To był miś na miarę naszych możliwości. Ale spłonął
To był miś na miarę naszych możliwości. Ale spłonął Hiuppo/ http:// bit.ly/NgciQm/http:// bit.ly/P4A01w

W Warszawie spłonął "miś na miarę naszych możliwości" – alarmowały dziś wszystkie stołeczne serwisy. Czy to koniec słynnego rekwizytu z filmu Barei? Sprawdziliśmy i uspokajamy. Misiów jest więcej, a ten prawdziwy co prawda nie ma głowy, ale jest pilnie strzeżony w magazynach Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych.

REKLAMA
"Na Gliniankach Sznajdra nie ma już słomianego misia z filmu Barei. Został spalony" – donosiło dziś "Życie Warszawy". Wandale przedarli się na środek oczka wodnego i podłożyli ogień pod stojącą tam kultową kukłę. Miś w starciu z żywiołem nie miał szans – z postaci został tylko metalowy, osmalony szkielet.
– Stało się to mimo naszych starań. Misia ustawiliśmy na środku glinianki i zabezpieczyliśmy impregnatem – mówi Mariusz Gruza z ratusza dzielnicy Bemowo. To na jej terenie była umieszczona kukła.
Jak to się stało, że bezcenna pamiątka z jednego z najbardziej kultowych polskich filmów trafiła na bemowskie jeziorko? I czy faktycznie to oryginalny miś padł ofiarą wandali? Postanowiliśmy prześledzić losy kultowej kukły.
Misie giganty
Pierwszy, prawdziwy, gigantyczny miś powstał w 1980 roku podczas realizacji filmu Stanisława Barei. Rekwizyt poznajemy już w drugiej scenie, kiedy wielkiego misia, na zlecenie Ryszarda Ochódzkiego, prezesa spółdzielni "Tęcza", budują robotnicy. Później miś pojawia się jeszcze w kilku scenach, by w finałowej spaść zrzucony z helikoptera. I to ostatnie miejsce, w którym oficjalnie widziano misia.
"Miś", scena II

Stuwała: W mordę kopane!
Kierownik: Co jest!?
Pracownik: Nic Panie kierowniku, oczko mu się odlepiło! Temu misiu! CZYTAJ WIĘCEJ

Co działo się z nim do środy, kiedy został spalony na bemowskich gliniankach? Oficjalne przekazy mówią, że gigantyczna kukła nie zachowała się, bo spłonęła jeszcze na planie.
Po 20 latach od jego narodzin gazety znów zaczęły pisać o gigantycznym misiu. Pierwsza wzmianka, do której udało nam się dotrzeć, pochodzi z 2003 roku. Również opisuje historię tragiczną w skutkach dla misia. "Gazeta Wyborcza" opisała pożar kukły, która jako oryginalny, zrekonstruowany miś była obwożona po kraju w ramach akcji "Żywieckie Muzeum Humoru" prowadzonego przez grupę Eskadra. W jednym z miast miś miał zostać podpalony. Sprawców nie udało się znaleźć. Informacje o losie kukły urywają się.
Po raz drugi miś wypływa w 2010 roku, przy okazji skandalu z Muzeum PRL, które miało zostać utworzone w Wiśle. Zabiegała o to ta sama grupa, która wcześniej objeżdżała kraj z muzeum humoru. Jako jeden z potencjalnych eksponatów, "Dziennik Zachodni" wymienia właśnie wielką kukłę misia. Gazeta twierdzi, że miś został przekazany na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Czytaj też: Walcząca sukienka. O modzie w czasach PRLu.

Misie karły
Tyle na temat misia - giganta. W filmie wykorzystano jednak jeszcze dwie, mniejsze kukły, mniej więcej wysokości tej, która została ustawiona na jeziorku. To jedna z nich miała zostać ustawiona na Bemowie. Ratusz dzielnicy wypożyczył ją od fundacji im. Kamili Skolimowskiej.
Prezes fundacji, Robert Skolimowski, potwierdza. – Otrzymaliśmy misia od agencji reklamowej, która miała rekwizyty z Wytwórni Filmów – przypomina sobie. Nie pamięta jednak, jak agencja się nazywała. – Nie wiem, jakie były losy tej kukły, jak oni weszli w posiadanie. Ale zaproponowali, czy byśmy tego nie wzięli. My akurat myśleliśmy o reklamie fundacji, a wiedzieliśmy że miś jest misiem, więc chcieliśmy go rozpowszechnić.
Skolimowski przyznaje, że w tym samym czasie przeczytał w gazecie, że stołeczne Bemowo chce u siebie ustawić misia, więc fundacja użyczyła dzielnicy ich kukłę. – Skoro taka podobna do oryginału, to czemu nie? – pyta retorycznie prezes.
Mariusz Gruza wyjaśnia, że dzielnica chciała u siebie misia, bo to na terenie Glinianek Sznajdra kręcono ostatnią scenę filmu, w której kukła spada z helikoptera. Zapewnia, że ten, który spłonął, zostanie zrekonstruowany już niebawem. Odbudowa będzie kosztować kilka tysięcy złotych.
Misie prawdziwe
Pozornie historia tu się urywa. Ale, dla pewności, dzwonimy jeszcze do Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie. To tam filmowcy przekazują rekwizyty, które później można wypożyczać lub odkupić. W ustaleniu losów misia pomaga Małgorzata Witkowska.
– Pierwszy, największy spalił się jeszcze podczas produkcji filmu. Ale były jeszcze dwa misie, zdecydowanie mniejsze – potwierdza nasze dotychczasowe informacje. – Zostały przez nas przyjęte po zakończeniu filmu. Są wielkości człowieka. Tyle, że niskiego. Jakieś 150 cm wzrostu. No i jeden jest bez głowy – tłumaczy.
Kiedy opowiadam jej o tym, że miś ponoć się spalił, odpowiada:
– Oni nie mogą mieć misia! (zakrywa dłonią słuchawkę i mówi do kogoś: jak z tym misiem? Mamy? W tle niewyraźny głos odpowiada). Magazynierka ma u siebie. W ewidencji są dwa. Może ktoś zrobił duplikat misia? Chyba że był jakiś egzemplarz o którym nic nie wiem. Może było więcej misiów na planie?
Sprawę ostatecznie wyjaśnia Mariusz Gruza z Bemowa. – Tak. To rekonstrukcja. Tyle, że dla przeciętnego obserwatora wyglądał jak... żywy.