
Kiedy George Lucas zabierał się do swoich "Gwiezdnych wojen”, nie mogłam mu kibicować - nie było mnie jeszcze na świecie. Kiedy kończył drugą trylogię, przez myśl mi nawet nie przeszło, by tracić czas na filmy o naparzance świetlnymi mieczami. Dopiero na studiach, kiedy nachodzi człowieka ochota na bardziej ekscentryczne rozrywki, postanowiłam sprawdzić, o co chodzi z tym całym gwiezdnowojennym szaleństwem. I nie zawiodłam się. Nie ma lepszego dnia, niż 4 maja - Międzynarodowy Dzień Gwiezdnych Wojen, by wyjaśnić, co w nich jest takiego wyjątkowego.
REKLAMA
Psychofanką "Gwiezdnych wojen” nie jestem, lubię za to dobre filmy. Jeśli je krytykować - to za coś, jeśli chwalić, też nie bez powodu. Filmy o przygodach walecznych jedi George’a Lucasa bywały bardziej lub mniej udane, pewne jest natomiast, że miały "to coś”, co sprawiło, że na punkcie "Przebudzenia mocy” świat momentalnie oszalał, a premiera każdego kolejnego filmu była ogromnym medialnym wydarzeniem.
Czym jest "to coś”? Spokojnie, argument z "ty tego nie zrozumiesz” jest równie głupi, jak ten z "nie lubię, bo nie”. Ową - przepraszam za słowo - moc oddziaływania filmu łatwo uchwycić emocjonalnie, trochę trudniej wytłumaczyć, ale bez obaw - da się, przynajmniej do pewnego stopnia. I to nie tylko w przypadku "Gwiezdnych wojen”, ale i wszelkich innych produktów popkultury.
Po jedno z wyjaśnień można sięgnąć do Umberto Eco. W książce "Superman w popkulturze” zwraca uwagę na to, co zadecydowało o ogromnym sukcesie książek o Jamesie Bondzie. I jak się okazuje, wyłuszczone przez niego zasady utworu "skazanego na sukces” bez trudu znajdują zastosowanie też filmów o Luku i spółce.
Zarówno w książkach Iana Fleminga, jak i w produkcjach George’a Lucasa fabuła wszystkich części opiera się na powtarzalnej strukturze, których głównymi punktami jest gra pomiędzy parami przeciwieństw - postaciami oraz wartościami. W "Gwiezdnych wojnach” mamy więc jasną i ciemną stronę mocy, Republikę i Imperium, Obi-Wana i Anakina, Luke’a Skywalkera i Lorda Vadera.
Każdy z nich reprezentuje uniwersalne wartości, z którymi albo się utożsamiamy, albo reagujemy na nie negatywnie - a to już mniej niż pół kroku do zaangażowania widza w opowiadaną historię i dwa kroki od kupowania koszulek z kultowym logo.
Równie ważna co gra przeciwieństw, jest powtarzalna struktura filmów. Ktoś mógłby powiedzieć, że "jadą na fejmie”, ale jeśli tak, to w podobnym sensie, co kolejne części opowieści o 007 czy Sherlocku Holmesie. Dzięki temu, że cześć bohaterów i miejsc jest już znana, widz ma przed oczami to, co już zdążył polubić i może od razu podłączyć się pod emocjonalną warstwę historii. Eco porównywał to do przyjemności z oglądania meczu koszykówki, który lepsza drużyna rozgrywa z drużyną słabszą - nie tyle chodzi wówczas o efekt zaskoczenia, co o obserwowanie, jakie jeszcze sztuczki wymyślą faworyci. Nikt się przecież nie spodziewa, że Szturmowcy nagle zastrzelą Luke’a. Fajnie jest za to przyglądać się, jak ten umyka ich strzałom.
Żeby potem ktoś nie powiedział, że "Gwiezdne Wojny” to nudny film o potworach w kosmosie, stały schemat musi być wzbogacany licznymi wątkami pobocznymi. W "Gwiezdnych wojnach” rozbudowywane bywa na przykład tło polityczne, ważne są też potyczki z przestępcami w rodzaju Jabby, walka z klonami i tak dalej. Historia się rozrasta, ale na wyimaginowanej skali fabularnego pokręcenia z poplątaniem do takich filmów jak "Incepcja” czy "Atlas Chmur" i tak jej daleko.
Rozwarstwienie ma też inną zaletę, która przyczyniła się do sukcesu sagi - dzięki niemu można ją odczytywać po prostu jako kino w stu procentach rozrywkowe, albo doszukiwać się w filmach jakichś głębszych sensów i tropów kulturowych. Moc to pochodna energii qi z taoizmu? Zasady jedi wprowadzane do codziennego życia? Dyskusji na podobne tematy przetoczyło się już wiele.
A co ze świszczącym głosem Lorda Vadera, nie mówiąc już o blaszanym hełmie, z jakiego się wydobywa - czyż nie one są esencją "Gwiezdnych wojen”? Z całą pewnością - Eco też zauważa, że operowanie stereotypem brzydoty jako cechy naprawdę wrednych postaci po prostu sprawdza się w popkulturze. Podobnie jak pamiętanie o tym, by imiona bohaterów dobrze się kojarzyły - tak jak Skywalker, który przecież "stąpa po gwiazdach”.
Sama najbardziej lubię "Gwiezdne wojny" za szczyptę humoru zmieszaną z klimatem westernu w kosmosie. Nie ma co pisać psalmów i stawiać pomników na ich cześć, ale nie sposób nie docenić pracy, jaką Lucas włożył w swoją sagę - i to bez podbudowy ze strony tekstu literackiego.
A przecież w chwili, gdy zabierał się do przenoszenia na plan swoich dzikich fantazji, Lucas nie żył przecież na bezludnej wyspie. Znał i "Gorączkę złota” Chaplina i "Dyliżans” Forda i "Siedmiu Samurajów” Kurosawy. Zdawał sobie sprawę, że w westernach najbardziej podobał się etos niepokornego zawadiaki, trochę drania, ale o miękkim sercu. I wreszcie - wiedział, że amerykańskie kino humorem stoi. Wymieszawszy te wszystkie elementy w przedziwnej zupie, otrzymał recepturę, która sprawdza się do dziś.
