Lech Kosiak, bohater stanu wojennego, znów wyszedł na ulicę protestować. "Bo wrócił pierwszy sekretarz"

"Przyjmując medal, sprzeniewierzyłbym się ideałom wolności i solidarności" – napisał Lech Kosiak w uzasadnieniu do prezydenta Andrzeja Dudy.
"Przyjmując medal, sprzeniewierzyłbym się ideałom wolności i solidarności" – napisał Lech Kosiak w uzasadnieniu do prezydenta Andrzeja Dudy. Fot. screen/facebook.com/Lech Norbert Kosiak
Przyjął medal z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale nie zgodził się na uhonorowanie przez Andrzeja Dudę. Czuje się oszukany przez obecnego prezydenta. Lech Kosiak pójdzie w marszu 13 grudnia: – Porównanie obecnej sytuacji z czasami PRL-u jest jak najbardziej adekwatne. Krajem rządzi pierwszy sekretarz partii. Nie zaś premier, ministrowie czy prezydent.


Nie wahał się pan odmówić głowie państwa przyjęcia Krzyża Wolności i Solidarności? To jednak zaszczyt.

Nie wahałem. Od prezydenta oczekuje się przestrzegania wyroków Trybunału Konstytucyjnego, czy też własnego zdania. Niepodpisywania wszystkiego, co mu poseł z Żoliborza podsyła. Dlatego podjąłem taką decyzję. Chciałem być w porządku wobec siebie i ludzi, których znam.


Ale obraził pan jednak spore grono osób, które wybrały Dudę. W końcu wygrał demokratyczne wybory.

Pan prezydent został wybrany demokratycznie. Niemniej jego deklaracje wyborcze, a to, co robi, to dwa bieguny. Myślę, że te osoby, które głosowały na Andrzeja Dudę też czują się oszukane. Miałem nadzieję, że jego funkcja jest na tyle samodzielna, iż nie będzie ulegać naciskom. Nie skorzystał z tego. A szkoda. Nikogo też z przyjmujących z rąk prezydenta Dudy to odznaczenie, nie chciałem obrazić swoją decyzją. Jest to mój protest przeciwko łamaniu konstytucji przez prezydenta RP.

"Przyjmując medal, sprzeniewierzyłbym się ideałom wolności i solidarności" – napisał pan w oświadczeniu. Tak źle jest z polską wolnością?

Niestety, widać to w poczynaniach Sejmu. Chociażby przyjął ustawę o zgromadzeniach, którą prezydent pewnie podpisze, bo tak pokazuje dotychczasowa praktyka. Tymczasem nawet Sąd Najwyższy uznał, że nowe przepisy stanowią znamiona stanu wyjątkowego.

Weźmie pan udział w marszu 13 grudnia?

Tak. Ja go w Gdańsku nawet współorganizuję.

Nie przeszkadza panu, że pułkownik Mazguła też opowiedział się za marszem? W czasach stanu wojennego byliście po przeciwnych stronach barykady.

Nie chcę się wypowiadać o pułkowniku Mazgule. Trudno mi jest oceniać tego człowieka, bo go nie znam. Słyszałem jego wyjaśnienia i to, co mówi tłumaczy z sensem. Niemniej, jak poznam człowieka, to mogę o nim coś powiedzieć.

Na Dudzie pan się poznał?

Myślę, że przez ten czas jego prezydentury poznałem nie tylko ja. Czuję się zawiedziony.

Wracając do przeszłości, czy wprowadzenie stanu wojennego było dla pana zaskoczeniem?

Chyba przeczuwaliśmy od dłuższego czasu, że coś się szykuje. Pracowałem wtedy w Warszawie na budowie EC Kawęczyn i rozpoczęliśmy strajk. To była inwestycja Energomontażu, strategiczna podlegała wojskowemu zarządowi. Chciano nas zmusić, abyśmy popisali lojalki. Strajk nie miał szans powodzenia na tym otwartym terenie, gdzie łatwo wejść i spacyfikować siłą. Ostrzegałem załogę, że wśród nas są informatorzy SB i aby nikt nie rozmawiał z nieznajomymi. Później okazało się, że miałem rację. Donosili koledzy.


Zaczął pan działać w podziemiu i ukrywać się. Jak wyglądało Pana zatrzymanie?

Czekali na mnie w pokoju hotelowym na Mokotowie. Wracałem wówczas ze spotkania konspiracyjnego, wchodzę do pokoju i widzę wycelowaną w siebie broń...

Pewnie się pan wystraszył.


Wybuchłem śmiechem. Trzymano mnie na muszce jak groźnego przestępcę. Po tym, jak podjąłem decyzję o działaniu w podziemiu solidarnościowym wiedziałem czego się spodziewać. Zdawałem sobie sprawę, na co się piszę i dlatego nie bałem się. Sądził mnie sąd wojskowy. Cywil przed wojskowym trybunałem! Usłyszałem zarzuty, że swoją działalnością zagrażam podstawom państwa.

Z tego, co czytałem w pańskiej biografii, był później za panem list gończy i ucieczka z konwoju.
Ja to nazwałbym oddaleniem z jednej z rozpraw. (śmiech)

Działając warszawskim podziemiu, spotkał się pan z Kaczyńskimi?


Spotkałem się z nimi później, podczas strajku w 1988 r. w Stoczni Remontowej i poprosiłem ich do Komitetu Strajkowego na rozmowy jako fachowców od prawa pracy. A potem jeszcze z Lechem Kaczyńskim, gdy był już prezydentem. Wręczył mi medal.

Jarosław zmienił się od tego czasu?

Proszę o inny zestaw pytań.
Słyszę czasem porównania Prawa i Sprawiedliwości do PZPR-u. W Warszawie KOD będzie maszerował spod siedziby dawnej komunistycznej partii pod siedzibę PiS-u przy Nowogrodzkiej. W mojej ocenie te porównania to przesada, a w pańskiej?

W tej chwili porównanie jest bardzo adekwatne. To, co wyczynia ta partia, że decyzje podejmowane są poza instytucjami do tego odpowiedzialnymi, oddaje ducha tamtych czasów. Pierwszy sekretarz partii rozdaje stanowiska i nominacje. Tylko w PRL-u było o tyle łatwiej walczyć, że był jeden wróg. Teraz jako społeczeństwo jesteśmy podzieleni, rozdarci nawet w rodzinach. To mnie boli najbardziej. Zlikwidowanie tego podziału będzie niezmiernie trudne.

Czy manifestacje Komitetu Obrony Demokracji mają ten sam ładunek emocji co z lat 80-tych?


Wówczas były inne realia. Chociaż chodzi o to samo, aby była przestrzegana Konstytucja, podstawowe reguły i nie wprowadzano po cichu zmian.

Spodziewał się pan, że przyjdzie jeszcze walczyć o te zasady?

Nie sądziłem, że tego dożyję. Myślałem, że będzie tylko lepiej. Jestem już tak stary... Musiałem jednak znów wyjść na ulicę protestować.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl