
Kiedy premier Beata Szydło opowiadała, że lipcowe protesty były ustawione i opłacone, niejednemu z nas otworzył się nóż w kieszeni. W zalewie oburzenia i kpin wyróżnił się Artur Hawliczek ze Skarżyska-Kamiennej. On chyba najlepiej w całym internecie pokazał absurd słów Beaty Szydło. Teraz w rozmowie z naTemat opowiedział, jak naprawdę wygląda protestowanie poza dużymi miastami.
REKLAMA
Jego post, który pojawił się na facebookowej grupie Sympatyków Komitetu Obrony Demokracji, wywołał tysiące reakcji, udostępnień i komentarzy. Równie popularny był nasz artykuł w naTemat, w którym przybliżyliśmy tę sprawę. Trudno się dziwić – bo kiedy Szydło mówiła o płaceniu za protesty, on po prostu pokazał... paragon. Sam zapłacił za znicz, który zapalił w obronie sądownictwa.
Czemu taka gwałtowna reakcja? Wyglądało to zupełnie jakby pan nagle wybuchł.
Artur Hawliczek: Niekoniecznie. Ja od lat staram się pisać (ostatnio na Facebooku – red.) prawdę na temat tej hipokryzji, którą obserwujemy na co dzień. Polityką interesuję się całkowicie prywatnie, nie jestem z nikim związany. Znam ludzi z różnych stron, z PiS, z PO. Byłem kiedyś w "Solidarności", ale zrezygnowałem, też ze względu na hipokryzję. To nie był wybuch. Pisząc posta nie kierowałem się ani nienawiścią, ani wściekłością, a zwykłą przyzwoitością i świadectwem prawdy. Pani premier mocno podkreśla swoją chrześcijańską wiarę, dlaczego więc daje fałszywe świadectwo przeciwko bliźniemu swemu?
Dużo pan mówi o hipokryzji.
W przypadku ludzi, którzy noszą te patriotyczne, antykomunistyczne hasła, niekoniecznie ich życiorysy pokrywają się z tym, co mówią, niekoniecznie pokrywa się to z ich działaniami za PRL. Często są to puste karty, albo walczyli przypadkiem. Jeżeli ktoś coś robi, coś mówi, to powinien móc to swoją postawą życiową udokumentować. To tak jak z prezesem Kaczyńskim, który kiedy była godzina próby w stanie wojennym, zaspał.
Więc wyszedł pan na ulice. Często pan protestuje?
Przed lipcem 2017 roku ostatni raz brałem udział w protestach w 1988 roku. Parę lat minęło. Miałem epizody z PRL-owską milicją, ale to stare dzieje. Było, minęło.
Taki protest to duże wyrzeczenie?
Czasami to trwało godzinę, czasami się z kimś zostawało drugą godzinę i się jeszcze rozmawiało. Ja jestem naprawdę zwykłym człowiekiem. Praca, dom, obowiązki, rodzina. Tak jak pisałem, mam ojca, który nie wychodzi z domu i trzeba się nim opiekować. Zwykłe szare życie szarego obywatela.
Jak wygląda protest w małym mieście?
Protestowałem jeszcze zanim pojawili się inni. Byłem pod sądem rejonowym sam z żoną i psem. Pies był na wszelki wypadek, a w kieszeni gaz. Żona miała się bronić gazem jakby co, a ja po swojemu. Bo nie było wiadomo, jaka byłaby reakcja. To mała miejscowość. 50 tysięcy mieszkańców. Choć akurat u nas PiS nie rządzi. Rządzili osiem lat wcześniej i ludzie się przekonali. Ale elektorat jest znaczny.
Czyli było się czego bać?
Trudno to jest stanąć samemu przed takim sądem, kiedy może podejść do ciebie czterech pijaczków.
W dużym mieście, takim jak Warszawa, jest łatwiej?
Taak! Byłem raz w Kielcach, zanim tutaj się zaczęło. To jest znacznie łatwiejsze, bo tam był co najmniej tysiąc osób. To podobno największy protest w Kielcach, ale różnie o tym pisano w prasie. Policja zabezpieczała zgromadzenie, ulice były zamknięte. Łatwo jest iść w takim tłumie.
W Skarżysku-Kamiennej nie było tak tłumnie.
Ja sam próbowałem zapraszać niektóre osoby, ale jakoś się to nie spotykało z odzewem. Raz z żoną byliśmy sami. Ja nie mam takiej siły oddziaływania, żeby skrzykiwać tłumy. Jednego dnia nas było chyba, bo liczył to znajomy, 97 osób. Pewnie koło stu.
Skąd pan wziął ten paragon?
To zasługa mojej żony. Ona je zbierała, bo mieliśmy swego czasu problemy z transakcjami. Sprawdzaliśmy przelewy, odkładaliśmy paragony. Nikt nie przypuszczał, że się jeszcze przydadzą. To całkowity przypadek.
Pisał pan również, że Beata Szydło zasłużyła na pozew...
Jest premierem. To nakłada na nią wyjątkowy obowiązek mówienia prawdy. Jeśli publicznie mówi, że protesty były opłacone i ustawione, to ten paragon jest dowodem, że nie byłem opłacony. Nawet sądowym.
Czyli naprawdę nikomu nikt nie płacił?!
Kto i za co miał tam płacić?! Ale ja powiem inaczej: w dużych miastach, gdzie były tłumy, jak w Warszawie, na pewno musiała być jakaś organizacja. Ktoś na pewno płacił za nagłośnienie, nie ma nic za darmo. To tylko ludziom się wydaje, że jak zupa jest darmowa, to za nią nikt nie płaci. Na pewno jakieś koszty były. Podejrzewam, że pokrył je KOD. Tak mi się wydaje, to jest moje mniemanie. Ale tutaj u nas, na prowincji, to było całkowicie spontanicznie. Prawie wszędzie tak było.
