"Jestem zbyt stary, żeby nie być szczerym". Robert Janowski, jakiego jeszcze nie znaliście

Robert Janowski dzisiaj jest laureatem wielu nagród telewizyjnych. Ale kiedyś był  niepokornym rockmanem.
Robert Janowski dzisiaj jest laureatem wielu nagród telewizyjnych. Ale kiedyś był niepokornym rockmanem. archiwum prywatne
Wieczny poszukiwacz, człowiek renesansu, kierujący się pasją. Był rockmanem, weterynarzem, aktorem, mało brakowało, a dzisiaj nosiłby mundur. Robert Janowski w rozmowie z naTemat odpowiada na pytania dotyczące jego całego życia. – Jestem zbyt stary, żeby nie być szczerym – mówi prowadzący kultowy program "Jaka to melodia".


Dzięki książce dowiedziałem o Panu sporo nowych rzeczy. Nie wszyscy pamiętają, że był Pan rockandrollowcem. Grał Pan w kultowym Oddziale Zamkniętym.

Ale nigdy się nie czułem rockandrollowcem, dlatego chyba odstawałem od tego składu. Miałem inny sposób myślenia, ubierania się, W odróżnieniu od pozostałych chłopaków z zespołu nie umiałem żyć "tu i teraz", myślałem o swojej przyszłości i nie były to marzenia o egzystencji w trasie. Już od dzieciństwa wiedziałem, że jestem przygotowywany na ważniejszą rolę w swoim życiu: rolę ojca. I bardzo chciałem doczekać tego momentu.


To dlatego nie chciał Pan jeździć w z nimi trasy?

Raz przeżyłem taką trasę. I później się trochę tego przestraszyłem

Czytałem, że usnął Pan po koncercie w pokoju hotelowym. Mimo że zaprosiliście wcześniej dziewczyny

Po takich tabletkach, jakie wtedy zażyłem, też by pan usnął... To był jeden z moich wybiegów. Nie chciałem uczestniczyć w niekończących się libacjach, więc zażywałem środki nasenne. Szybko odpływałem, ale przynajmniej budziłem się później trochę bardziej szczęśliwy niż reszta. (śmiech)


To są historie, których lepiej nie opowiadać dzieciom?

Jeszcze im tego nie mówiłem. Przeczytają książkę, to się o tacie dowiedzą nowych rzeczy (śmiech). A bywało kolorowo. I bywało niebezpiecznie. To był powód rozstania z Oddziałem Zamkniętym. To nie był mój styl życia, ani  bycia.

W dodatku fani "Oddziału Zamkniętego" zaledwie Pana tolerowali.

Bo wcześniej grałem w takim plastikowym zespole ZOO. Proszę sobie wyobrazić, to jakby Limahl zaczął nagle grać w Rolling Stonesach. Nie dziwię się, że na początku mnie zupełnie nie akceptowali, ale po jakimś czasie zaczęli trochę tolerować.
Ale nosił Pan w sobie potrzebę buntu. Brał Pan przecież udział w studenckich protestach.


Tak. Byłem na pierwszym roku studiów, kiedy zaczęły się ruchy protestacyjne. Dostaliśmy od uczelni polecenie, żeby wracać do domu. Ale my nie chcieliśmy wracać. Z pięcioma setkami innych studentów zabarykadowaliśmy się na Rakowieckiej w głównym budynku uczelni. To była pełnia lat 80-tych. Wtedy dojrzewaliśmy politycznie, uciekaliśmy przed milicyjnymi sukami, robiliśmy słynne zadymy na Starówce. To nie były beztroskie czasy. Chociaż także bohaterskie.

Tajemnic w książce jest więcej. Pana dzieci pewnie też nie wiedzą, że za młodu przywiązał Pan kolegę do torów.. Jakby to powiedzieć.. Był Pan trochę osiedlowym łobuzem .

Na szczęście pociąg w ostatniej chwili zjeżdżał na inny tor... Ale przyznaję, kolega o tym do końca nie wiedział. To była akcja odwetowa – banda, z którą wtedy walczyliśmy wcześniej zamknęła mnie w piwnicy i obsypała żywymi pająkami. Związanego. Mógłbym przytoczyć wiele takich historii. Należę do ludzi, którzy mieli jeszcze podwórko.

Były bandy i fajna, zdrowa rywalizacja. Robiliśmy też inne rzeczy, które dzisiaj można by uznać, za głupie. W moim miasteczku, Sochaczewie, płynie rzeka Bzura. No więc, kiedy przychodziła wiosna, robiliśmy zawody, kto się potrafi dłużej utrzymać na krze. Przegrywał ten, kto wpadał do wody, a wygrywała osoba, która potrafiła najdłużej utrzymać się na dryfującym kawałku lodu...

Na szczęście miejsce na rozwój duchowy też Pan znalazł.

W Sochaczewie mieliśmy klub garnizonowy. Tam było wszystko. Od gry na gitarze, przez pianino, grę w bilarda czy tenisa. Był dyskusyjny klub filmowy, uczyliśmy się zasad bilarda. Przyjeżdżały do nas na koncerty gwiazdy z pierwszej, drugiej i trzeciej ligi. Niektórzy z nas wcześniej o ich istnieniu nawet nie wiedzieli. Uruchomiała się w nas wyobraźnia, która powodowała, że człowiek się zmieniał. Po drodze jeszcze chciałem być lotnikiem, geografem, interesowałem się biologią.

A także wojskowym

Mogłem zostać starszym sierżantem. To nie było trudne. Mój ojciec był oficerem, całe życie przebywałem na "wojskowych blokach". Mało brakowało, a wybrałbym szkołę wojskową. I to wyłącznie z lenistwa. Dzisiaj pewnie byłbym pijakiem i z kolegami jeździł na ryby w czapce nasuniętej do połowy czoła.

Alkoholikiem też mógł Pan zostać grając w zespole rockowym. Przecież niektórzy Pana koledzy ze sceny już nie żyją.

Uważam, że większość z tych osób świadomie odebrała sobie życie. Tak jak osławiony "Klub 27", według mnie jest klubem nieświadomych samobójców. Reszta żyje i czuje się dobrze.
Miał Pan też dłuższą przygodę w SGGW. Szkolił się Pan na weterynarza. W książce pojawia się bardzo ciekawa historia o leczeniu zaparcia u konia..
Zaparcie u konia leczy się w bardzo prosty sposób, o czym uczą wszystkie podręczniki. Ale poznałem też inną metodę, przekazaną przez doświadczonego weterynarza. Więc bierze się w rękę wiecheć słomy, wkłada się aż do nadgarstka w odbyt konia i później kręci się raz w prawo raz w lewo, raz w prawo, raz w lewo.

Te ruchy powodują uruchomienie fali perystaltycznej. Biegnie ona przez cały układ pokarmowy. A proszę pamiętać, że kolka u konia to poważna sprawa. W każdym razie, stanąłem na przeciwko tego konia, fala rzeczywiście poszła... prosto na mnie, bo mój mistrz celowo nie powiedział mi, że trzeba stanąć trochę bokiem.No i... dostałem strzał końskiego łajna prosto w głowę. Dziesiątki kilogramów gówna trafiło w moją twarz i klatkę piersiową. Odrzuciło mnie na ładnych parę metrów, proszę uwierzyć –  żaden karabin nie ma takiego silnego odrzutu. Na szczęście nic mi się nie stało, ale ostatecznie koń wyzdrowiał.

Do tego zawodu ewidentnie potrzebna jest pasja.

Oczywiście, że to lubiłem. Ale studiowanie weterynarii było także głosem rozsądku. Chciałem doprowadzić te studia do końca. To była bardzo trudna, pamięciowa nauka. Dzięki niej do dzisiaj uwielbiam robić rzeczy, po których natychmiast widać efekty. Po studiach najczęściej na przykład przyjmowałem porody krów.
I jednocześnie był Pan frontmanem Oddziału Zamkniętego

Tak. Teoretycznie fani Oddziału mogli zobaczyć, jak ich idol odbiera cielaka w oborze, lub robi cesarkę świni (śmiech).

Podobno, o czym mało osób wie, jeden z teledysków do Oddziału Zamkniętego robił wam Kuba Wojewódzki.

To były lata 80-te. Poznałem go, jak zaczynał pracę jako początkujący dziennikarz muzyczny. Spotkaliśmy się na wywiad, bardzo dobrze nam się wtedy rozmawiało. Pomyślałem sobie, że ten człowiek jest mi mentalnie bliski. Zaproponowaliśmy mu zrobienie klipu, chociaż Kuba z teledyskami nie miał wcześniej nic do czynienia. Ale Wojewódzki to człowiek, który nie boi się wyzwań.

Dał mu Pan wtedy szansę. Czy dzisiaj Kuba o tym pamięta?

Nie wpadamy do siebie co niedzielę na obiady, ale kiedy dwukrotnie byłem u niego w programie, zachowywał się jak prawdziwy kolega.

Przechodząc do największej przygody Pana życia, czyli do "Metra". Mało brakowało, aby Pan w nim nie wystąpił. Bo nie chciał Pan założyć obcisłego trykotu.

Przyzna Pan, facet w trykocie nie wygląda fajnie... Poza tym byłem zupełnie zielony jeśli chodzi o taniec. Wokół mnie śmigali zawodowi tancerze, bardzo młodzi ludzie. Ja się trochę ich wstydziłem. A nastolatkiem już nie byłem, kiedy rozpoczęły się castingi, zbliżałem się już do trzydziestki.

A najpierw przestraszył Pana Stokłosa.

Podczas przesłuchania, tak mi się intensywnie przyglądał, że miałem wrażenie, że zagląda mi niemal do gardła.. Ale od początku byłem pewien, że wzbudziłem jego zainteresowanie. Jednocześnie myślałem, że nic z tego nie wyjdzie. Przez ten trykot właśnie.

Mimo tego przeszedł pan przesłuchanie. Później zamknęli was na kilka miesięcy prób. Niemal jak w obozie.

Wszystko odbywało się na terenie AWF-u. Spaliśmy w akademikach, mieliśmy do dyspozycji wszystkie hale sportowe, hale do ćwiczeń, sale do zajęć aktorskich, akrobatycznych, wokalnych. To była dobra metoda. Józefowicz miał świadomość, że jeśli nie odseparują nas od świata, to się gdzieś wszyscy rozproszymy.

Józek, czyli Janusz Józefowicz jest rzeczywiście taki demoniczny?

Ma taką naturę. Myślę, że gdyby miał inną, to nie opanowałby tego przedsięwzięcia. Pod koniec selekcji z 90 kandydatów zostało 40 osób. Dzięki niemu do dzisiaj mam olbrzymi szacunek do sceny i publiczności.

Właśnie od Józka się nauczyłem, że każdy spektakl należy grać, tak jakby się grało po raz pierwszy... i ostatni. Nauczyłem się też, że każde działanie artystyczne powinno być wydarzeniem, powinno pozostawiać jakiś ślad w widzu, ale także w artyście. Nie nauczyłbym się tego bez Józefowicza i jego "dyktatury". Oczywiście to, jak czasem traktował ludzi, jest zupełnie inną historią. Ale dzięki temu mam dzisiaj dość grubą skórę.

Gruba skóra była potrzebna od początku "Metra". Zawodowi aktorzy raczej nie patrzyli na was przychylnym okiem.

Ale to my zagraliśmy w kultowym spektaklu. Spotkaliśmy się również z olbrzymim ostracyzmem. W tamtym czasie, na fali popularności "Metra"  dostałem nawet propozycje zagrania Hamleta. Ale nie zagrałem, bo zaprotestował właśnie zespół Teatru.

Mógł Pan też zagrać w amerykańskiej wersji "Hair"!

To miała być wersja musicalowa. A ja miałem zagrać główną rolę na Broadwayu... Szkoda, że nie wyszło. Za to, kiedy przyjechaliśmy z "Metrem" do Stanów Zjednoczonych, poznałem na bankiecie m.in. Roberta de Niro, który przyszedł do nas z miłości do naszego spektaklu.

To było zaraz po tym, jak "NY Times", napisał, że "Metro" to słaby spektakl. W ogóle nikt nie spodziewał się tego, że będziemy mieli takie złe recenzje. To było wtedy odbierane w kategorii skandalu. Pod "New York Timesem", broadwayowskie zespoły artystyczne zorganizowały pikietę. Ramię w ramię szły z nami zespoły z "Upioru w Operze", " Kotów". Naprawdę poczuliśmy wtedy olbrzymią solidarność artystyczną.

Co się stało? "Metro" poniosło porażkę przez chciwość kilku producentów?

Ale my młodzi tego nie wiedzieliśmy. Podział zysków odbywał się przy stoliku za naszymi plecami. I najwyraźniej te rozmowy nie zostały przeprowadzone mądrze. Ale my mieliśmy poczucie, że wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Amerykańskie środowisko zresztą potraktowało nas jak kolegów. Mieliśmy broadwayowskie stawki, opiekę związków zawodowych.

Przeskakując trochę do współczesności. Ile razy Pana program "Jaka to melodia" miał być zdejmowana z anteny?

Ze dwa, albo trzy razy. Ale jakoś przetrwaliśmy. Zawsze przy okazji jakichś rozgrywek politycznych, chociaż przecież nie jesteśmy takim programem. Zawsze chcieliśmy przede wszystkim dostarczać ludziom rozrywki. U nas ma być lekko, łatwo i przyjemnie.

Raz próbował Was zdjąć Bronisław Wildstein. Ówczesny prezes TVP. Jakie miał argumenty?

Uważał, że "Melodia" emitowana jest już zbyt długo. Prezes twierdził, że program się już musiał ludziom przejeść. Okazało się, że wcale nie. W takich sytuacjach zawsze policzalnym argumentem była strona finansowa. A "Jaka to melodia" wciąż przynosi telewizji zyski.

Jakie podejście ma obecny prezes?

Myślę, że telewizji szkoda byłoby rezygnować z dwudziestoletniego formatu. A poza tym jesteśmy chyba jedynym programem rozrywkowym w "Jedynce".

W książce porusza Pan także kilka wątków osobistych. Także, np. "aferę futrzarską", konflikt z ojcem, czy problemy wychowawcze córek. To są tematy, o których Pan rozmawia bardzo rzadko. Warto być tak szczerym?
Nie warto, ale jestem zbyt stary, żeby nie być szczerym. Nie jestem hipokrytą. Nie zamierzam fałszować rzeczywistości. To jest kwestia wartości, wychowania, kindersztuby. Albo bronisz swoich wartości, albo stajesz się w końcu flakiem.

Pana najnowszą pasją jest coaching. To też zaskakujący zwrot w zawodowym życiu.

Przez ostatni rok pracowałem w WSiP w Rzeszowie. I dałem sobie radę. To było dla mnie ekscytujące doświadczenie. Zdawałem sobie sprawę, że studenci musieli zmierzyć się również ze swoim wyobrażeniem na mój temat. Moją rolą było ułatwić im uwolnienie się od stereotypowego myślenia. Po godzinie występu przed władzami uczelni dostałem propozycję pracy. To było dla mnie bardzo przyjemne zwycięstwo.

Podsumujmy: Odział Zamknięty, "Metro", długoletnia przyjaźń z Telewizją, wykładowca na uczelni. W trakcie jeszcze kilka tomików poezji, parę płyt, teraz książka. I rola o której Pan marzył – szczęśliwy ojciec I mąż. To koniec, czy jeszcze nas Pan czymś zaskoczy?

"Przypadki" chodzą po ludziach (śmiech). Mam nadzieję, że to życie czymś mnie zaskoczy!

napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0W Polsce tego filmu ludzie boją się jak ognia. Widziałem "Malowanego ptaka" i już wiem dlaczego

POLECAMY

HYDEPARK 0 0Maciej Stuhr kończy 44 lata. I właśnie z tej okazji dał bardzo szczery wywiad
0 0Tak się rozjeżdża konkurencję. Po takiej zapowiedzi serwisu Disney+ Netflix może się bać

TRAGEDIA W WARSZAWIE

FELIETON 0 0Ilu ludzi ma jeszcze zginąć na pasach? Posłowie, przestańcie się bać kierowców!
X-lander 0 0Złożysz go jedną ręką. Mamy cenią go za wielofunkcyjne zastosowanie
PSSB 0 0Konsultanci sprzedaży bezpośredniej. Kim są osoby działające w tej rozwijającej się branży?
POLECAMY 0 0Tak Kaczyński traci władzę. Po wyborach dostał dwa potężne ciosy