Nowoczesna i KOD okazują się eksperymentami coraz bardziej nieudanymi. I stają się hamulcowymi sukcesu opozycji w walce z PiS.
Nowoczesna i KOD okazują się eksperymentami coraz bardziej nieudanymi. I stają się hamulcowymi sukcesu opozycji w walce z PiS. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść..." – głosi tekst jednego z największych polskich hitów. I być może do żadnej sfery życia ta mądrość nie pasuje tak bardzo, jak do polityki. Historia III RP dobitnie uczy bowiem, że przegapienie odpowiedniego momentu na ustąpienie w roli niepokonanego ma opłakane skutki. Dziś blisko znalezienia się w takiej sytuacji są dwa polityczne projekty, na które wyraźnie skończył się popyt. Bo czasy są takie, że nie ma miejsca na eksperymenty typu Nowoczesna i KOD.

REKLAMA
To prawda, że obie organizacje przez minione dwa lata były istotnymi graczami na polskiej scenie politycznej. Z perspektywy czasu widać jednak, że były w stanie zaoferować Polakom głównie nowe nazwy. Pozbawione doświadczenia nie potrafiły ratować się przed wpadkami. Do tego w obu przypadkach największe problemy zgotowali im ich liderzy. Nic więc dziwnego, że Komitet Obrony Demokracji szybko przestał być porównywany do pierwszej "Solidarności", a Nowoczesna z pozycji lidera opozycji na dobre wpadła w polityczny plankton. Ostatnie miesiące to wysyp aż nadto dobitnych argumentów za tym, że czas oba te opozycyjne sztandary zwinąć.
Bo czym dla opozycji jest dziś KOD? Głównie obciążeniem, generatorem wpadek i kompromitacji. Niczego dobrego prodemokratycznym środowiskom nie przynosi ani ciągła walka o coraz mniej istotną władzę w tej organizacji, ani kumulujące się drobne wpadki takie, jak "czerwone kartki" na powitanie Donalda Tuska. KOD daje Prawu i Sprawiedliwości już nie powody do obaw, a tylko więcej nadziei, że opozycja sama sobie zaszkodzi. I niewielkie znaczenie ma to, czy Mateusza Kijowskiego ma szansę zastąpić Krzysztof Łoziński. Marka KOD przebrzmiała. I im szybciej zniknie, tym większa szansa, że zapamiętamy Komitet jako eksperyment ciekawy, a nie jedynie nieudany.
Nie inaczej jest z Nowoczesną. Choć akurat dziś Ryszard Petru i spółka żyją świetną recenzją, którą wystawił im prof. Leszek Balcerowicz. – Z programów partii politycznych, które miałem okazję przeczytać, najlepszy jest program Nowoczesnej – stwierdził w TVN24. Dobry powód, by dalej trwać na scenie? Idealną radą dla Nowoczesnej wydają się w tym kontekście słowa, które w 2008 roku usłyszałem przeprowadzając wywiad z nieodżałowanym Arkadiuszem Rybickim.
– Kiedyś z Donaldem Tuskiem wymieniliśmy taką uwagę, że w partiach świetnych to już byliśmy. Problem z nimi był taki, że miały cholernie niskie poparcie. Teraz jesteśmy w partii dużej, w której polityka jest – nie chcę mówić bardziej brutalna – ale prawo wielkich liczb czy strategicznych planów jest tu dominujące – tłumaczył polityk tuż po pierwszych zwycięskich dla Platformy Obywatelskiej wyborach.
Przed bezsensownością eksperymentowania z tworzeniem partii o podobnym profilu przestrzegał także dr hab. Rafał Chwedoruk. – Mamy dwie partie liberalne i wszyscy zdają sobie sprawę, że ich współistnienie jest bez sensu. Gdyby nie podział na Platformę Obywatelską i Nowoczesną, być może Prawo i Sprawiedliwość nie sprawowałby dziś władzy – oceniał ekspert Instytut Nauk Politycznych UW w rozmowie z naTemat.
Powyższe cytaty z Rybickiego i Chwedoruka to przejawy wielkiej politycznej dojrzałości. Szkoda, że dzisiaj tą dojrzałością popisują się przede wszystkim wyborcy. Serie ostatnich sondaży jasno wskazują bowiem, że Polacy zrozumieli, iż polityka to nie konkurs piękności. Tak samo można skomentować opozycyjne demonstracje, na których liderzy mający do zaoferowania jedynie nową twarz ustępują ludziom z doświadczeniem, wpływami i sukcesami.