
Można się było spodziewać takich komentarzy. Bez względu na ocenę samego 500+, to ostatnio dobry argument na wszystko. Teraz wypłynął przy okazji rekordowej liczby wypadków na stokach. Dokładnie 960 i to w ferie. W momencie, gdy minister Rafalska sama powiedziała, że dzięki programowi wyjeżdża na nie więcej dzieci, niemal podając kpiarzom argument na tacy. "500+ czyni spustoszenie na stokach" – podsumował ktoś w sieci. Powiedzmy wprost – to bzdura. Te wypadki pokazują jednak zupełnie coś innego.
Być może dlatego, gdy pojawiły się informacje o większej niż rok temu liczbie wypadków na stokach, w internecie pojawiły się niesmaczne komentarze. Na przykład, że to "cepry dotowane z rządowego programu 500+ wybrały się po raz pierwszy na narty".
Faktem jest, że od początku ferii zimowych na Podhalu ratownicy interweniowali już blisko 1000 razy. To, jak ocenia ratownik TOPR Adam Marasek, nawet o 30 procent więcej niż rok temu o tej samej porze. – Tak mówią liczby. Ale wszyscy mówią też, choć tego nie ma jak sprawdzić, że w tym roku na Podhale przyjechało zdecydowanie więcej ludzi na ferie. A ilość osób jeżdżących też niejako przekłada się na liczbę wypadków – mówi naTemat. W efekt 500 plus na stokach mocno jednak wątpi.
O rekordach w kwestii wypadków na stokach mówią jednak również w Beskidach. "Za nami pracowity weekend z rekordową liczbą 119 wypadków narciarskich. Tylko w niedzielę ratownicy udzielali pomocy aż 77 razy! Oprócz typowych złamań i skręceń, poszkodowani doznawali poważnych urazów m.in. głowy i kręgosłupa" – informowała kilka dni temu Grupa Beskidzka GOPR.
Prawda jednak jest inna. Prosta i banalna. W tym roku w górach jest dłuższy sezon. Jest lepsza zima. Lepsza pogoda. Może niektórzy zrezygnowali z wyjazdów zagranicznych, bo zrobiło się niebezpieczniej. Ale na pewno wielu narciarzy zwyczajnie nie umie jeździć.
Jeśli się uczymy, to powinniśmy wziąć instruktora, bo nauka wtedy jest efektywna. Nie robimy błędów, od razu uczymy się dobrze jeździć, poznajemy podstawowe manewry, jak kontrolować prędkość, bezpiecznie zakręcać, żeby nie wpadać jeden na drugiego.
I wszystko wydaje się proste. Nasi rozmówcy cieszą się tylko, że Polacy w ogóle zaczęli się ruszać. Tak chcą patrzeć na to, że na stokach jest więcej narciarzy. – Obserwuję też, że coraz więcej osób korzysta z nauk instruktora w szkołach narciarskich. Idzie w dobrą stronę. Ale zaległości w tej kwestii są tak ogromne, że przez lata trzeba je będzie nadrabiać – kwituje Adam Marasek.
Napisz do autorki : katarzyna.zuchowicz@natemat.pl
