
Emmanuel Macron poszukując sojuszników, którzy poprą jego dyrektywę dotyczącą pracowników delegowanych, rozpoczął dyskusje na temat stosunku Polski do Unii Europejskiej. Wyłonił się z niej obraz Polski jako okropnego i uciążliwego dziecka Europy, w którym kiedyś pokładano wielkie nadzieje – pisze czytelniczka naTemat, Ewa Sawińska.
REKLAMA
Kwestia pracowników delegowanych obecnie uregulowana jest dyrektywą z 1996 r. Prezydent Francji jako wady obecnych rozwiązań wskazuje istnienie firm-skrzynek pocztowych, które funkcjonują jedynie na papierze, aby delegować tanich pracowników, brak deklarowania pracowników delegowanych oraz nieprzestrzeganie prawa pracy kraju delegowania (czas pracy, urlop). Kwestią najbardziej sporną stało się wyrównanie stawek pracowników delegowanych ze stawkami jakie otrzymują lokalni pracownicy (dziś wystarczy, aby równały się pensji minimalnej) a także odprowadzanie składek społecznych do kraju delegowania.
Według obecnego ustawodawstwa składki odprowadzane są do kraju pochodzenia pracownika, co sprawia, że polski pracownik jest tym tańszym. Zdaniem Polski i 10 innych krajów Europy środkowo-wschodniej, dzięki temu pracownicy pozostają konkurencyjni, a wypadku zmian stracą swoją przewagę cenową i tym samym pracę.
Dyskusja na temat pracowników delegowanych zeszła jednak na dalszy plan w mediach francuskich oraz polskich za sprawa polskiej odmowy współpracy, czego efektem stał się spór między francuskim prezydentem a polską premier. W efekcie od 22 sierpnia, czyli jeszcze w przeddzień wizyty Macrona w Bułgarii, nieoczekiwanie tematem debaty międzynarodowej stała się Polska i jej stosunek do Unii Europejskiej.
Francuska wizja Polski
W minionym tygodniu w dwóch największych francuskich dziennikach – lewicowym "Le Monde" i prawicowym "Le Figaro" – ukazała się seria artykułów na temat Polski. Punktem wyjścia była dyskusja o pracownikach delegowanych. Media opisując czytelnikom kraj, który odmawia dialogu i nie stosuje się do norm europejskich, naszkicowały obraz Polski jako kraju niechętnego Unii.
W minionym tygodniu w dwóch największych francuskich dziennikach – lewicowym "Le Monde" i prawicowym "Le Figaro" – ukazała się seria artykułów na temat Polski. Punktem wyjścia była dyskusja o pracownikach delegowanych. Media opisując czytelnikom kraj, który odmawia dialogu i nie stosuje się do norm europejskich, naszkicowały obraz Polski jako kraju niechętnego Unii.
"Le Figaro" wskazuje, że Polska była pionierem reform ekonomicznych i mogła być nowym motorem Unii Europejskiej. Krajem, który spajał Zachód i Wschód. Polska była symbolem, ojczyzną "Solidarności" i Lecha Wałęsy, pionierką przemian wolnościowych w Europie Wschodniej.
Niestety nadzieje pokładane w Polsce rozpłynęły się. "Le Figaro" ocenia, że Polska stała się problemem dla całej Europy od momentu dojścia do władzy ultrakonserwatywnego rządu PiS. Kwestie, które dzielą Polskę i Brukselę, ciągle się mnożą: kryzys migracyjny, obrona europejska, przyszłość Unii, ale także prawa i wartości europejskie.
"Le Monde" i "Le Figaro" przypominają, że 26 lipca Komisja Europejska postawiła Polsce ultimatum ws. dopasowania się do norm europejskich, czyli nieograniczania wolności sądownictwa. Polska dostała miesiąc na przeprowadzenie zmian. We wrześniu Komisja zdecyduje czy zostanie zastosowany artykuł 7., co oznacza zawieszenie Polski w prawach członkowskich. Jest to przypadek bezprecedensowy w dziejach UE.
Jeszcze przed rozpoczęciem wizyty prezydenta Francji w Europie Środkowo-Wschodniej "Le Monde" podkreślał, że Macron uniknie spotkania z uciążliwymi krajami, dwoma strasznymi dziećmi Europy Środkowo-Wschodniej – Polską i Węgrami. Przytoczono także słynne słowa o tym, że traktują Europę jako supermarket i nie respektują jej reguł.
W swoim wystąpienia w Warnie Macron ostrzegł Polskę mówiąc, że sama stawia się ona na marginesie wielu kwestii europejskich oraz to nie ona wyznaczy kierunek Unii, która skonstruowana jest na wolnościach publicznych, które dziś są łamane przez Polskę. Dodał także, że polski rząd zdecydował się na izolację kraju, a jego obywatele – Polki i Polacy – zasługują na coś lepszego.
Starcie Szydło-Macron
Do kontrataku ruszyła premier Szydło. Wytknęła prezydentowi Francji brak doświadczenia w dyplomacji i radziła mu zająć się sprawami swojego kraju, aby osiągnął on podobny poziom ekonomiczny i stan bezpieczeństwa, co Polska. Podkreśliła także, że Polska jest takim samym członkiem Unii jak Francja i ma takie same prawa. Cytat został w całości przytoczony przez francuskie dzienniki.
Do kontrataku ruszyła premier Szydło. Wytknęła prezydentowi Francji brak doświadczenia w dyplomacji i radziła mu zająć się sprawami swojego kraju, aby osiągnął on podobny poziom ekonomiczny i stan bezpieczeństwa, co Polska. Podkreśliła także, że Polska jest takim samym członkiem Unii jak Francja i ma takie same prawa. Cytat został w całości przytoczony przez francuskie dzienniki.
Macron uciął kłótnię nie odnosząc się bezpośrednio do ataku premier Szydło. Odpowiedział, że przytoczone przez niego zarzuty formułowane są przez Komisję Europejską oraz zobowiązał się do współpracy nad dyrektywą o pracownikach delegowanych ze wszystkimi krajami, w tym z Polską. W ten oto sposób zakończył się w mediach francuskich incydent polski.
Kto wygrał sprzeczkę polsko-francuską? Beata Szydło konsekwentnie realizuje postulat wstawania z kolanach – jej wypowiedź jest agresywna, aczkolwiek kompletnie nieskuteczna. Macron przedstawił swoje argumenty oraz wykazał wolę współpracy. Podkreślił także, że nie rozumie czemu polski rząd chce, żeby Polacy pracujący we Francji wciąż zarabiali mniej niż Francuzi.
Pytaniu nie można odmówić logiki. Beata Szydło nie weszła jednak w polemikę, przyjęła strategię „'nie, bo nie' a stanowisko nie ulegnie zmianie, bo nie jest to w interesie Polski”.
W efekcie sporu prasa polska przedstawiła kilka artykułów komentujących i uzasadniających stanowisko Polski.
W efekcie sporu prasa polska przedstawiła kilka artykułów komentujących i uzasadniających stanowisko Polski.
Jednak przekonanie społeczeństwa polskiego do punktu widzenia rządu może okazać się niewystarczające do odniesienie sukcesu na forum Unii. Informacje te nie pojawiły się w mediach francuskich. Z Macronem inne kraje mogą zgodzić się lub nie, ale przynajmniej poznały jego punkt widzenia. Beacie Szydło trudno będzie natomiast przekonać społeczność europejską do polskich racji, bez zaprezentowania ich na forum międzynarodowym i bez zjednania sojuszników, a mogłoby być ich dziesięcioro.
Finał sporu odbędzie się 23 października podczas głosowania nad dyrektywą o pracownikach delegowanych. Wystarczy poparcie na poziomie 55 proc., co reprezentuje 65 proc. populacji europejskiej i jest wystarczające, aby wprowadzić dyrektywę w życie. Macronowi udało się już zyskać przychylność Bułgarii, Słowacji i Czech. Jeśli poprą go inne kraje, polskie „nie” pozostanie bez znaczenia, a Polska będzie zmuszona wdrożyć dyrektywę.
Kwestia pracowników delegowanych
Temat pracowników delegowanych dotyczy głównie Francji, Niemiec oraz Polski. Francja i Niemcy to kraje, w których jest ich najwięcej. Francja jest także trzecim krajem na świecie, który deleguje swoich pracowników do pracy za granicą.
Temat pracowników delegowanych dotyczy głównie Francji, Niemiec oraz Polski. Francja i Niemcy to kraje, w których jest ich najwięcej. Francja jest także trzecim krajem na świecie, który deleguje swoich pracowników do pracy za granicą.
W Unii Europejskiej pracuje ponad 200 tys. delegowanych Francuzów. Ponadto we Francji w ubiegłym roku pracowało 285 tys. pracowników z delegowanych, z czego 48 800 stanowili Polacy, 44 400 Portugalczycy i 35 200 Hiszpanie. Czy naprawdę stanowisko Polski powinno być nieustępliwe? Odsetek osób aktywnych zawodowo w Polsce które pracują jako pracownicy delegowani wynosi niecałe 3%.