Jej aukcje z ubrankami dla Barbie podbiły serca internautów. Odwiedziliśmy panią Danutę, krawcową dla lalek

Danuta Nowak-Walentynowicz lubi sprawiać radość. Zaczęło się od ubranek dla Barbie wnuczki.
Danuta Nowak-Walentynowicz lubi sprawiać radość. Zaczęło się od ubranek dla Barbie wnuczki. Fot. Włodzimierz Szczepański / NaTemat.pl
Byłem w niezwykłej pracowni w bloku przy Czerniakowskiej. A tam... Babcia Danuta szyje ubranka dla lalek, a jej wnuczka Nelly jest ich pierwszą recenzentką. Babcia woli szyć dla Kena, bo „na takiej Barbie legginsy trzeba czasem poprawiać kilka razy”. Po zachwytach wnuczki i jej koleżanek, odważyła się sprzedawać ubranka przez internet. Mówi: – "Z reguły wrzucam do koperty dodatkowy zestaw ubranek. Cieszę się na myśl o tym uśmiechu".


– Szukałam jakiegoś prezentu dla córki. Nie chciałam kupować nowej zabawki i wtedy pomyślałam o ubrankach dla jej Barbie. Znalazłam je na Allegro, ale po odbiór pojechałam osobiście. Wróciłam stamtąd uskrzydlona. Ta babcia z tak ogromnym sercem opowiadała o wnuczce i tych ubrankach, że mnie rozczuliła – opowiada nasza czytelniczka.
Komentarze na Allegro też same pozytywne. Musiałem to sprawdzić. Nie było łatwo umówić się na spotkanie. Teraz jest sezon na ubranka, a pani Danuta nie lubi, gdy ktoś musiałby długo czekać na zamówienie. – Czasem przed północą mąż krzyczy, abym wyszła już z pokoju, bo zaraz on przyjdzie i zrobi z tym porządek. Pewnie, że wychodzę, a po chwili czytam książki. Mnie szkoda czasu na sen – śmieje się.


Zaskakujący team rodzinny
Jej przygoda z krawiectwem zaczęła się od zaskakującego pytania wnuczki... – Jakieś trzy, cztery lata temu przyszła do mnie Nelly i spytała, czy zrobię jej skarpetki dla Barbie. W pierwszym odruchu odmówiłam. Powiedziałam, że babcia jest za stara i trzęsą się jej ręce. Ale... usiadłam do maszyny i zrobiłam. Nelly była tak zaskoczona prezentem i z takim przejęciem przyjęła go, że postanowiłam zrobić następne – opowiada Danuta Nowak- Walentynowicz.

Pracownia przy Czerniakowskiej zaskakuje rozmiarami. To kąt między biblioteczką, a komodą na tkaniny. Na komodzie w rządku stoi kilka fotografii wnucząt, w tym jedna dziewczynka. Na stole stoi maszyna do szycia i pojemnik z nićmi, guzikami. Idealny porządek, aż wydaje mi się podejrzany...

– Nie mogę teraz nic znaleźć. Sprzątałam przed pana przyjściem. Odwołałam nawet wizytę u lekarza, by tu ogarnąć – śmieje się babcia Nelly.
Ostatnio, jej wnuczka wróciła z przedszkola bardzo zadowolona, bo jej lalka w nowym płaszczyku wzbudziła zachwyt. To sześciolatka wybiera materiały dla lalek. – Wszelkie błyszczące z cekinami, te najbardziej przykuwają jej wzrok. Kiedyś rozmawiałyśmy przez telefon i powiedziała: „Babcia, nie chce tego zapięcia, którego nawet tata nie może rozpiąć”. Chodziło jej o zatrzaski. Wyrzuciłam wszystkie, jakie miałam. Teraz zapięcia robię tylko na rzepy – wyjaśnia.
Sięga po spodnie dla Kena. Nelly pokazała jej, jak szybko ubrać lalkę. Pani Danuta instruuje: – Musi pan położyć na brzuchu. O tak, wykręcić ręce...


Ratunku! Coś nacisnęłam
Po pozytywnych ocenach wnuczki, babcia postanowiła wystawić ubranka na sprzedaż przez Allegro. Przyznaje, że obsługa komputera nie jest jej najmocniejszą stroną. – Czasem dzwonię do córki i błagam o pomoc, bo coś nacisnęłam. A ona odpowiada: „Na litość boską, mówiłam ci to już!”. Tłumaczę, że owszem mówiła trzy lata temu, a ja przecież nie pamiętam tego, co było dwie godziny temu. Po chwili słyszę w telefonie instrukcję – żartuje babcia z Czerniakowskiej. W sytuacjach podbramkowych dzwoni do syna, niekiedy w środku nocy. Pani Danuta mówi z czułością w głosie: – Odpowiada z reguły, że będzie w okolicy i wpadnie.
Sezon na ubranka to właściwie kilka tygodni w grudniu. Teraz pani Danuta rzadko wychodzi ze swojej pracowni. A obiady? – Gotuje mąż. Świetnie kucharzy – mówi i narzeka, że tyje. Na dźwięk swojego imienia z kuchni wychodzi Mirosław: – Oj, nie wtrącam się żonie. Ja czekam do wiosny. Wtedy ruszamy na swoją działkę. Tam zaś, ja mam dużo do roboty.

Powrót do dzieciństwa
Pani Danuta sięga po szablon. Szpilkami mocuje go do różowego materiału. – Przed sezonem kupuje półmetrowe skrawki tkanin, ale różowego trzy metry – wyjaśnia. W komodzie leży zapas tkanin. Nawet jest pikowana tkanina na zimowe kurteczki. Krawcowa mówi przez zaciśnięte usta, bo trzyma w nich szpilkę: – Jeansu nie lubię, bo się strasznie strzępi. Lubię sztruks. I polar jest fajny.
Woli szyć ubrania dla Kena, bo jest większy od Barbie. – Jej trzeba dopasować ubranie do sylwetki. Taka drobniutka jest. Legginsy muszę z trzy razy poprawiać – tłumaczy.

Ma nadzieję, że jej ubranka podobają się klientom, bo nie jest zawodową krawcową, wszystkiego uczyła się sama. Czasem metodą prób i błędów. – W dzieciństwie szyłam ubranka dla swoich lalek. Mama miała maszynę do szycia, a poza tym uwielbiałam się bawić gwoździami. Miałam zakaz wkładania ich do kontaktów. No, ale sądziłam, że trzymając gwóźdź kombinerkami, prąd mnie nie porazi. Od tej pory panicznie boję się prądu – śmieje się Danuta.
Maszyny do szycia używała też na studiach. Studentki przedmiotów technicznych również chcą dobrze wyglądać, a potem łatała spodnie dzieciom. – Najstarszy wnuk Oskar poprosił mnie, abym na kurtkę naszyła mu siatkę. Miał sobie wpleść w nią sznurki. To miał być strój maskujący. Obiecał, że w zamian w wakacje skopie mi działkę. Jak ja się namęczyłam nad tą siatką! Trzy płaszczyki wykonałabym w tym czasie. No, ale zrobiłam, a działka czeka na skopanie – mówi z uśmiechem.

Radość lepsza od marketingu
Babcia podkłada materiał pod igłę maszyny. Przez chwilę słychać „turkot” szycia. Sięga po nożyczki, aby odciąć nitki. I już kolejny zestaw ubranek gotów jest do wysłania. Z reguły babcia Danuta do kompletu dorzuca dodatkowe ubranko. Co zaskakujące klienci rzadko dziękują. Może boją się, że musieliby dopłacić. Czy to z jej strony chwyt marketingowy? – Wkładam do koperty dodatkowe ubranko, bo myślę sobie o radości, jaką sprawię dziecku. Cieszę się na myśl o tym uśmiechu. Tych oczkach, jak pięć złotych kwadratowych u mojej Nelly – dodaje Walentynowicz.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl