Łukasz Simlat w "Amoku".
Łukasz Simlat w "Amoku". Fot. Witold Bączyk / Kino Świat

Co jakiś czas media okrzykiwano go aktorem, któremu warto się przyglądać. Bo właśnie co jakiś czas udowadniał, iż takim aktorem jest. Niestety, zwykle szybko pojawiał się ktoś dla mediów ciekawszy. Łukasz Simlat robił swoje bez ich zainteresowania, po rolach w "Belfrze" i "Amoku" nie interesować się nim to już błąd.

REKLAMA
Na uboczu
Jego nazwisko po raz pierwszy zadźwięczało w świadomości 11 lat temu. Wtedy Simlat dostał nominację do Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego za rolę w "Kochankach z Marony". Pisano wtedy, że jest aktorskim odkryciem, zachwalano go i przepowiadano mu wielką karierę. Nagrody wówczas nie dostał, ale na koncie miał już parę innych, teatralnych. Grał też w dobrze przyjmowanych produkcjach: "Warszawa", "Vinci" czy "Wszyscy jesteśmy Chrystusami".
Od 2010 roku zgarniał nominacje do Złotych Kaczek (Najlepszy aktor sezonu 2009/2010 za Pokój szybkich randek", Najlepszy aktor 2011 za filmy "Lincz" i "Maraton tańca", Najlepszy aktor 2012 za "Wymyk"), do jego rąk w 2013 trafiła Nagroda Polskiego Kina Niezależnego im. Jana Machulskiego ("Magma"), równolegle Simlat miał szansę na Złotego Szczeniaka (Festiwal Aktorstwa Filmowego im. Tadeusza Szymkowa) po drugoplanowej roli w "Stacji Warszawie". 3 lata później był znów nominowany - za udział w "Zjednoczonych Stanach Miłości". Zwieńczeniem tego wszystkiego okazał się Złoty Lew (w kategorii Najlepszy Aktor Drugoplanowy), również ze względu na "Zjednoczone Stany Miłości".
logo
Fot. Kadr z filmu "Zjednoczone Stany Miłości"
– Mało robi się filmów, w których można wchodzić w głębię siebie. To jest taka bolączka polskich aktorów. Wszystko jest z przypadku, wszystko jest na szybko – mówił w jednej z rozmów. – A tak naprawdę na nic nie poświęca się odpowiedniej ilości czasu. I to jest mój prywatny ból, że jednak czegoś brakuje w tym kraju – narzekał. Wtedy publiczność widziała w nim Adama Turka, mało rozgarniętego księgowego z tvn-owskiej "Brzyduli". Taka łatka trochę zresztą do niego przylgnęła.
Być jak Cybulski
Wywiadów z Simlatem jest jak na lekarstwo. Rzadko ich udziela, ale kiedy już to robi, to do bólu szczerze. – Jest coś takiego w aktorstwie Zbyszka Cybulskiego, co za każdym razem, sprowadza mnie do poziomu "zero". (...) – stwierdził kiedyś. – To jest legenda, legenda kina polskiego i moim zdaniem powinniśmy wracać – jest taka potrzeba przynajmniej dla nas aktorów – dodał. Trochę później przekonywał: "Jeśli ktoś myśli, że jest spełnionym aktorem, to wydaje mi się, że jest to jego gwoździem do trumny".
logo
Fot. Krzysztof Bieliński / Teatr Studio w Warszawie
Stwierdził też swego czasu, że korzysta z pracy aktora teatralnego, "ponieważ tylko to uczy warsztatu". Przez 4 lata miał etat w Teatrze Studio, w zeszłym roku zwolniono go dyscyplinarnie za "nieprzestrzeganie zasad współżycia społecznego oraz ustalonego w zakładzie pracy porządku". On i zespół Agnieszki Glińskiej sprzeciwiali się dyrektorowi naczelnemu, oskarżając m.in. o mobbing. Ostatnią "stałą" rolą Simlata w Studio była ta we "Wiośnie". Aktualnie aktora można podziwiać w granych gościnnie "Pozytywnych".
Będzie, co będzie
– Mam w sobie dużo samokrytycyzmu. Kiedy oglądam siebie już po montażu, sporo bym poprawił. (...) Pojawia się strach o to, czy się nie powielam, czy ze zmęczenia nie fiksuję się na jednym sposobie myślenia o scenie – mówił "Elle Man". – Ideałem byłoby nagrać jeden, dwa filmy rocznie. W Polsce to niewykonalne. To są pieniądze na przeżycie trzech miesięcy. Albo dwóch. Ale podchodzę do tego na zasadzie "będzie, co będzie". Najwyżej sprzedam kolekcje filmów DVD, na których punkcie mam fioła – podkreślił.
logo
Fot. Kadr z serialu "Belfer"
Latem 2015 r. Simlat wszedł na plan serialu "Belfer". Po warunkach otrzymał rolę wuefisty, bezczelnie taksującego wzrokiem uczennice. – (...) Mnie cieszyło w tym scenariuszu, że ta cała kryminalna opowieść jest wreszcie wyniesiona poza obręb ogranej już ze wszystkich stron Warszawy – opowiadał chwilę po premierze serwisowi NaEkranie.pl. U jego bohatera podobało mu się natomiast "złamanie sztampy". Kto oglądał "Belfra", wie, czym miał tym na myśli. Do czasu Daniel to typowy, prowincjonalny macho.

Nowy symbol seksu?

Typowym na pierwszy rzut oka jest glina, w którego Simlat wciela się w "Amoku". Niektórzy piszą, że nudniejszej roli dostać nie mógł, inni, że u Kasi Adamik gra na hollywoodzkim poziomie. Jeśli jednak ktoś krytykuje film, to aktorowi wcale się nie obrywa. On jest siłą "Amoku", postacią napędzaną obsesją. Swoje robi też wyczuwalna między nim a żoną Krystiana (Zosia Wichłacz) chemia.
logo
Fot. Witold Bączyk / Kino Świat
39-latek z Sosnowca w "Amoku" jest mężczyzną fascynującym bardziej niż Mateusz Kościukiewicz. A niby powinno być na odwrót, w końcu to do filmowego Bali ustawiają się kolejki fanek. Ale Sokolski Simlata ma dziwnie zmiękczające go tajemnice, przez co jest bardziej ludzki, bardziej prawdziwy i przyciągający. "Belfrowski" oblech, księgowy oportunista ("Brzydula") i zdradzany w myślach mąż-pijaczek ("Zjednoczone Stany Miłości") tacy nie byli.
Na premierę czeka film Katarzyny Rosłaniec pt. "Szatan kazał tańczyć". Simlat gra w nim byłego partnera głównej bohaterki, uciekającej w imprezy i używki pisarki światowej sławy. Z zarostem, w modnych ubraniach wygląda jak amant na miarę czasów, w których żyjemy. I zdaje się, że tą rolą kompletnie już zmieni swój wizerunek.

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl