
Jeśli nie da się prośbą i groźbą, trzeba odwołać się do zasad. A jedna z nich, jeszcze z 1966 roku, mówi o tym, że każdy kraj UE może, przy różnych kwestiach, odwołać się do jednomyślności całej unijnej drużyny. Jak twierdzi nieoficjalnie Polskie Radio, właśnie tego polski rząd może zażądać podczas jutrzejszych wyborów na szefa Rady Europejskiej.
REKLAMA
Ten dyplomatyczny chwyt wydaje się ostatnią deską ratunku albo aktem desperacji dla polskiego rządu, który w ostatnich dniach mocno lobbuje w Brukseli za tym, by Donald Tusk nie został szefem RE na następną kadencję. "Polska może próbować odwołać się do zasady jednomyślności przy wyborze przewodniczącego Rady Europejskiej" – twierdzi Polskie Radio.
Przypomnijmy, wielokrotnie w ostatnich dniach omawiano tę kwestię, że wybór na szefa RE odbywa się kwalifikowaną większością głosów. A nie jednogłośnie. Zasada funkcjonuje jednak w UE od 1966 roku (tzw. kompromis luksemburski) i zupełnie niedawno – w podobnych okolicznościach próbował z niej skorzystać były już premier Wielkiej Brytanii, który nie zgadzał się, by szefem Komisji Europejskiej został Jean-Claude Juncker. Wtedy, jak powiedział PR jeden z unijnych dyplomatów, David Cameron usłyszał, że kompromis luksemburski nie ma zastosowania.
Internetowy serwis Consiliumeuropa.eu tak przypomina, co to jest jednomyślność w Radzie UE.

Jak będzie tym razem, jeśli faktycznie Polska zdecyduje się na taki krok? Zobaczymy już w czwartek. Dotychczas większość państw deklarowała poparcie dla Tuska.
