymistyczne.
Mam wrażenie, że coraz mniej mnie ten temat dotyczy. Nauczyłam się dość egoistycznego podejścia, w którym liczę się przede wszystkim z własnym zdaniem i w pierwszej kolejności zastanawiam się - co jest dla mnie najważniejsze, a nie dla mamy, babci, czy sąsiadki. Różnego rodzaju presja atakuje nas zewsząd i trzeba naprawdę chwilę nad sobą popracować, by w pewnym momencie nie wpaść w pułapkę realizowania nieswoich marzeń.
Widzisz, z jednej strony, piszesz o rzuceniu tym życiem o ścianę, z drugiej, zbieraniem go z podłogi. Trudniej przyznać się do słabości czy do tego, że jakoś można tę słabość przeskoczyć?
Bo przecież właśnie tak wygląda nasza codzienność - jednego dnia mamy ochotę wyskoczyć z bezradności przez okno, a drugiego wstajemy jak gdyby nigdy nic z łóżka i w pełni akceptujemy zastaną rzeczywistość. Zdecydowanie trudniej jest się przyznać do porażki. I nie mam tu na myśli wpadki pt. „przypaliłam ciasto”, ale np. "zawaliłam w pracy", "nie spisałam się w roli córki" itd.
Masz na to rady. Piszesz, że nie ma nic złego w zakopaniu się pod kołdrę i puszczeniu np. "Znowu w życiu mi nie wyszło" albo wyjściu z rozmowy o pracę, kiedy pada pytanie o plany macierzyńskie. Te i inne sprawdziłaś, rozumiem, na sobie.
Większość zapewne tak, jednak pamiętajmy, że to nie ja jestem bohaterką tej książki. Owszem, wiele z przedstawionych historii pochodzi z mojego życia, ale utożsamianie autorki z główną postacią jest już sporym nadużyciem.
logo
Fot. Adrian Błachut
W takim razie nazwałabyś tę książkę poradnikiem?

Absolutnie nie. Książka jest zbiorem luźnych, aczkolwiek układających się w spójną całość tekstów i bliżej jej do form publicystycznych, niż do typowych poradników, w których autorzy dzielą się z czytelnikami sposobami na to, jak żyć.

Ja zanim ujrzałam okładkę, musiałam przejść przez opakowanie. Kojarzyło się od razu z takim na leki. Zawierało instrukcję obsługi, m.in. że produkt pod spodem ma dużą dawkę sarkazmu. Zastanawiałaś się czy kogoś nie urazisz?
Nie musiałam się nad tym zastanawiać, bo pisząc niektóre teksty - ot, choćby o matkach - byłam pewna, że spotkają się z mniejszą lub większą krytyką. Gdybym jednak miała za każdym razem dręczyć się myślami, czy swoją książką przypadkiem kogoś nie urażę, całe to pisanie byłoby zupełnie bez sensu.
Masz za sobą 500 tys. grupę, w przeważającej większości złożoną z kobiet. Czujesz za nie odpowiedzialność? Śmiechy śmiechami, ale one widzą chyba w tobie chyba jakąś deskę ratunku.
Czuję przede wszystkim, że udało mi się zebrać zaangażowaną i lojalną społeczność, która w profilu ChPD dostrzega coś więcej niż zabawne obrazki.
Na fanpage'u twój przekaz jest dość jasny, z przekazem płynącym z książki mam problem. Może po prostu zapytam, jaką reakcję chciałaś nią wywołać?
Interpretowanie książek przez pryzmat znanej ze szkoły formułki „co autor miał na myśli” jest bez sensu. Różnimy się od siebie tak bardzo, że każdy z nas z lektury tej samej pozycji wyniesie zupełnie coś innego. Jeśli po mojej książce czytelnik stwierdzi, że zrozumiał kilka rzeczy, ot np. takich, że nikt z nas nie jest idealny i że nie warto w życiu tak bardzo się wszystkim przejmować - to super. Ale jeśli znajdzie się ktoś, kto uzna, że po przeczytaniu moich tekstów nie zostało mu w głowie nic, ale dobrze spędził czas na lekturze - to też fantastycznie.
logo
Fot. Okładka książki M. Kostyszyn / wyd. Znak
Magdalena Kostyszyn - absolwentka polonistyki i dziennikarstwa, blogerka, pisarka. Twórczyni bloga Venila Kostis i fanpage'a Ch***owa Pani Domu. Mieszkanka Wrocławia, pod koniec września 2016 roku na rynku pojawiła się jej pierwsza książka, jak sama mówi - będąca zbiorem felietonów.

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl