Ci panowie zniknęliby z ław sejmowych, gdyby Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało się na wprowadzenie rozwiązań takich, jak w Bułgarii
Ci panowie zniknęliby z ław sejmowych, gdyby Prawo i Sprawiedliwość zdecydowało się na wprowadzenie rozwiązań takich, jak w Bułgarii Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Bułgarska Partia Socjalistyczna chce zmieniać kraj, ale zmiany rozpoczęła od siebie. Działacze jednego z największych ugrupowań w Bułgarii postanowili, że jej posłowie mogą zasiadać w parlamencie przez maksymalnie trzy kadencje. Gdyby ktoś wpadł na taki pomysł na przykład w PiS-ie, partia zmieniłaby się nie do poznania.

REKLAMA
To nie są żarty, klamka już zapadła. Zmiany zostały wprowadzone do statutu partii, jej członkowie świadomie "odcięli się od koryta" – bo za takimi regulacjami głosowała większość delegatów na zjazd partii.
Miejsce w parlamencie w Bułgarii straci m.in. Janaki Stoiłow, który jest posłem nieprzerwanie od 1990 roku, w trakcie swojej kariery był m.in. wiceprzewodniczącym parlamentu. 27 lat w parlamencie? Brzmi jak kariera godna polskiego posła.
Taka wewnętrzna przemiana dotyczy nie pierwszego lepszego ugrupowania. BSP to w polskich realiach programowo odpowiednik SLD, choć bułgarska partia nie jest typowo lewicowa, a raczej centrowo-lewicowa. Wielkością odpowiada jednak bardziej największym w Polsce, a więc Prawu i Sprawiedliwości oraz Platformie Obywatelskiej.
W wyborach parlamentarnych w 2013 roku BSP (jako lewicowa Koalicja dla Bułgarii) zdobyła 26,6 proc. głosów. Więcej wyborców (30,5 proc.) zaufało tylko centro-prawicowej GERB, partii o nazwie Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii.
Co istotne, BSP teraz jest jednym z faworytów w nadchodzących wyborach. A na dodatek w całym kraju ugrupowanie ma ponad 100 tys. członków. To i tak mało, bo jeszcze w 1996 roku było ich ćwierć miliona. Bo ugrupowanie może i czasy świetności ma za sobą już, ale dalej jest jednym z największych graczy na lokalnej scenie politycznej.
12 lat jak jeden dzień
A gdyby na taki pomysł wpadła polska partia? Na przykład Prawo i Sprawiedliwość? Zmiany byłyby diametralne. Trzy kadencje w Sejmie to dwanaście lat. Dla wielu Polaków to niewyobrażalnie długo, ale dla wielu posłów ledwie ulotna chwila na Wiejskiej.
Oczywiście nie ma wymogu, by premier czy minister był jednocześnie wybranym posłem, ale można śmiało założyć, że bez wieloletniej kariery w parlamencie pozycja i kompetencje tych osób nie byłyby wystarczające do "samodzielnego" objęcia takiego stanowiska.
Zacznijmy od tego, że premierem nie zostałaby Beata Szydło. Szefowa rządu jest w Sejmie już piątą kadencję, być może musiałaby wrócić do pracy w ośrodku kultury w Brzeszczach. Bo po tej pracy weszła w politykę i została burmistrzem.
Podobnie jest w jej gabinecie. Ze stołkiem musieliby się pożegnać minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk, szefowa kancelarii premiera Beata Kempa, przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów Henryk Kowalczyk, minister rodziny Elżbieta Rafalska, ulubieniec ekologów i minister środowiska Jan Szyszko, minister energii Krzysztof Tchórzewski oraz Elżbieta Witek. Nie zapominajmy o takiej eminencji sejmowych korytarzy jak Mariusz Kamiński. Koordynator służb specjalnych jest w Sejmie piątą kadencję. Czwarta kadencja upływa właśnie Zbigniewowi Ziobrze. Wreszcie życie poza parlamentem musiałby sobie organizować Antoni Macierewicz.
Dla Jarosława Gowina, ministra nauki i szkolnictwa wyższego, byłaby to właśnie ostatnia kadencja. Tak jak dla szefa MSWiA Mariusza Błaszczaka, zdymisjonowanego ministra skarbu Dawida Jackiewicza i szefowej MEN Anny Zalewskiej.
W całym rządzie jest więc zaledwie kilku ministrów, których taki partyjny statut by nie dotknął. To minister rozwoju Mateusz Morawiecki, minister sportu Witold Bańka, minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk, minister cyfryzacji Anna Streżyńska, zdymisjonowany minister finansów Paweł Szałamacha oraz szef MSZ Witold Waszczykowski. I tu pojawia się ciekawa zależność – z tej grupy jedynie Waszczykowski jest posłem (drugą kadencję). Cała reszta nie ma sejmowego doświadczenia. Jeśli więc w PiS szuka się ministrów, to albo spoza partii, albo od dawna w niej zakorzenionych.
PiS ma także inne znane twarze, które byłyby już poza Sejmem albo właśnie kończyły swoją przygodę. Szef klubu Ryszard Terlecki jest na Wiejskiej właśnie trzecią kadencję. Marszałek Marek Kuchciński to stary wyjadacz – jest Sejmie nieprzerwanie od 2001 roku. Z kolei Joachim Brudziński, typowany na następcę Kaczyńskiego, w Sejmie jest od 2005 roku. Trwa właśnie jego czwarta kadencja.
Platforma bez lidera
Podobnie było jednak i w innych partiach. Przykładem jest Platforma Obywatelska, której przewodniczący Grzegorz Schetyna jest w Sejmie szóstą kadencję.
Partia, która według wielu komentatorów sceny politycznej ciągle szuka swojego charyzmatycznego lidera po Donaldzie Tuska, straciłaby kolejną rozpoznawalną twarz.
U nas to nie przejdzie
Takich zmian w polskim parlamencie nie ma co się jednak spodziewać, a na dodatek nasi politycy mają rozsądną wymówkę.
– Śmiem twierdzić, że byłoby to nie do utrzymania od strony prawnej, ponieważ ograniczałoby to prawa obywatelskie, a tego partia polityczna czynić nie może. Partia w Polsce musi mieć charakter demokratyczny, musi działać zgodnie z obowiązującym prawem – tłumaczy naTemat prof. Rafał Chwedoruk z Instytutu Nauk Politycznych UW.
Prof. Rafał Chwedoruk

Mogę sobie w danej partii wyobrazić taki zwyczaj, ale gdyby jakiś członek, któremu zabroniłoby się kandydować na czwartą kadencję, podałby partię do sądu, miałby w cuglach wygraną. Takie obostrzenia na gruncie obecnej konstytucji są niemożliwe. Jest to możliwe w przypadku władzy wykonawczej, np. ograniczenia dotyczą prezydenta.

Jak zauważa, Bułgarska Partia Polityczna to "szczególny przypadek".
– Jej potęga od lat słabnie, to kiedyś była partia 40 proc. głosów. To głównie emeryci i najbiedniejsi. Postanowili się ratować, tak jak ta prezydentura generała Rumena Radewa, to próba rewitalizacji własnej pozycji – podkreśla i zwraca uwagę, że bułgarski system polityczny ma nawet większe problemy z legitymizacją niż nasz.
Kaczyński na emeryturze
Oczywiście ktoś może powiedzieć, że Jarosław Kaczyński nie musiałby nawet być posłem, żeby sprawować realną władzę w Polsce.
Otóż w Bułgarii pomyślano również o tym. Zgodnie ze zmianami w statucie partii ograniczono do dwóch kadencji możliwość sprawowania funkcji przewodniczącego partii.

Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl