"O, pani z Warszawy przyjechała". Czyli jak prawdziwe życie podzieliło wielu Polaków

"Co wy w Krakowie, we Wrocławiu wiecie o prawdziwym życiu?", "Jedźcie na prowincję, to zobaczycie prawdziwe życie" – takich pytań Eliza Michalik ma już dość.
"Co wy w Krakowie, we Wrocławiu wiecie o prawdziwym życiu?", "Jedźcie na prowincję, to zobaczycie prawdziwe życie" – takich pytań Eliza Michalik ma już dość. Fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta
Eliza Michalik napisała, że ma dosyć gadania, że nie zna prawdziwego życia, bo jest dziennikarką, jest z Warszawy, pije latte, chodzi do fryzjera. "Kto i kiedy zdecydował, że prawdziwe życie jest tylko na wsi, w biedzie czy braku wykształcenia i perspektyw, w wielodzietności, nałogach"? – pyta. Trafiła w sedno, ludzie biją jej brawo. Pytanie, gdzie jest to "prawdziwe życie"?

Tego, że mnóstwo ludzi zgodziło się z opinią Elizy Michalik, nie trzeba pisać. "Brawo, w punkt! Zgadzam się we wszystkim" – to najliczniejsze reakcje. "Ciągle słyszę to samo. I ci, którzy tak mówią nie chcą zrozumieć ile wysiłku, pracy, trudnych chwil kosztowało mnie to, żeby być tu, gdzie jestem" – pisze jedna z internautek. Jakby musiała się tłumaczyć z tego, dlaczego powodzi jej się lepiej niż innym.

Chcąc lub nie chcąc, publicystka wywołała lawinę. "Co wy w Krakowie, we Wrocławiu wiecie o prawdziwym życiu?", "Jedźcie na prowincję, to zobaczycie prawdziwe życie" - takie słowa słyszy i ma ich już dość.

Dość już mam tego gadania, że nie znam prawdziwego życia. I tego głupiego, pogardliwego wyliczania: "Jesteś dziennikarką...

Opublikowany przez Eliza Michalik Niedziela, 29 lipca 2018
"Jeżdżą świetnymi samochodami, mają fajne domy"
Gdy rozmawiamy w gronie znajomych o tym wpisie, w niektórych aż się gotuje. Nagle otwiera się worek z własnymi doświadczeniami. Każdy ma jakieś wspomnienie, gdy czuł, że nie wie, co to prawdziwe życie. – Mnie krew zalewa, gdy słyszę, że na prowincji jest prawdziwe życie. Pewnie, że zależy gdzie, ale moja rodzina na wsi zawsze ma mnóstwo czasu na wszystko, podczas gdy ja zasuwam od rana do wieczora. To ja mogę spytać, co oni wiedzą o życiu, ale to ja często słyszę takie pytania – mówi znajoma.

Kiedyś na wsi na Mazowszu, skąd pochodzi, niemal wszyscy żyli z ziemi, dziś tylko niedobitki. We wsi nie ma krów, nie widać żadnych upraw, wielu rolników posprzedawało ziemię i żyją jak pączki w maśle. – Kuzynka zawsze ma czas. Zawsze wygląda jakby wyszła od fryzjera, zrobione paznokcie. I zawsze się dziwi, że ja nie mam czasu na nic – opowiada.


Mówi, że u niej w rodzinie zakupy robią przez internet, jeżdżą świetnymi samochodami, mają fajne domy. – Ciągle na FB wrzucają zdjęcia. Teraz, w wakacje widzę, że są na jakimś koncercie, a to na jakimś pikniku. A ja pracując w Warszawie nie mam na to czasu. W weekend padam ze zmęczenia. I jeszcze to ja muszę im tłumaczyć, że ciężko pracuję, bo nie wierzą – opowiada.

"O, pani z Warszawy przyjechała"
Inna znajoma opowiada, jak kiedyś w swoim niedużym, rodzinnym miasteczku, usłyszała, że przyjechała gwiazda. Bo z Warszawy. – W ogóle bardzo często słyszę: "O, pani z Warszawy przyjechała. Mieszkasz w mieście, siedzisz sobie w ciepłej pracy, co ty możesz wiedzieć o życiu i ludziach? Ludzie na wsi, w małym mieście to się naharują, a ty niepotrzebnie narzekasz".

Słyszy też, że "oni" mają mniej, a "ona" więcej, a ile siły muszą w to włożyć. – I szlag mnie wtedy trafia. Co to za wartościowanie i głupie gadanie? Jeśli nie pracuję fizycznie a przed komputerem, to znaczy, że robię mniej i niezasłużenie zarabiam więcej, niż pan kopiący rowy? Niestety z perspektywy małego miasta tak to wygląda – mówi.

Gdy narzekała, że jest zmęczona, nawet od mamy słyszała: – Dziecko, czym ty się tam narobisz? Idziesz sobie na spokojnie do pracy, posiedzisz osiem godzin i wracasz. Przestali, gdy rodzice odwiedzili ją w Warszawie, i na własne oczy się przekonali, że naprawdę nie ma kiedy zapisać się do lekarza, czy fryzjera i jak odpowiedzialną pracę wykonuje.

Agnieszka, dziennikarka, ma siostrę w małym miasteczku, która ma czas na długie spacery, wakacje kilka razy w roku, spokojne obiadki, pieczenie ciast i czytanie wielu książek. Ona na spacery chodzi, wracając z pracy, obiady najczęściej je spisując z dyktafonu rozmowy, ciast nie piecze, czyta, ale dużo mniej niż kiedyś.

Ale to siostra regularnie żartuje sobie z jej przepracowania: – Kpi, że wyolbrzymiam i przesadzam, bo jak mogę być zmęczona klepaniem w klawiaturę i rozmawianiem przez telefon? Ano mogę. Tylko, że ona - patrząc na to - z perspektywy kosmetyczki, nie jest w stanie tego zrozumieć. Ona jest zmęczona, kiedy przyjmie trzy klientki, ale moja praca od rana do nocy się nie liczy.
"Ludzie z problemami w ten sposób się żalą"
Takie opowieści można mnożyć w nieskończoność. W nieskończoność ciągną się też komentarze pod wpisem Elizy Michalik. Są ich setki. Nieliczne o tym, że na prowincji jest trudniejszy dostęp do wszystkiego.

Pani Eliza Michalik napisała dziś komentarz, w którym pisze, że jej życie jest tak samo prawdziwe jak życie osoby...

Opublikowany przez Michał Pytlik Niedziela, 29 lipca 2018
Najczęściej nikt nie neguje ciężkiej pracy wielu ludzi – i na prowincji, i w mieście. I tych z niższym wykształceniem, i tych z wyższym. Tych biedniejszych, i tych z elit.

– Gdy ktoś mówi, że nie znasz życia, w jego interpretacji oznacza to, że ciebie rozpieszczają, a jego nie. I tak Warszawa jest rozpieszczana przez autobusy, metra, pałace. A na prowincji jest stodoła, deszcz i błoto. Jest dalej od przywilejów, od kultury, zdrowia, edukacji i prawdziwej rozrywki. Mówiąc, że „nie znasz życia”, ludzie w ten sposób się żalą – ocenia w rozmowie z naTemat prof. Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny.

Wskazuje, że slogan-hasło "nie znasz prawdziwego życia" przywoływane jest przez ludzi z trudami bytowymi, emocjonalnymi czy rodzinnymi. – Mówią go wszyscy, którzy mają trudności i w ten sposób się żalą. Często jest to określenie zastępcze, bo "prawdziwe" znaczy „z kłopotami, problemami, trudnościami”. A nieprawdziwe życia oznacza fatałaszki, jedwabie... – komentuje.

Ale te "jedwabie" wcale niekonicznie są tylko w Warszawie czy Wrocławiu. – Podział miasto-wieś przechodzi do historii. Szybkość transferu tak zrównoważyła te środowiska, że żeby prawdziwą wieś poznać, to trzeba mocno poszukać. I na tej wsi też niełatwo znaleźć kogoś, kto zajmuje się rolnictwem – zauważa prof. Nęcki.

"Tylko zakasać rękawy i pracować"
Na prowincji faktycznie słyszymy, że dziś wcale nie jest tu jednak tak źle. – Ja nie widzę gorszego życia na wsi niż w Warszawie. Dziś na wsi naprawdę nie jest źle. Jeśli ktoś tu mieszka, jeździ do pracy na 8 godzin, to wszystko gra. Najczęściej rolnicy mają problem, nie mają gdzie sprzedawać swoich produktów – mówi Stanisław Gliniak, sołtys Tryńczy na Podkarpaciu.

Jeździ po Polsce i obserwuje, jak wszystko się zmienia. – Domy, obejścia są piękne. Wieś nie jest już zacofana. Jak jest praca, to jest wszystko. Jeśli ktoś chce mieć jakiś standard życia, musi z siebie dać wszystko, zakasać rękawy i pracować – podkreśla.

Kolega, który pochodzi z Podkarpacia, w swoim rodzinnym domu słyszy to samo: – Jak ktoś pracuje, ma na prowincji dobre życie.

Dlatego prof. Nęcki słowa o prawdziwym życiu w ogóle uważa dziś za przerysowane: – Nie jest łatwo w Warszawie, nie jest łatwo w Ostrowcu i innych miastach. Podział trudów się wyrównał. Dlatego nie pyskujmy na siebie, tylko podajmy sobie dłoń.

"Darmozjady są zarówno na wsi jak i w mieście"
Eliza Michalik dowodzi jeszcze, że to takie polskie, bo u nas w kraju "hołubi się nędzę materialną, duchową i intelektualną, a zdolnych, mądrych, bogatych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe". Jej słowa pozytywnie odebrali nawet niektórzy czytelnicy prawicowych mediów. "Niestety ludzie coraz częściej oglądają się na rząd i się przyzwyczajają, że coś im skapnie. A zamiast dawać ryby, rząd winien dawać wędki. Michalik ma tutaj absolutną rację" – czytamy na stronie Telewizji Republika.

Na prowincji ludzi też rażą patologie – pewne zjawiska, które rozleniwiły wielu ich sąsiadów. Tu też słychać oburzenie na rządowe programy, które hodują darmozjadów.

"Tylko, że dziś na wsi nie musi być biedy i analfabetyzmu. Równie dobrze widać ja w dużych miastach! Prawda, każdy ma swoje, jedno życie. Najcenniejsze i najprawdziwsze, w punkt!", "Darmozjady są zarówno na wsi jak i w mieście. Uczciwi i nieuczciwi są wśród biednych i bogatych i jak zawsze każde uogólnienie jest nie do końca prawdziwe" – komentują ludzie pod wpisem dziennikarki.

Niedawno pewna rolnik z województwa kujawsko-pomorskiego opowiadała nam o rodzinie, której przed 500+ nie było stać na nic, a teraz to "jak ciężko pracują" kłuje wielu w oczy: – Oboje nie pracują, na papierosy nie było ich stać. A teraz on cały karton Marlboro kupuje.

Inna sołtys z małej miejscowości na Pomorzu: – W okolicy jest kilka takich rodzin, w których matka porzuciła pracę z powodu 500 plus. Albo się zwolniły albo na pół etatu przeszły. Twierdzą, że im się nie opłaca pracować, bo za dużo stracą. Wielu ludzi dostrzega tę niesprawiedliwość. Mówią o nich, że darmozjady, które nie pracują, a państwo im pomaga.

"Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma"
Sołtys z Tryńczy ocenia: – Jak ktoś ma szczęście w życiu, to wygra w totolotka. I ludzie postrzegają, że jest mu bardzo dobrze, bo się nie napracował na to co ma. Ale drugi od małego pracuje, by coś osiągnąć. Zakasze rękawy, nawet pojedzie za granicę, pracuje od rana do wieczora. Widzę potem, jakie ładne domy ci ludzie stawiają. Ale coś za coś. Gdzie by się nie mieszkało, to trzeba pracować.

Na pewno nie licytować się, kto bardziej zna prawdziwe życie. – Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – ocenia sołtys.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...