Okazało się, że kobiece akty malarskie to zbyt odważna sztuka jak na standardy telewizji publicznej.
Okazało się, że kobiece akty malarskie to zbyt odważna sztuka jak na standardy telewizji publicznej. Fot. facebook.com/gierszpaulina

Sztuka nie ma łatwo w pisowskiej rzeczywistości. Całe rzesze artystów zostało "odsuniętych od koryta", część niemalże wyklęta, nie wspominając o "Klątwie" i festiwalu Malta. Festiwal w Opolu też nie ma łatwo. Teraz przyszedł czas na studentów ASP i ich prace dyplomowe.

REKLAMA
Niektórzy mówią, że kończą się czasy, gdy można spokojnie kupić bilet i pójść na dowolny spektakl, wernisaż, czy festiwal. Oczywiście można kupić i pójść, ale coraz częściej trzeba przedzierać się przez tłumy narodowców, okupujących wejścia. Jak okazało się w maju, nie każdy tez może zaśpiewać na opolskiej scenie. Na szczęście mamy telewizję publiczną, która jak się okazuje, pilnuje naszej moralności i niewinności, a przy tym nie promuje negliżu w środkach masowego przekazu. A, że przy okazji cierpią młodzi artyści, sztuka i wolność jej tworzenia. Cóż, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.
"To w naszej telewizji nie przejdzie"
Swoją "przygodę" z TVP, na swoim profilu na Facebooku opisała Paulina Giersz – studentka malarstwa warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Przystała na propozycję telewizji i zaprosiła ekipę na wystawę swoich prac w galerii "Lufcik" prowadzonej przez Związek Artystów Plastyków. Zaproszenie zostało przyjęte, ekipa telewizyjna gotowa do pracy, ale po zobaczeniu o jakich pracach ma być mowa, dziennikarka... chciała przeprowadzić wywiad, ale trochę w innej formie. Na miejscu okazało się, że "takie obrazy to u nas nie przejdą". Dla uratowania sytuacji padła propozycja, że zamiast pokazywania całych obrazów, w materiale mogą pojawić się detale: stopy, kawałek nóg i dłonie.
Ostatecznie do wywiadu nie doszło, bo według artystki nie ma sensu mówić o dziele, którego nie można pokazać.
logo
Fot. facebook.com/gierszpaulina
logo
Fot. facebook.com/gierszpaulina
"Bardzo przykro, że takie osoby zajmują się twórczością artystyczną w naszym kraju"
Ale sprawa nie skończyła się na facebookowym poście. Małgorzata Wosiek, niedoszła autorka wywiadu, nie przebiera w słowach i twierdzi, że to artystka była agresywna, a teraz robi takie akcje na Facebooku. Według niej – obrazy nie nadają się do pokazania w telewizji, a artystka nie wykazała odpowiedniej pokory. Jest jest jej także "bardzo przykro, że takie osoby zajmują się twórczością artystyczną w Polsce". Na pytanie o to, czy nie można było uniknąć całej sprawy po prostu sprawdzając wcześniej o jakich obrazach ma być mowa, Wosiek odpowiada, że "nie miała takiej możliwości".
Okazuje się jednak, że wersje obu pań znacznie się różnią. Z rozmowy z artystką wynika, że spotkanie jej z ekipą odbyło się w kulturalnej atmosferze. Jak mówi Paulina Giersz – w celu rozluźnienia atmosfery zażartowałam, że skoro Państwu nie odpowiada ten temat, proszę nakręcić wywiad z kolegą, który maluje pejzaże. Wtedy kolega zażartował, że na jednym obrazie też ma goły tyłek. Wszyscy się roześmialiśmy i napięcie zniknęło. Zastanawiam się też, co miała na myśli pani Wosiek, mówiąc, że szkoda, że takie osoby zajmują się sztuką w naszym kraju. Takie, czyli jakie – pyta artystka.
Cenzura sztuki i "a za czasów PO"
W przypadku wpisu na portalu społecznościowym, w komentarzach pod nim zawsze można zobaczyć całe spektrum opinii. Znajdziemy pochwały i życzenia powodzenia w dalszej walce, ale również oskarżenia o "prowokacje niskich lotów", związki z Donaldem Tuskiem i strach o dzieci.
Z jednej strony kłótnie o sztukę nie wydają się wcale takie złe, bo oznacza to jednak zainteresowanie nią, ale z drugiej, ustawiczne łączenie sztuki i polityki sprowadza tą pierwszą do roli kolejnej maczugi w sporze prawica-lewica. Na szczęście jednak, jak mówi nam artystka, większość komentarzy jest pozytywna, a dużo ludzi rozumie, że akt to nic nowego w sztuce i przez wieki powinniśmy być z nim oswojeni.
Po tej i podobnych historiach widać, że coraz powszechniejsza jest nie tylko cenzura, którą stosują przełożeni, którzy boją się reakcji władz lub kogoś związanego z „czynnikami decyzyjnymi”. Groźniejsza jest jednak szerząca się autocenzura i strach, które zatacza coraz szersze kręgi. Krótki wywiad, który zapewne trwałby kilka minut, zamienił się w w topowy przykład ograniczeń w przecież (jeszcze) publicznej telewizji. A pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu TVP nie miała problemu z pokazywaniem wystaw aktów.
Obrazy „które w naszej telewizji nie przejdą” można oglądać do piątku w galerii „Lufcik” w Warszawie.