
Popełniamy poważny błąd, utrzymując dualizm w systemie zarządzania sferą obronności kraju – powiedział Bronisław Komorowski 2 kwietnia 1997 roku, czyli dokładnie 20 lat i 4 dni temu. Połączone izby parlamentu przyjęły wtedy konstytucję, która zakładała podział kompetencji w kwestiach wojskowych między prezydentem a ministrem obrony narodowej. Sam przyszły prezydent powiedział jeszcze kilka słów, które idealnie odzwierciedlają obecną sytuację polityczną w Polsce.
To wielka mądrość, przewidzieć wydarzenia polityczne dwie dekady później. Bo ten dualizm, o którym mówił Komorowski, obserwujemy na co dzień. Paradoksalnie jednak Bronisław Komorowski spodziewał się wtedy, że ten system będzie służył prezydentowi, wręcz będzie zapowiedzią systemu prezydenckiego.
Bronisław Komorowski
Dzisiaj sytuacja jest co prawda odwrotna, ponieważ w kwestii wojskowości to prezydent wydaje się być zakładnikiem szefa MON (a jego próby powrotu do gry Jarosław Kaczyński nazwał polityką epistolarną), ale sedno sprawy jest to samo – dwóch chętnych do kontroli nad wojskiem to zdecydowanie za dużo.
A Duda rzeczywiście czuje się "wygryziony". Świadczy o tym jego dzisiejsza interwencja ws. degradacji oficerów SKW, wcześniej pisał listy do Macierewicza ws. gwałtownych zmian w wojsku.
Źródło tych problemów wynika właśnie z tego dualizmu. – Sprawy obronności kraju to nie tylko zawiadywanie strukturami dowódczymi, to także kwestia polityki finansowej, organizacji systemu obronności. Kto inny będzie decydował o finansach; kto inny będzie decydował o kształcie sił zbrojnych i systemu obronnego; kto inny będzie decydował o strukturach dowódczych; kto inny będzie ponosił odpowiedzialność; kto inny będzie rozstrzygał o sprawach personalnych struktur dowódczych – mówił Komorowski.
Kto więcej może, ten ma armię w garści Polityk zauważył również, że wojskowi mogą w takiej sytuacji dążyć do znalezienia się w obozie "tego silniejszego". – (...) będzie naturalne dążenie wszystkich struktur dowódczych do tego, aby orientować się na tę instytucję państwową, na tę osobę, która jest źródłem awansów, która rozdaje najwyższe funkcje w państwie. Taka jest natura każdej armii, każdej struktury dowódczej na świecie. Ten, kto daje awanse generalskie, ten, kto rozdziela funkcje, jest źródłem władzy w wojsku – tłumaczył ówczesny poseł.

Dzisiaj dobrze widać ten mechanizm. Bo choć wielu generałów honorowo rozstało się z wojskiem w akcie protestu przeciwko działaniom Antoniego Macierewicza, szef MON bardzo szybko znalazł dla wielu z nich następców (oczywiście w kategoriach ilościowych, a nie doświadczenia). I mimo że powołał ich Andrzej Duda, pokutuje przekonanie, że to ludzie ministra. Dla wielu z nich to okazja do rozwoju swojej kariery wojskowej.
Przepowiednia – Rozwiązania tutaj proponowane, w moim przekonaniu, stanowią zarzewie przyszłych konfliktów (!) i trudności głównie odczuwanych w sferze obronności, a więc na żywym ciele Wojska Polskiego – zakończył swoje przemówienie Komorowski. To się nazywa wyczucie.
Oczywiście warto zauważyć, że tego dualizmu, o którym mówił Komorowski, doświadczył także on sam. Najpierw jako szef MON, a później na ukoronowanie swojej bogatej kariery politycznej jako prezydent. Na szczęście dla Komorowskiego przyszło mu jednak rządzić we w miarę stabilnych czasach, więc zwłaszcza jako prezydent raczej nie miał problemów z armią. W końcu dogadywał się z byłymi partyjnymi kolegami. A z tym Andrzej Duda w przypadku armii ma problem.
Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl
