
To będzie prawdziwy wyścig z czasem, a powód jest bardzo prozaiczny. Za kilka miesięcy drewno z powalonych drzew będzie nadawać się już tylko na papier lub opał. Rumowiskom z wiatrołomami grozi z kolei pożar – podaje "Gazeta Wyborcza".
REKLAMA
– Prace prowadzone będą wszelkimi dostępnymi siłami i środkami. Na początku przede wszystkim przy użyciu tzw. maszyn wielooperacyjnych (chodzi o harvestery, o których Polska dowiedziała się przy okazji wycinki w Puszczy Białowieskiej – red.) – mówi "Wyborczej" Adam Kwiatkowski, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Gdańsku. Maszyny mają zapewnić pracownikom bezpieczeństwo, ponieważ drzewa łamały się w sposób przypadkowy i powstały tam ogromne naprężenia.
– Kwestia sprzedaży drewna poklęskowego jest dla nas drugorzędna – twierdzi również Kwiatkowski. Rumowisko ma być jak najszybciej sprzątnięte, aby uniknąć zagrożenia pożarowego. Ale przyznaje także, że im dłużej drewno leży w rumowisku, tym mniej warte jest. – Według naszego doświadczenia mamy na to kilka miesięcy, czyli mniej więcej do wiosny przyszłego roku. Do tego czasu jesteśmy w stanie pozyskać z powalonych drzew dobry surowiec, który będzie miał odpowiednie właściwości techniczne dla przemysłu. Później wartość przemysłowa tego drewna będzie się na pewno obniżać – tłumaczy.
Do drewna powalonego na Pomorzu z obawami podchodzi jednak branża. Według Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego jedynie 15-20 proc. nada się dla przemysłu tartacznego, meblarskiego czy okiennego.
Przypomnijmy, że nawałnice powaliły drzewa o objętości 2,5 mln metrów sześciennych. Jak pisaliśmy w naTemat, pomoc dla poszkodowanych była dużym problemem dla rządu, który spóźnił się kilka dni. Na szczęście miejscowi, jak choćby sołtys z Rytla, radzili sobie doskonale.
Źródło: Gazeta Wyborcza
