
Są bohaterami niezliczonych memów, w których wyśmiewa się typowo polskie przywary. Mają nawet oddaną grupę fanów, którzy domagają się sprowadzenia ich do Polski. Ale no właśnie – nie ma ich. Ani w zoo w Warszawie ani w żadnym innym. Co więcej, nosacza sundajskiego nie spotkacie w żadnym europejskim zoo. – Ten gatunek potrzebuje przede wszystkim ochrony swoich naturalnych siedlisk – mówi w rozmowie z naTemat Anna Kaczmarska z warszawskiego ogrodu zoologicznego.
O nosaczach napisano już prawie wszystko. Także w naTemat tłumaczyliśmy, skąd fenomen tego pociesznego gatunku z rodziny koczkodanowatych. Okazuje się, że memy z nosaczami przyjęły się tak dobrze, bo nosacze, tak jak większość "Typowych Polaków", są po prostu... leniwe – ale jednak z innego powodu. One nie chcą "zarobić i się nie narobić".

– Są roślinożerne, więc dużo czasu spędzają na odpoczynku, bo trawienie jest dosyć skomplikowane i długotrwałe – tłumaczył profesor Bogusław Pawłowski, kierownik Katedry Biologii Człowieka z Uniwersytetu Wrocławskiego, w rozmowie z Bartoszem Godzińskim. – Poza tym nosacz jest bardzo sympatyczny. Jest świetnym pływakiem, może przepłynąć nawet rzekę. Lubi się też bawić w wodzie. To też spokojna małpa, nikomu nie wadzi, bardzo rzadko są konflikty w grupie – kontynuował profesor.
Chcą nosacza w Warszawie I pewnie nie jeden z naszych rodaków po memicznym seansie w sieci zapragnął nosacza zobaczyć na żywo. Taka pocieszna małpka, pewnie jest w Krakowie czy w Warszawie w zoo. I tu klops. Nosacza nie ma nigdzie w Polsce. Ba! Nie ma go nigdzie w Europie. Na świecie też są rzadkością, a wprowadzane do ogrodów zoologicznych populacje często umierały. W latach siedemdziesiątych po kilka nosaczy miały m.in. zoo w Berlinie, Kolonii, Dallas, Frankfurcie, San Diego, Nowym Jorku czy w Milwaukee. W latach dziewięćdziesiątych żadne z tych zoo już nie miało tych zwierząt.
Na fali popularności pociesznego ssaka powstało jednak na Facebooku wydarzenie o wszystko tłumaczącej nazwie "Chcemy Nosaczy Sundajskich w ZOO warszawskim!". Sprawą zainteresowało się 40 tysięcy użytkowników portalu społecznościowego, czyli to nie takie byle co. Z drugiej strony chyba wielu z nich ma chyba świadomość, że ich marzenie nie zostanie zrealizowane. Bo jeden z internautów pisze, że zapłaci każde pieniądze, żeby zobaczyć nosacze sundajskie na żywo. "To leć do Indonezji" – pada w odpowiedzi.

I to chyba najlepsze rozwiązanie – wycieczka na Borneo. 10 tysięcy kilometrów i jesteśmy na miejscu. Tam spotkać nosacza będzie zdecydowanie najłatwiej.
Do zoo się nie nadają Umieszczenie nosacza w przeciętnym europejskim ogrodzie zoologicznym wymagałoby bowiem sprostania wielu wyzwaniom. – Nosacz sundajski nie jest zwierzęciem często spotykanym w ogrodach zoologicznych, jest wręcz rzadkością. Jest gatunkiem, który wymaga utrzymywania w warunkach bardzo zbliżonych do naturalnych i zapewnienia specyficznej diety roślinnej. W rzeczywistości przeciętnego zoo z Europy oznacza to wybudowanie dużego pawilonu – szklarni z drzewami i utrzymywanie tam nosaczy przez cały rok – mówi naTemat Anna Karczewska z warszawskiego ogrodu zoologicznego.
To jednak tylko pierwszy problem. Drugi to pieniądze. – Nosacze sundajskie nie mają swojego programu hodowlanego, brak ich w Europie. Jeśli jakieś zoo zapragnęłoby trzymać ten gatunek, można by to uznać za wysoce nieuzasadnione przez wysokie koszty budowy obiektu i jego utrzymania, duży problem ze sprowadzeniem zwierzęcia i brak perspektyw na jego skoordynowaną hodowlę. Zatem zysk dla przetrwania gatunku byłby znikomy – dodaje rzeczniczka warszawskiego zoo.
Bardzo istotny jest wspomniany brak perspektyw na skoordynowaną hodowlę nosacza sundajskiego. Wbrew powszechnemu przekonaniu laików zoo nie jest instytucją o charakterze – nazwijmy to – "rozrywkowym". Ogrody zoologiczne zrzeszone w organizacjach międzynarodowych (a takie działają w Polsce, choćby warszawski ogród) prowadzą bowiem skoordynowaną hodowlę i skupiają się na gatunkach zagrożonych.
Anna Karczewska
Trudno je zobaczyć, ale można im pomóc Najlepiej więc udać się wprost na Borneo, gdzie nosacz sundajski jest gatunkiem endemicznym. Albo... pomóc mu prosto z Polski. Nosacze są bowiem zagrożone wyginięciem. Borneo to wyspa-dżungla, która jest wprost stworzona dla tych małp, ale ten idylliczny krajobraz burzy działalność człowieka. Lasy deszczowe coraz częściej bowiem ustępują uprawom palm.
– Dla swojego przetrwania ten zagrożony gatunek potrzebuje przede wszystkim ochrony swoich naturalnych siedlisk: lasów tropikalnych na Borneo, a nie rozmnażania w warunkach sztucznych – mówi Karczewska i dodaje: – To wyspa o bardzo bujnej roślinności i bogatej faunie, jednak lasy porastające tę wyspę kurczą się w zastraszającym tempie. Firmy produkujące olej palmowy potrzebują terenów pod jego uprawę i budowę rafinerii. Dlatego obecnie skuteczną ochroną nosaczy jest ograniczenie produkcji oleju palmowego na Borneo. Można to uzyskać tylko poprzez ograniczenie używania tego oleju, a jest on bardzo powszechny w przemyśle spożywczym, co jest główną trudnością.

W ten sposób pomożemy zresztą nie tylko nosaczom, ale i innym zagrożonym gatunkom żyjącym na Borneo – choćby orangutanom.
Dla zoo to tylko chwilowa moda Nosacze nie pojawią się w zoo – przynajmniej w Warszawie – z jeszcze z jednego powodu. Dla władz warszawskiego ogrodu zoologicznego to przejściowa moda. – Mamy obawy, że dla większości osób jest to tylko chwilowe zainteresowanie bez zaangażowania – mówi rzeczniczka zoo.
– Warszawskie zoo nie planuje sprowadzania nosaczy do Warszawy. Trzeba także wziąć pod uwagę, że nowoczesne zoo jest placówką, której głównym celem jest hodowla zagrożonych gatunków i edukacja na ich temat. A sprowadzanie do zoo zwierząt nie ma nic wspólnego z panującą "modą" na konkretne gatunki czy popularnością wynikającą z pojawienia się nowego zwierzęcego bohatera w filmie. Zawsze jednak warto taką popularność wykorzystać do edukacji na temat danego gatunku – podsumowuje.
