
Informacja o "awansie" Ewy Bugały na dyrektorskie stanowisko w Orlenie rozgrzała media do czerwoności. A jeszcze bardziej świadomość, co z taką zmianą się wiąże. Od razu na myśl nasuwa się porównanie z sytuacją z 2014 roku, gdy główny PR-owiec premiera Donalda Tuska także dostał posadę w tej samej spółce. Wtedy oburzenie prawicy sięgało zenitu. A dzisiaj?
Na początku przypomnijmy: dziennik "Fakt" podał informację o nowej pracy dla Ewy Bugały. Po jej zniknięciu z anteny kilka tygodni temu, przyszedł czas na nowe zawodowe wyzwania. Była dziennikarka TVP i symbol telewizyjnej propagandy Prawa i Sprawiedliwości została dyrektorem komunikacji w PKN Orlen. Rocznie będzie zarabiała około ćwierć miliona złotych, a oprócz tego może liczyć na ogromną premię – aż 60 proc. rocznych zarobków – tak przekonuje tabloid, dodając, że Bugale mają podlegać w Orlenie media korporacyjne i biuro prasowe.
Wtedy prawica, w przeciwieństwie do obecnego przypadku, użyła wszystkich możliwych argumentów i słów w celu zdyskredytowania Ostachowicza i decyzji spółki o jego zatrudnieniu. Politycy Prawa i Sprawiedliwości i Solidarnej Polski praktycznie nie wychodzi ze studiów telewizyjnych bez wspomnienia o tej sprawie.
W moim przekonaniu Igor Ostachowicz otrzymał w ten sposób nagrodę za siedem lat swojej pracy przy Donaldzie Tusku. A może nie tyle pracy, co skutecznej propagandy.
Nie ma przyzwolenia na to, żeby przechodzić do spółek skarbu państwa tylko dlatego, że ktoś kogoś zna.
Donald Tusk hojnie zapłacił Igorowi Ostachowiczowi za jego służbę w kancelarii premiera. Nagroda jest jednak niesmaczna.
