
Co może się wydarzyć złego w środku nocy, na lotnisku w Tbilisi, w bardzo przyjaznej Polakom Gruzji? Dosłownie wszystko. Ta historia uczy, że nawet w pozornie bezpiecznym miejscu poza granicami kraju, w otoczeniu innych Polaków, należy być ostrożnym.
Tą historią podzielił się Łukasz Supergan, podróżnik. "Godzina 2.00 w nocy, lotnisko w Tbilisi. Kilkadziesiąt osób czeka do punktu odpraw LOT-u. W kolejce dużo Polaków, w pewnej chwili podchodzi do mnie mężczyzna ok. 50-tki i pyta czy jestem z Warszawy" – opisuje na swoim Facebooku.
Mężczyzna sprzedał mu – świetną polszczyzną – historię o jego synu, który prowadzi restaurację gruzińską w Warszawie i potrzebuje "pilnie jednej rzeczy". To swańska sól, mieszanka soli i ziół. Następnie pokazał dwie fabrycznie zapakowane paczuszki.
"Syn" paczkę miał odebrać w Warszawie. Podróżnik jednak z obawy o swoje bezpieczeństwo paczki nie przyjął. To równie dobrze mogły być narkotyki.
"Może mówi prawdę? Ale po chwili przychodzi mi do głowy, że jeśli jakaś knajpa (nawet gruzińska) stanęła z powodu braku jednej przyprawy, to jest w tym jakiś przekręt. Właściwie powinienem był zawiadomić ochronę. Wiedziałem jednak, że na ten lot muszę zdążyć, a składanie zeznań na gruzińskim posterunku mogłoby oznaczać jego utratę" – kontynuuje podróżnik.
Łukasz Supergan
Fragment posta na Facebooku
