Lekkoatleci zaorali nie tylko konkurencję, ale i polskich piłkarzy. "Umówili się, żeby poniżyć celebrytów od piłki"

Polacy okazali się potęgą w Berlinie.
Polacy okazali się potęgą w Berlinie. Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Piłka nożna uznawana jest w Polsce za sport narodowy. Ale ostatnie wyniki reprezentacji i klubów z Ekstraklasy nijak się mają do tego, co dzieje się w dużo mniej nagłaśnianych dyscyplinach sportowych. Takie osoby jak Robert Karaś, Andrzej Bargiel czy lekkoatleci udowadniają, że ciężką harówką i niezłomnością można osiągać wielkie wyniki.


Nikt tego nie chciał dopuścić do myśli jeszcze przed mistrzostwami świata w Rosji, ale już po pierwszym meczu polskiej reprezentacji z Senegalem, okazało się, że pompowany od dłuższego czasu balon spektakularnie pękł, pozostawiając kibiców w stanie niedowierzenia. Skończyło się jak zawsze – meczem o honor.

Żeby tego było mało, zarówno Lech Poznań, Legia Warszawa i Jagiellonia Białystok poprzegrywały ostatnio swoje spotkania w europejskich pucharach, choć rywale z najwyższej półki nie byli. Również i rodzima piłka klubowa po raz kolejny zawiodła.

Jednak wystarczy tylko oderwać wzrok od piłki nożnej, a okazuje się, że sport w Polsce ma się naprawdę dobrze. Nasi reprezentanci osiągają znakomite wyniki pomimo nieporównywalnie mniejszego zaplecza finansowanego w porównaniu z tym, na jakie mogą liczyć piłkarze. To powszechnie mniej znani sportowcy dają dziś powód do prawdziwej dumy.

Przekraczanie ludzkich możliwości
Pierwszym dobrym przykładem postaci, o której powinno się więcej mówić jest triathlonista Robert Karaś. Patrząc na to, czego dokonał pod koniec lipca w mistrzostwach świata Triple Ultra Triahtlon w niemieckiej miejscowości Lensahn, można dojść do wniosku, że jest osobą niezniszczalną, niczym superbohater z uniwersum Marvela.


Bo tak trzeba określić fakt, że Karaś na morderczym dystansie potrójnego Ironmana, składającego się z 11,4 km pływania, 540 km jazdy rowerem i 126,6 km biegu (!), pobił 15-letni rekord globu. Już przy skończeniu trasy rowerowej nasz sportowiec miał dwugodzinną przewagę nad kolejnymi rywalami. Absolutna deklasacja. Dla wielu osób 540 km podróży samochodem to koszmar, on tyle zrobił rowerem!

Jego ostateczny wynik to 30:48.57 – poprzedni rekord poprawił o 59 minut. Trzeba koniecznie wspomnieć, że zawody odbywały się w piekielnie trudnych warunkach atmosferycznych – temperatura dobijała do 40 stopni Celsjusza. Jak przyznał w jednym z wywiadów – po zakończeniu rywalizacji przez prawie 3 dni nie mógł zasnąć.

– Drugiego dnia po zawodach uczyłem się chodzić. Koledzy z zespołu musieli mnie podtrzymywać. Zginanie stawów było męczarnią. Dwa dni po mogłem już zejść po schodach bokiem, trzymając się poręczy – mówił. Ale już w trzeci dzień czuł się normalnie i mógł biegać.

Gdzie indziej przyznał, że po zejściu z roweru po 12 godzinach jazdy było najtrudniej, ale nigdy nie pomyślał, że nie wytrzyma. Nawet w chwili, gdy zostały mu do pokonania ostatnie kilometry w biegu i musiał radzić sobie z coraz bardziej bolesnymi skurczami nóg.

29-latek z Elbląga jest także mistrzem i rekordzistą świata na dystansie podwójnego Ironmana w 2017 roku w niemieckim Emsdetten. 6-letni rekord pobił o 5 minut i 30 sekund. Karaś całkowicie poświęcił się swojej trathlonowej pasji – rzucił nawet pracę strażaka, którą jak sam przyznał, uwielbiał.

Dziś jest rekordzistą świata, prowadzi szkółkę triathlonu i przy okazji został ambasadorem marki Vistula. Dołączył tym samym do m.in. Roberta Lewandowskiego i Kamila Stocha. W pełni zasłużenie.
Nie ma rzeczy niemożliwych
Kolejnym zupełnie nieprawdopodobnym wyczynem popisał się 22 lipca tego roku 30-letni Andrzej Bargiel. Polak najpierw wszedł na K2, a później jako pierwszy człowiek w historii… zjechał na nartach z tej mierzącej 8611 metrów góry. Bargiel już rok temu próbował tego dokonać, ale przeszkodziła mu kiepska pogoda. Tym razem nic nie stanęło na jego przeszkodzie.

Niejeden himalaista przed nim podejmował próby pokonania K2 w ten sposób, ale tylko polski himalaista potrafił zjechać całą trasę na nartach. Nic dziwnego, że jego wyczynem była zachwycona chociażby wicemistrzyni olimpijska z Vancouver – Justyna Kowalczyk. "Mnie to na przykład zatkało! JESTEŚ WIELKI!" – napisała Kowalczyk na Twitterze.
Resume Andrzeja Bargiela robi wrażenie. Jest trzykrotnym mistrzem Polski w skialpinizmie i trzecim zawodnikiem Pucharu Świata w tej dyscyplinie. K2 był jego czwartym ośmiotysięcznikiem w karierze.

W 2016 roku ustanowił także rekord zdobycia Śnieżnej Pantery, czyli pięciu siedmiotysięczników na terenie byłego ZSRR. Przy okazji zjechał na nartach ze wszystkich zdobytych szczytów!

Zmęczenie nie wchodzi w grę
Niezmordowany okazał się także kolarz Michał Kwiatkowski, który 29 lipca jechał jeszcze w ostatnim etapie Tour de France, by już 4 sierpnia wystartować w 75. edycji Tour de Pologne. 28-latek uznał, że jego odpoczynek po TdF przebiega wyśmienicie i najwidoczniej nastała najwyższa pora, aby wygrać najważniejszy wyścig w kraju. I tak się stało.

Kwiatkowski nie pozwolił, by powtórzyła się sytuacja z 2012 roku, gdy przegrał pierwsze miejsce z Włochem Moreno Moserem o zaledwie 5 sekund. Było ciężko, ale Polak ostatecznie miał nad Brytyjczykiem Simonem Yatesem przewagę wynoszącą 15 sekund. Został zaledwie trzecim reprezentantem naszego kraju, który w XXI wieku wygrał TdP.

Kibice mogli mieć obawy, że po przejechaniu w naprawdę mocnym tempie 3,5 tys. km „Wielkiej Pętli” (Tour de France) Kwiatkowski po prostu może nie wytrzymać siedmiu dni wyścigu liczącego sobie 1013,3 km.

I nikt by mu tego nie miał za złe. W końcu nawet Rafał Majka, czyli ostatni przed nim polski zwycięzca TdP, zrezygnował z udziału w wyścigu. "Kwiato" okazał się jednak niezłomny i szalenie ambitny.

Worek z medalami
W zeszłym tygodniu Legia Warszawa w pierwszym spotkaniu 3. rundy eliminacji przegrała u siebie z Luksemburskim F91 Dudelange 1:2. W trakcie tego meczu szybko wyszło, że piłkarze Legii będą odgrywać w nim rolę statystów. Tego samego nie można powiedzieć o naszych lekkoatletach na mistrzostwach Europy w Berlinie, które miały miejsce 6-12 sierpnia.

Polacy zdobyli 12 medali, z czego siedem było złotych, cztery srebrne i jeden brązowy. W klasyfikacji medalowej zajęliśmy ostatecznie 2. miejsce. Wygrali Brytyjczycy, którzy zepchnęli biało-czerwonych z 1. lokaty po ostatniej konkurencji.
Jednak najbardziej może cieszyć, że od pierwszego dnia na Stadionie Olimpijskim Polacy odgrywali jedne z pierwszych skrzypiec. Już wtedy zdobyli 4 medale i wiadomo było, że są naprawdę mocni w tym roku.

I faktycznie – dalej było równie świetnie. To m.in. przyczyniło się do tego, że ostatniego dnia mistrzostw mieliśmy już naprawdę dużo polskich kibiców na stadionie. Część z nich przyjechała zobaczyć Anitę Włodarczyk, która w typowym dla siebie stylu wygrała w konkursie rzutu młotem. Inna Polka, Joanna Fiodorow, w tych samych zawodach zajęła 3. miejsce.

Złote medali wywalczyli także Adam Kszczot, Justyna Święty-Ersetić, sztafeta pań 4x400 metrów, Michał Haratyk, Wojciech Nowicki oraz Paulina Guba.

A mogło być ich jeszcze więcej – np. tyczkarz Piotr Lisek pokonał wysokość 5,90 m, ale zajął pechowe czwarte miejsce. To tylko świadczy, jaki poziom miał ten konkurs, skoro Polak z takim wynikiem był tuż poza podium.

Wyniki oglądalności
W sobotę, czyli dniu, w którym Polacy na mistrzostwach Europy w sto minut wywalczyli 3 złote medale, ponad 3,2 mln widzów obejrzało ich starty. W środę w szczytowym momencie 5. etapu Tour de Pologne zmagania kolarzy oglądało 1,07 mln widzów. Tego dnia triumfował Michał Kwiatkowski. Dane oparte są na podstawie modelu oglądalności rzeczywistej.

Wyniki w sumie niezgorsze, ale bledną, gdy porównamy je ze średnią oglądalnością meczów Polaków na mundialu – ta wyniosła 11,06 mln widzów według firmy Nielsen Audience Measurement. Porażkę Polaków z Kolumbią obejrzało 13,64 mln osób. Jacek Kurski informował, że wynik był nawet wyższy – 16,8 mln kibiców.

W październiku tamtego roku 10 spotkań eliminacji do mistrzostw świata obejrzało na kanałach Polsatu i Polsatu Sport w sumie niemal 74 miliony widzów – najsłabsza oglądalność wynosiła ponad 5 mln.

Jedynym dziś sportem, który ma szansę powalczyć z piłką nożną na tym polu są rzecz jasna skoki narciarskie. Puchar Świata 2017/2018 oglądało średnio 5,11 mln widzów, ale tu też były spadki. Medalowy konkurs Kamila Stocha podczas zimowej olimpiady obejrzało łącznie 7 milionów. Cztery lata temu w Soczi złoto Stocha śledziło 11,2 mln widzów.

Powyższe liczby trafnie oddają podział, jaki istnieje od dawna w polskim sporcie. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że jak pisał na swoim Twitterze dyrektor TVP Sport, Marek Szkolnikowski, w dniu meczu Legia–Dudelange, to lekkoatletyka cieszyła się trochę większym powodzeniem.
Teraz wystarczy poczekać aż w końcu telewizja oraz sponsorzy mocniej zwrócą swoją uwagę w stronę mniej eksponowanych dyscyplin sportowych. Tam, gdzie za sprawą ciężkiego wysiłku i ogromnego poświęcenia nasi sportowcy dokonują niebywałych rzeczy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Reserved 0 0Reserved pokazuje inną twarz lat 80. Wieczorowa kolekcja bierze z nich to, co najlepsze
T-mobile 0 0Zachwyciła go postać epizodyczna. Tomasz Raczek zwraca uwagę na szczegóły kultowego już filmu
Renault 0 0Łatwiejsza jazda. W tym modelu kierowca poczuje, co to znaczy prawdziwe wsparcie
INNPoland 0 0Wielka awaria w popularnym banku. Niektórym klientom wyzerowało konta
Żółty Tydzień 0 0Jeden organ, 500 funkcji. Taka jest wątroba. Jakie choroby mogą ją zniszczyć?
0 0Chorujesz na jaskrę i uwielbiasz jogę? To połączenie może nie być dobre dla oczu