
Rafał Fronia wrócił już do Polski. Polski himalaista musiał zakończyć wyprawę na K2 po tym, jak uległ wypadkowi, w wyniku którego podejrzewano u niego złamanie ręki. Teraz w rozmowie z TVP Info przybliża kulisy – jak sam to nazywa – swojego dramatu na K2.
REKLAMA
– W dzień było tak gorąco, że pociliśmy się jak w saunie; w nocy temperatura spadała nawet do minus 50 stopni. To był dramat – opowiada Fronia. Himalaista wrócił do swojego wypadku. – Ten kamień nadleciał. Wcześniej odbił się i przyleciał z kosmosu. Uderzył we mnie, bo szedłem pierwszy. Oderwało nas od lin poręczowych, zawiśliśmy. To był dramat – wspomina Fronia.
Gdy himalaiści zaczęli schodzić, uderzyła w nich lawina. – Rąbnął w nas serak. Jakby przejechało 10 Pałaców Kultury śniegu i lodu. To ręka uratowała mi życie i partnerowi. Góra ewidentnie mnie nie chciała w tym roku – opowiada Rafał Fronia. Po zejściu do bazy okazało się, że ręka Froni nie była złamana, tylko pęknięta. Tam Fronia został jednak opatrzony i przetransportowany helikopterem do Skardu.
Przypomnijmy: Rafał Fronia uległ wypadkowi na K2 gdy szedł Drogą Basków do obozu pierwszego na wysokości 5900 metrów. Spadający kamień uderzył go w przedramię, podejrzewano złamanie. Dla Rafała Froni był to koniec wyprawy na K2. W emocjonalnym wpisie w dzienniku wyprawowym Fronia pisał, że góra go opluła i dotarł do miejsca, gdzie nie ma już nadziei. Przebywał wtedy już w hotelu w Skardu w Pakistanie.
Dodajmy, że wczoraj okazało się, że Denis Urubko, który osiągnął wysokość 6,5 tys. metrów, zamiast wspinać się dalej i uzupełniać brakujące liny, musiał wrócić do bazy. Nie ukrywał przy tym zdziwienia decyzją kierownika wyprawy Krzysztofa Wielickiego.
źródło: TVP Info
