
Przepis na wakacyjny numer wydaje się być banalnie prosty – uwłaczająca godności linia melodyczna, tekst opierający się na słowach „hot”, „love”, „summer” i „forever”, półnagie, opalone i koniecznie wysportowane ciała, dużo słońca oraz oślepiający swoją bielą uśmiech.
REKLAMA
Jednak to i tak wydaje się za dużo dla polskich wykonawców. Na próżno szukać tegorocznego hitu narodowego – dominują wyjce opowiadające o swych złamanych sercach, a jeśli już nawet ktoś postanowi spróbować nas rozerwać, to wychodzi mu to na poziomie przysłowiowego Crazy Froga. I tak Enej zabawia nas góralskimi przyśpiewkami w tak dobrym stylu, że z utęsknieniem wspominamy pierwowzór pop-górala z Golec uOrkiestra, kiedy jeszcze było to w jakikolwiek sposób świeże i zaskoczyło swoją bezpretensjalnością gawiedź.
Doda, samozwańcza królowa, również postanowiła nie pozostawać w tyle. Razem ze swoim przyjacielem, sobowtórem i być może przyszłym mężem, niejakim Dżagą, nagrała „hit” o... no właśnie nie wiem o czym. Klip przedstawia super imprezę w jednym z klubów stołecznych, gdzie Doda i jej poddani (?) tańczą i „czują swą energię, czują twą energię”. Klip kończy się radosnym okrzykiem „shopping!”, co ma zapewne skłonić do zakupu singla, ale sorry Dorota, ja tego nie kupuję.
Za granicą wydaje się być lepiej. Większe budżety, lepsi reżyserzy, bogatsze wytwórnie – łatwiej ukryć totalny brak pomysłu i nakręcić machinę promocyjną. Rihanna, królowa imprez, prowadzi nas tanecznie w odbieranym przez niektórych jako spisek iluminatów teledysku „Where have you been”. Jest półnaga, ocieka oliwą i seksem, klei się do przystojniaczków i jęczy w dyskotekowym rytmie. Idealne na letnie zauroczenie, taniec na plaży bądź na beach barze.
Nicki Minaj jest moją totalną boginią. Fluo włosy, woda o podejrzanej barwie, muskularni, czarnoskórzy tancerze oraz naprawdę wielka pupa, o której nie wypada nie wspomnieć sprawiają, że Nicki i jej „Starships” jest totalnie hot. No i jeszcze statek kosmiczny na początku i tekst o niczym. Aż kręci się w głowie od nadmiaru szczęścia!
Niezmiennie bawi również „Call me maybe” – piosenka urocza, lekko infantylna i z apetycznym teledyskiem. Apetycznym dla wszystkich opcji seksualnych – kto widział ten wie o czym piszę. Jest ogródek, jest półnagi ogrodnik, jest seksowne mycie auta w wykonaniu wokalistki oraz miłość od pierwszego wejrzenia. Muzyka jak dzwonek polifoniczny, tekst składający się głównie z refrenu, którego nie da się nie znać i nie śpiewać. Przekleństwo, które sprawia nam przyjemność.
Za oceanem publikę od kilku sezonów rozgrzewa dorastający na naszych oczach Justin Bieber. Chłopak śpiewa o tym, że chce być naszym dżentelmenem, jeździ wypasionym autem i zalotnie spogląda spod swoich okularów przeciwsłonecznych. W teledysku wszystkie nieletnie dziewczęta do niego lgną, a przed teleodbiornikami zapewne nie tylko nieletnie. Po prostu wszystkie.
Alternatywa rządzi się oczywiście swoimi prawami. W podziemnych spelunach dla prawdziwych hipsterów wszyscy nucą, pijąc swoje regionalne piwa, Black Keys i ich Samotnego Chłopca. Idealne na letni weltschmertz, do pobujania się ze znajomymi i na kaca w parny dzień. Black Keys totalnie wymiatają.
W innym stylu, choć ciągle alternatywnie zagrzewa nas urocza Marina and The Diamonds. Jej melodyjny głos, ostrzejszy bit, bardzo estetyczny klip i lekko narcystyczny teksty idealnie pasują do plażowania ze znajomymi i dyskotek na świeżym powietrzu. W tym sezonie każda szanująca się alternatywna dziewczyna z pewnością zaśpiewa choć raz: „Primadonna girl... All I ever wanted was the world”.
Typem Filipa Kalinowskiego, recenzenta „Aktivista”, jest Azealia Banks, która mimo że jeszcze nie wydała debiutanckiej płyty, jest zauważana nie tylko w swoim rodzinnym Nowy Jorku – do współpracy zaprosiła ją sama M.I.A., która niewątpliwie jest wyznacznikiem na scenie alter. Kalinowski wskazuje, że letnie hity, nawet te ze sceny niekomercyjnej, muszą się charakteryzować nieskomplikowanym przekazem. Recenzent uważa, że idealnie łączy się to z jamajsko – tropikalnymi rytmami, które będą rządzić tego lata.
Nie wolno również zapominać o wcześniejszych hitach, które zagrzewały nas do letnich przygód. Pamiętamy Geri Halliwell, która powinna dostać medal za szczególne zasługi wśród singielek po trzydziestce. It's raining man, allelujah! Wśród jeszcze starszych przebojów nie da się nie wspomnieć o Blondie i leniwym „The tide is high” czy o MC Hummerze z jego seksownym „U Can't touch this”, który wciąż jest grany na co lepszych dyskotekach. A pamiętacie „Sexualna nebezpieczna” rok temu? Oczywiście większość zaprzeczy, bo wstyd niesamowity, ale bądźmy szczerzy – nie da się nie znać takiego hiciora.
Nie można uciec przed letnim przebojem. Cokolwiek byśmy nie robili i gdzie nie uciekali nie damy radę schować się przed kolejnym „This beat is technotronic” czy „Yes sir, I can boogie”. Może więc po prostu dajmy sobie spokój z uciekaniem i odżegnywaniem się od wakacyjnej sieczki. W końcu „Macarena” czy „The ketchup song” nie będą za nami chodzić całe życie. Tylko do końca sezonu.
O przebojach tego lata dzisiaj dyskusja na falach Chilli ZET – od 13.00 obowiązkowo nastawcie się na chill out. Czytajcie radiowego Facebooka, a także wrzucajcie tutaj własne typy. Może powstanie z tego gorący ranking?