
Po wpadce Ministerstwo Kultury z pomyleniem Stachury ze Stachurskim w internecie zawrzało. Jak się okazało, błędu nie popełnił sam minister Bogdan Zdrojewski, a jego pracownicy. Teraz będą musieli zapłacić za gafę własnymi pieniędzmi.
REKLAMA
Ministerstwo Kultury zaliczyło dzisiaj poważną wpadkę – w nekrologu Henryka Berezy pomyliło nazwisko Edwarda Stachury. Gafa szybko obiegła internet i sprawiła, że Bogdan Zdrojewski stał się pośmiewiskiem internautów. Złośliwcy pytali jak to jest, że ministrem kultury został człowiek, który nie zna nawet nazwisk największych polskich artystów.
Jak się okazało, pomyłkę popełnili urzędnicy, którzy przygotowywali nekrolog. Ministerstwo postanowiło ich ukarać: pracownicy odpowiedzialni za ten incydent muszą zamieścić poprawioną wersję nekrologu i zapłacić za to z własnej kieszeni – podaje Radio ZET.
Czyżby wreszcie pojawił się bat na nieodpowiedzialnych pracowników państwowych struktur, którym do tej pory nawet największe pomyłki uchodziły na sucho? Rozmawiamy o tym z posłem Jackiem Żalkiem z Platformy Obywatelskiej, byłym członkiem komisji "Przyjazne Państwo", która zajmowała się ograniczaniem biurokracji.
Czyżby wreszcie pojawił się bat na nieodpowiedzialnych pracowników państwowych struktur, którym do tej pory nawet największe pomyłki uchodziły na sucho? Rozmawiamy o tym z posłem Jackiem Żalkiem z Platformy Obywatelskiej, byłym członkiem komisji "Przyjazne Państwo", która zajmowała się ograniczaniem biurokracji.
naTemat: Urzędnicy powinni odpowiadać finansowo za swoje pomyłki?
Jacek Żalek: Trzeba rozróżniać, kiedy to jest kwestia pomyłki, która każdemu się zdarza, a kiedy złej woli, niedopatrzenia, bo komuś się nie chce albo świadomie czegoś nie zrobił lub zrobił źle.
A w przypadku takim, jak w ministerstwie kultury?
Nawet jeśli ktoś coś przepisywał, powinien dokładać staranności. To była kompromitacja, ale błędy się zdarzają i nie wiadomo dlaczego tak wyszło. Może ktoś źle usłyszał, potem źle przekazał, a na końcu źle napisał? Trudno to ocenić.
To może w takim razie powinno się tak samo karać wszystkich urzędników, żeby zawsze sumiennie wykonywali swoje obowiązki?
Niestety, można pomylić adres i źle wysłać pismo, ale można też zrobić poważną pomyłkę i pozbawić kogoś pieniędzy. Tylko żadne przepisy nie wezmą tych różnic pod uwagę. Ale faktem jest, że w prywatnych przedsiębiorstwach za błąd nierzadko płaci się posadą albo pensją, a w urzędach macha się ręką i mówi się: "a, nic się nie stało".
"Nic się nie stało", na którym ktoś może może ucierpieć. A urzędnicy pozostają bezkarni.
Oczywiście, bezkarność jest zła, bo powoduje brak należytej sumienności. Na pewno jakoś trzeba dyscyplinować urzędników, żeby takie rzeczy się nie zdarzały. Ale też trzeba pamiętać, że błędy każdemu się zdarzają.
Owszem, zdarzają, ale to nie tłumaczy z nich urzędników. Chyba po prostu nie powinno się to zdarzać, prawda?
Dlatego więc powinna być odpowiedzialność finansowa, ale to trudna sprawa. To tak jak z wypadkiem, kiedy ktoś zmęczony prowadzi spokojnie samochód i potrąci kogoś, bo po prostu nie zauważył. Oczywiście, musi ponieść karę, ale przecież nie zrobił tego specjalnie, więc nie można karać go tak samo jak kogoś, kto pędził jak wariat. Ale kiedy urzędnik działa na czyjąś szkodę i robi to świadomie, to oczywiście, powinien odpowiadać za to finansowo.
To może jakaś inna, bardziej odpowiednia metoda usprawnienia pracy osób ze struktur państwowych?
To nawet nie kwestia kary, ale przede wszystkim odpowiedzialności w dobieraniu pracowników. Dzisiaj, szczególnie w ministerstwach, zatrudnia się ludzi zaufanych. Po to, żeby wyrzucić "starych", którzy należeli do poprzedniej ekipy. Selekcji dokonuje się nie ze względu na profesjonalizm, kompetencje, ale przez klucz zaufania. Zakłada się, że pracownicy "starych" będą działać na rzecz interesów poprzedników. To chory mechanizm, którego należy się pozbyć. Na szczęście dzięki PiS-owi i PO się to zmienia. To dwie największe partie, którym w wyborach bardziej zależy na głosie społeczeństwa, niż głosach znajomych i rodziny. Dlatego wolą czasem postawić na kogoś spoza partii, ale fachowca, niż zaufanego politycznego działacza.
