Jarosław Kaczyński podczas miesięcznicy smoleńskiej. Mit smoleński jest możliwy ze względu na swą prostą, jednoznaczną symbolikę – pisze publicysta "Newsweeka" Jakub Bierzyński.
Jarosław Kaczyński podczas miesięcznicy smoleńskiej. Mit smoleński jest możliwy ze względu na swą prostą, jednoznaczną symbolikę – pisze publicysta "Newsweeka" Jakub Bierzyński. fot. Dawid Żuchowicz/Agencja Gazeta

Publicysta "Newsweeka" Jakub Bierzyński zdefiniował wyborców Prawa i Sprawiedliwości na podstawie ich stosunku do wiary katolickiej i katastrofy smoleńskiej. Jego zdaniem serca zagorzałych katolików biją po prawej stronie, a prawicowość i religijność to dwa oblicza tego samego stosunku do świata. Dlaczego? Wyznawcy przyjmują tylko jedną, prostą prawdę.

REKLAMA
Zdaniem Jakuba Bierzyńskiego prawicowość i wiara łatwo przemawiają do tzw. "tradycyjnej umysłowości". O co chodzi? O prostą prawdę, która nabiera symbolicznego znaczenia, może być mitem założycielskim. Bierzyński pokazuje to na przykładzie mitu smoleńskiego. "Wyniki prac komisji badającej przyczyny katastrofy są trudne, skomplikowane i – co najgorsze – niejednoznaczne" – pisze. Konkluzja nie sprowadza się do prostej prawdy na temat przyczyn katastrofy, a do splotu zaniedbań czy zbiegów okoliczności. A to dla tradycyjnej umysłowości jest nie do zaakceptowania.
Lech Kaczyński zginął jak bohater
"Według wyznawców prezydent Lech Kaczyński zginął bohaterską śmiercią w imię wartości" – pisze Bierzyński. Wyznawcom trudno więc zaakceptować fakt, że zginął w wyniku zaniedbań i bezmyślności. To bowiem odziera jego śmierć z patosu, symbolicznego znaczenia, a jego najwyższa ofiara traci jakikolwiek sens. Dlatego – zdaniem Bierzyńskiego – istnieje ścisły związek pomiędzy wiarą w Boga a wiarą w zamach smoleński.
logo
Ponadto, zdaniem Bierzyńskiego, posiadacze jedynej prawdy mają poczucie moralnej wyższości. To Bóg wyrył normy moralne na kamiennych tablicach, są więc one jednoznaczne i ostateczne. Moralne oburzenie budzą w tradycyjnym umyśle zmiany norm społecznych w różnych czasach i różnych kulturach. Osoby głęboko wierzące nie umieją sobie wyobrazić wiary bez moralności. To wiara jest źródłem poczucia moralnej wyższości prawicy.
Umysł oświecony kontra tradycyjny
I nie ma dla wyznawców znaczenia fakt, że kanony wiary i nauki Kościoła przez wieki ewoluowały, a wiele prawd kiedyś niepodważalnych uznaje się dziś za alegorie. Bierzyński przeciwstawia też umysł tradycyjny oświeconemu. Naturalną postawą tego drugiego jest zwątpienie i pytania. Dla tradycjonalisty pytania są szkodliwe, bo podważają wiarę w dogmat. Stąd naturalne niezdecydowanie i brak jedności, które zderzają się z monolitem postaw i haseł prawicy.
Bierzyński dowodzi, że poczucie moralnej wyższości, choć trwałe, jest błędne. Nie ma bowiem statystycznego związku między wiarą a moralnością. Odsetek rozwodów, przestępstw a nawet zabójstw nie jest wśród katolików niższy niż wśród niewierzących lub osób innej wiary. Przykładem Czechy – kraj prawie całkowicie zsekularyzowany, w którym poziom przestępczości, w tym zabójstw, jest wyraźnie niższy niż w katolickiej Polsce.
Dlaczego PiS mówi, co jest dobre, a co złe
Niemniej jednak mit o moralnej wyższości jest trwały, gdyż katolicy potrzebują go do uzasadnienia własnej wiary. Prawicy zaś jest potrzebny jako narzędzie polityczne. Gdy partia ma wyłączność na moralność, to – jak pisze Bierzyński – "uzurpuje sobie wyłączne prawo sądzenia o tym, co jest dobre, a co złe, a to w oczywisty sposób prowadzi do eliminacji oponentów". A ci, którzy nie podzielają prawicowej racji, to po prostu przestępcy albo głupcy. I jest to kolejna zbieżność między prawicą a Kościołem.
Następna dotyczy stosunku do Zachodu. W polskim Kościele panuje powszechne przekonanie o kryzysie cywilizacji Zachodu. Łatwo to zrozumieć, odkąd w wyniku migracji stał się tyglem kulturowym. Rodzi się tam jeszcze więcej nowych idei, zderzają się tradycje. Nigdzie indziej tak dobrze nie widać falsyfikacji podstawowych religijnych mitów. Oświecenie, multikulturowość, postęp – to jest obce, a nawet wrogie zarówno prawicy, jak i Kościołowi.
Podobnym antyzachodnim językiem – zdaniem publicysty – posługują się prawosławna Cerkiew i putinowska propaganda. Nieistotne jest też, jakie są skutki działań Antoniego Macierewicza. Liczą się bowiem intencje. Równie błahe jest to, czy Żołnierze Wyklęci popełniali zbrodnie i utrzymywali się z rabunków. Romantyczny, prawicowy punkt widzenia bardziej ceni sobie bowiem ich zamiary, a nie efekty.
źródło: "Newsweek"