
Krwawe transparenty zwolenników delegalizacji przerywania ciąży mogą stać w centrum miasta – tak uznał we wtorek sąd w Częstochowie, który uniewinnił czworo obwinionych o sianie zgorszenia w przestrzeni publicznej. Mężczyzna, który wniósł sprawę do sądu mówi, że sędzia zarzuciła mu nadwrażliwość.
Dlaczego wniósł pan sprawę do sądu przeciwko działaczom Fundacji Pro?
Martin Saczek: 26 sierpnia przechodziłem Aleją Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie. To najbardziej prestiżowa ulica w mieście. W centralnym miejscu, przy przystankach tramwajowych, stała czwórka fundamentalistów religijnych z krwawym transparentem. Pomyślałem, że po pierwsze plakat jest kłamliwy, a po drugie nie powinien się znajdować w przestrzeni publicznej. Oskarżyłem ich o sianie zgorszenia w przestrzeni publicznej.
Takie plakaty pojawiają się w wielu miastach, ale ludzie zazwyczaj albo nie reagują, albo poprzestają na komentowaniu sprawy na ulicy czy w internecie. Pan poszedł do sądu.
Nie zgadzam się na to, by fundamentaliści religijni narażali przechodniów – w tym dzieci – na takie zmanipulowane, brutalne widoki. Chciałem być solidarny z kobietami – to był ten moment, gdy Ordo Iuris zebrało pod kościołami podpisy za całkowitym zakazem aborcji i karaniem kobiet, które przerwałyby ciążę. Przykład, jak postępować w takich sprawach dała koleżanka z krakowskiej Partii Razem, Joanna Grzymała-Moszczyńska. Kilka dni wcześniej zgłosiła na policję billboard tej samej treści, wiszący na elewacji jednego z budynków przy ruchliwej ulicy.
A co z wolnością wypowiedzi?
Nie odmawiam nikomu prawa do wyrażania swoich poglądów na temat aborcji. Jednak uważam, że zwolennicy delegalizacji przerywania ciąży powinni je głosić w cywilizowany sposób. Nie wolno epatować drastyczną - i przy okazji kłamliwą - treścią w przestrzeni publicznej. Jest to przemoc względem osób, które wcale nie chciały oglądać tego brutalnego baneru. Przypominam, mówimy także o dzieciach!
Czy innym częstochowianom też przeszkadzał ten plakat?
Tak. Pewne małżeństwo wezwało policję, która zarekwirowała krwawy transparent. Wczoraj sąd nakazał niestety zwrócenie go działaczom fundamentalistycznej organizacji.
Jak wyglądała rozprawa?
Okazało się, że na sali nie ma prokuratora, który był oskarżycielem publicznym. Za to cała czwórka obwinionych miała obrońcę z jakiejś organizacji religijnej. Zostałem sam. Poczułem się oszukany przez państwo polskie. Całe szczęście, że wcześniej złożyłem wniosek o status oskarżyciela posiłkowego, bo inaczej nikt nie mógłby zadać pytań oskarżonym.
Jest pan prawnikiem?
Nie. Radziłem sobie, jak umiałem.
Jakie pytania zadał pan działaczom Fundacji Pro?
Zapytałem, czy ich zdaniem dzieci powinny być narażone na takie widoki. Powiedzieli, że tak. Potem zapytałem, czy zdają sobie sprawę z tego, że ich transparent jest kłamliwy, bo zabieg przerwania ciąży wygląda zupełnie inaczej, niż utrzymują. Terminacji ciąży nie wykonuje się współcześnie szczypcami, to po prostu kłamstwo. Krwawe obrazki z banera nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.
Co odpowiedzieli?
Nic, bo sędzia powiedziała, że to nie jest uniwersytet medyczny, więc nie będziemy tu dyskutować o tym, czy plakat jest kłamliwy czy nie. To ciekawe, bo potem, gdy uzasadniała wyrok uniewinniający, powiedziała, że transparent pełni funkcję edukacyjną i uzupełnia wiedzę, którą dzieci zdobywają w szkole na zajęciach z wychowania do życia w rodzinie, gdzie oglądają "Niemy krzyk".
Przecież ten film już dawno został zdyskredytowany przez naukowców jako propaganda, która nie ma nic wspólnego z prawdą.
Ja tylko powtarzam, co mówiła sędzia. Też się zdziwiłem, zresztą nie pierwszy raz tego dnia. Wcześniej obrońca fundamentalistów ni stąd, ni zowąd zapytał mnie, czy widziałem zdjęcia zwłok żołnierzy zamordowanych w Katyniu, natomiast sędzia powiedziała na koniec, że jestem nadwrażliwy, a świat jest brutalny.
