Autorem doniesień o rzekomym kawiorze jedzonym przez protestujących rezydentów i luksusowych wakacjach, na które mieli jeździć był dziennikarz portalu tvp.info Ziemowit Kossakowski. Pojawiły się wezwania do bojkotu dziennikarzy TVP.
Autorem doniesień o rzekomym kawiorze jedzonym przez protestujących rezydentów i luksusowych wakacjach, na które mieli jeździć był dziennikarz portalu tvp.info Ziemowit Kossakowski. Pojawiły się wezwania do bojkotu dziennikarzy TVP. Fot. facebook.com/ Ziemowit Kossakowski, screeny z twitter.com/czuchnowski/lis_tomasz

Doniesienia o rzekomych luksusach, w jakie mają opływać protestujący lekarze podane przez media publiczne, wywołały ogromną burzę medialną. Manipulacje te według niektórych przekroczyły dotychczasowe granice braku profesjonalizmu i rządowej propagandy. W odpowiedzi na to, część środowiska dziennikarskiego zachęca do bojkotu towarzyskiego i ostracyzmu dziennikarzy Telewizji Polskiej. Tylko, czy jest to realne?

REKLAMA

Dzisiaj rano, za słynny już kawior i egzotyczne wakacje w Kurdystanie przeprosił sam Samuel Pereira. Autorem tej manipulacji okazał się Ziemowit Kossakowski, który został przez zarząd Telewizji Polskiej bezterminowo zawieszony. Jednak cała seria wyprodukowanych przez TVP bzdur na temat protestujących lekarzy i opieranie swoich materiałów dziennikarskich na tweetach prorządowych trolli, okazała się dla niektórych granicą kompromitacji i propagandy obok której nie można przejść obojętnie.

W środowisku zaczęło się mówić o potrzebie całkowitego bojkotu towarzyskiego osób pracujących w mediach publicznych, którzy swoimi twarzami i nazwiskami firmują coraz bardziej toporny i agresywny prorządowy przekaz.

Jednak czy taki bojkot jest w ogóle możliwy i czy byłby skuteczny? Zapytaliśmy o to kilku dziennikarzy z różnych redakcji.

– Trzeba przede wszystkim zaznaczyć, że ci ludzie nie są dziennikarzami. Mówiąc o pracownikach telewizji, odruchowo tak ich nazywamy, ale to co pokazuje telewizja narodowa, to nie jest dziennikarstwo, a marketing polityczny robiony na rzecz partii rządzącej. Ja osobiście nie bojkotowałbym towarzysko nikogo z telewizji publicznej, bo nikogo tam nie znam – powiedział w rozmowie z nami dziennikarz i publicysta Tygodnika "Polityka" i "Gazety Wyborczej", dziwiąc się jednocześnie brakiem reakcji na nierzetelność. – Dziwię się też kolegom dziennikarzom ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Jest tam wiele osób, które dopuszczają się manipulacji i nie spotyka ich za to żadna kara. Gdyby w naszym Towarzystwie Dziennikarskim jakaś osoba dopuściła się czegoś takiego, to bardzo szybko zostałaby usunięta. – mówi Żakowski.

Na pytanie o to co reszta dziennikarzy może zrobić w sprawie takich manipulacji, Jacek Żakowski odpowiada – Musimy robić swoje, pokazywać rzeczy takimi jakie są i myślę, że pracujący w TVP marketingowcy powoli sami siebie skompromitują. Co już się dzieje, patrząc na oglądalność ich programów informacyjnych.

– Po pierwsze uważam, że dziennikarze zbyt często zajmują się sami sobą. Po drugie, dostrzegam to i smuci mnie to bardzo, że niektórzy dziennikarze są na wojnie po którejś ze stron sporu politycznego, a po trzecie taki bojkot niczego nie da – uważa Andrzej Stankiewicz. – Proszę zobaczyć co dzieje się z ludźmi, którzy z tego podziału się wyłamują. To oni są bojkotowani (choćby Piotr Zaręba czy Łukasz Warzecha po jednej stronie, czy Grzegorz Sroczyński po drugiej). Obozy te są tak zastane i tak okopane po swoich stronach, że ja nie wierzę w żaden bojkot. -dodaje Stankiewicz.

Dziennikarz nie jest też zwolennikiem odpowiedzialności zbiorowej, a rozliczenia i krytyka powinny według niego dotyczyć konkretnych osób za konkretne materiały. Andrzej Stankiewicz przyznał jednocześnie, że autor weekendowych materiałów o rezydentach nigdy nie powinien pracować w jakichkolwiek mediach. – Nieporozumieniem jest to, że autor artykułu o lekarzach rezydentach i kawiorze w ogóle pracuje w mediach. Podczas ostatniej kampanii prezydenckiej był czynnie zaangażowany po jednej ze stron. I to jest błąd telewizji, że kogoś takiego zatrudnia i nadal trzyma na stanowisku – mówi.

- Ja nie bojkotuje mediów publicznych, unikam nagrywania tzw. setek, które można dowolnie przyciąć, ale przyjmuję zaproszenia do programów na żywo. Moim zdaniem trzeba uczestniczyć w każdej debacie, bez względu na to, kto w niej dominuje. Bojkot byłby i nieskuteczny i trochę śmieszny – podsumowuje Stankiewicz.

Dziennikarz "Rzeczpospolitej" także nie popiera takiej formy odpowiedzi na poczynania TVP. – Ja jestem przeciwny wszelkiego rodzaju bojkotom. To raczej telewizja publiczna bojkotuje mnie po tym jak pokazałem w programie koszulkę z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, zwracając uwagę na przemilczenie tej akcji przez TVP. Uważam, ze nieobecni głosu nie mają, więc trzeba tam chodzić, mówić, wytykać i stawać do debaty na ubitym polu z kimkolwiek i gdziekolwiek by to nie było.

Także dziennikarz "Faktu" odrzuca taki pomysł. – Uważam, że jest to indywidualna decyzja każdego z dziennikarzy. Ja do takiego bojkotu bym się nie przyłączył, ale wątpię, żeby zbiorowy bojkot mógł w ogóle dojść do skutku, ponieważ de facto środowiska dziennikarskiego i solidarności w nim w Polsce nie ma. Jeśli dostaje zaproszenia do mediów publicznych, to z nich korzystam i tam wyrażam swoje opinie - mówi Michał Wróblewski.

Jak widać, bojkot pracowników TVP może udać się tylko w indywidualnych przypadkach, a na powszechny ostracyzm publicznych mediów nie ma co liczyć. Która metoda jest skuteczniejsza na razie nie wiadomo, a jedyne co można robić na rzecz prawdy to głośno ją przedstawiać i odpowiadać na próby jej przykrywania.