Joachim Czerniak
Joachim Czerniak Fot. Sławomir Kowalewski / www.ddbe.com.pl

1 lipca mieli wyruszyć do Australii. Na rowerach chcieli przejechać 10 tys. km, żeby wspólnie zwyciężyć z rakiem. Pojawiły się trudności, bo firmy i organizacje, które obiecały pomoc, wycofały się. Nie dostali obiecanych rowerów. Mimo to Joachim i jego ojciec nie poddają się. Ruszają na "ostatni trening" po Polsce, żeby przekonać, że walczą naprawdę.

REKLAMA
Dwa miesiące temu opisaliśmy niezwykle wzruszającą historię miłości ojca i syna, którzy razem walczą z rakiem. Kiedy u 18-letniego Joachima zdiagnozowano guza mózgu, jego ojciec Robert Czerniak rzucił wszystko i bez reszty poświęcił się leczeniu. Kiedy lekarze powiedzieli, że chłopak nie będzie chodził, Robert Czerniak nie poddał się, tylko sam zaczął go rehabilitować. Udało się.
Joachim chodzi i biega, ale stwierdzono u niego tzw. spastyczność kończyn dolnych. Porażone połączenia nerwowe w mięśniach sprawiają, że kiedy chłopak na chwilę usiądzie, nie może wstać. Przynosi to też potworny ból. Jednym ze sposób rehabilitacji jest długotrwała jazda na rowerze. Joachim z ojcem postanowili jechać do Australii, bo ich zdaniem ten kraj oferuje bezkresne przestrzenie i idealny klimat.
Złamane obietnice
Zaplanowali przejechać 10 tys. kilometrów w pół roku. Mieli wyruszyć 1 lipca z Perth ku Adelajdzie. Niestety, nie udało się zebrać potrzebnych pieniędzy, a ci, którzy obiecali pomoc wycofali się. Poza tym kilka publicznych osób mówiąc o wyprawie Joachima w mediach uznało ją za zwykłą wycieczkę...
– Ciężko planować taki wyjazd, kiedy nie opiera się go na własnych środkach. Jak w styczniu rozpoczynaliśmy tworzenie projektu, to wszystko wydawało się nam łatwe i proste. Nie sądziłem, że będzie aż taki problem. Trudno było przekonać wiele osób. Z powodu wielu niezrealizowanych obietnic nadal jesteśmy jeszcze w kraju – przyznaje Robert Czerniak.
Problemem okazały się firmy i instytucje, które obiecały pomoc i nagle się wycofały. – Wycofała się nawet firma, która obiecała wyprodukować dla nas rowery – dodaje. Pomimo wsparcia wielu osób, ojciec z synem mają kłopoty, a wyprawa stoi pod znakiem zapytania. Po wycofaniu się firm, które obiecały pomoc, mają w tej chwili zebrane niewiele ponad 10 proc. potrzebnych na wyprawę funduszy. Prowadzą jednak rozmowy z kolejną dużą firmą, która może zostać partnerem wyprawy.
logo
Joachim z ojcem Fot.Sławomir Kowalewski / www.ddbe.com.pl

Ojciec Joachima przyznaje jednak, że po artykułach, jak ten, który ukazał się w naTemat, dostali wiele pozytywnych sygnałów. – 70 proc. głosów to były słowa wsparcia, otuchy i pochwały dla tego, co postanowiliśmy zrobić. Nie zabrakło jednak głosów, w stylu: fajnie, fajnie, ale nie musicie od razu jechać do Australii, możecie jeździć po Polsce – wyjaśnia Robert Czerniak. – Jeździmy, ale z narażeniem zdrowia i życia, bo w Polsce brakuje infrastruktury, która pozwala nam na bezpieczną długotrwałą jazdę na rowerze. Musimy jeździć po trasach, na których z dużą prędkością mijają nas wielkie ciężarówki – dodaje.
Ostatni trening
Mimo to Joachim jeździ po Polsce. Codziennie pokonuje na rowerze 50-70 kilometrów i jak obaj przyznają, jest coraz lepiej. Jednak z uwagi na swoje dolegliwości chłopak potrzebuje dużych i otwartych przestrzeni, gdzie będzie mógł utrzymywać stałą prędkość. – W Australii takich przestrzeni nie brakuje – podkreśla Robert Czerniak.
Ostatnie oszczędności wydali teraz na remont rowerów, tak, żeby mogli wyruszyć na swój "ostatni trening" po Polsce. Nawet tutaj zabrakło dobrej woli sponsorów.
– Jest tyle wyścigów, zawodów. Dzwoniłem chyba do wszystkich firm i sponsorów. Wszyscy odmówili nam pomocy. Nikt nie chciał nam nawet pożyczyć rowerów – żali się ojciec Joachima.
Na ostatni trening ruszają 5 lipca. Przez 17 dni planują przejechać prawie 1200 kilometrów. – Ruszamy 5 lipca, a powrót przewidujemy około 22 lipca. Startujemy z Mosiny i przez trzy dni mamy zamiar dojechać do Międzyzdrojów. Nad morzem chcemy prowadzić rowery plażą ubrani w koszulki "właśnie zwyciężam ze swoim rakiem" i propagować ideę walki z przeciwnościami losu – wyjaśnia ojciec chłopaka.

Staniemy na rzęsach

Robert Czerniak przyznaje, że to wszystko wiele Joachima kosztuje. Po pierwsze, walczy o zdrowie, żeby nie wrócić już nigdy na wózek. Po drugie, choroba i rehabilitacja zweryfikowała boleśnie znajomych i Joachim codziennie walczy sam ze sobą, żeby móc otworzyć się na innych ludzi. – Te kłopoty finansowe i wycofujące się firmy mają na niego negatywny wpływ. Każdy byłyby przecież w takiej sytuacji załamany i czułby się zawiedziony – dodaje.
Mimo to nie poddają się. Chcą przekonać ludzi, że choroba Joachima jest prawdziwa. – Ostatni trening ma wyjaśnić te wszystkie wątpliwości. Każdy będzie mógł nas zobaczyć, porozmawiać i sprawdzić, że Joachim nie jest żadnym wirtualnym wytworem Photoshopa. Myślę, że przekonamy wiele osób, że nigdy nie wolno się poddawać, a przy okazji będzie się można do nas przyłączyć. Mamy olbrzymią nadzieję, że po powrocie z "ostatniego treningu" w miesiąc uwiniemy się z przygotowaniami i wyruszymy do Australii – mówi Robert Czerniak.
Nie wyobrażają sobie rezygnacji z Australii. – To marzenie mojego syna. Nie ma takiej opcji, żebyśmy się poddali. Staniemy na rzęsach, żeby Joachim do tej Australii pojechał po swoje zdrowie – z całą mocą zapewnia ojciec chłopaka.

Numer konta do pomocy dla Joachima i informacje o wyprawie znajdziesz tutaj