Gdzie się podziały tamte plakaty? Autor grafiki do filmu "Kler" popełnił grzech ciężki

Kiedyś polskie plakaty filmowe zapadały w pamięć, teraz wywołują śmiech na sali
Kiedyś polskie plakaty filmowe zapadały w pamięć, teraz wywołują śmiech na sali Fot. materiały prasowe
O współczesnych polskich plakatach powiedziano już chyba wszystko, a jednak wciąż powstają koszmarki jak ten reklamujący "Kler". Wydawać by się mogło, że najbardziej oczekiwany film tej jesieni zasługuje na lepszą grafikę promocyjną, tymczasem plakat z miejsca stał się memem - nawet nie trzeba go przerabiać, by śmieszył.

Trzeba przyznać, że "Kler" na długo przed premierą robi ogromny szum w sieci. Najpierw zwiastunem, który na chwilę zniknął z internetu z powodu fragmentu nagiej piersi Joanny Kulig. Teraz o filmie mówi się w kontekście plakatu, który jest solidnym kandydatem do zgarnięcia antynagrody Węża w tej kategorii.

W pierwszej chwili pomyśleliśmy, że to fejk...

Opublikowany przez Węże Czwartek, 30 sierpnia 2018
Plakat do filmu "Kler"
Obsada i reżyser nadchodzącej produkcji o Kościele tworzą absolutną czołówkę artystów polskiej kinematografii. Wojciech Smarzowski to jeden z najbardziej utalentowanych reżyserów, a Janusz Gajos to klasa sama w sobie. Podobnie jak pozostali aktorzy.

Plakat pod względem informacyjny spełnia swoje zadanie: z pewnością z odległości stu metrów można dostrzec wielki napis KLER, do tego mamy sarkastyczne hasło i rozpoznawalne twarze (choć wyglądają jakby głowy doklejono później) - szkoda tylko, że nie zgadzają się z kolejnością nazwisk. O co zatem wielkie halo?

Całość została obdarta z jakiekolwiek artyzmu, a plakat można wręcz interpretować jako kpinę z widza: "I tak pójdziesz na ten film, po co więc mamy wydawać kasę na grafika?". Prosta forma z pewnością ma za zadanie trafiać do wszystkich, ale minimalizm też może ładnie i atrakcyjnie wyglądać - i nie chodzi mi tylko o meble z IKEA.


– To raczej krótkowzroczność dystrybutorów skupionych na szybkim zarobieniu pieniędzy – przyznaje w rozmowie z naTemat Dawid Gryza, organizator Festiwalu Filmowego Kocham Dziwne Kino i kolekcjoner plakatów z Ghany.
Dawid Gryza
Organizator Festiwalu Filmowego Kocham Dziwne Kino i kolekcjoner plakatów z Ghany

Docierają więc do masowego odbiorcy za pomocą opatrzonych gęb znanych aktorów i prostego tekstu, żeby Janusze i Grażynki nie musieli się broń boże domyślać o co tu chodzi. Gra Gajos, Więckiewicz, Braciak i Jakubik. Czegóż chcieć więcej? Aktualnie dominuje raczej tendencja - im większa produkcja - tym gorszy plakat.

Okazuje się, że do filmu "Kler" powstały dwa plakaty. Pierwszy, komercyjny, już mieliśmy okazję zobaczyć, drugi, graficzny, pojawi się niedługo, a jego autorem jest znany artysta, jeden z kontynuatorów Polskiej Szkoły Plakatu, Andrzej Pągowski. – Oba będą się uzupełniać, ale z pierwszym nie mam nic wspólnego. Mój jest mocniejszy, bardziej związany z polską szkołą, komentujący film, ale trzymający się konwencji – mówi naTemat artysta.

– Pierwszy plakat koncentruje się głównie na aktorach. Zdecydowana większość dystrybutorów woli plakat, jak ja to nazywam: "głupi", traktujący odbiorcę jak idiotę. To konsekwencja automatyzacji produkowania plakatu. "Kiniarze" sprzedają filmy aktorami, bo większość ludzi przez ten pryzmat jednak wybiera film – mówi artysta.

Polska szkoda plakatu
Grafiki promujące współczesne filmy nie tylko ranią oczy, ale i serce, bo w pamięci mamy małe dzieła sztuki znane pod hasłem "polska szkoła plakatu". Krajowi artyści nie mieli sobie równych. Reżyser Martin Scorsese stwierdził, że twórcom plakatów filmowych w Polsce udało się zawrzeć w swoich pracach syntezę całego filmu.
– Można powiedzieć, że słynna polska szkoła plakatu przestała istnieć wraz ze zmianą ustroju z końcem lat 80. XX wieku. Chociaż nieliczni artyści tworzący wówczas plakaty w dalszym ciągu to robią (lub robili jeszcze w latach 90.), to efekty ich pracy nie są uznawane za oficjalne postery promujące filmy. To, co obserwujemy od 30 lat, oczywiście z pojedynczymi wyjątkami, to jakiś estetyczny koszmar – przyznaje Dawid Gryza.

Rozwój kapitalizmu przyniósł chaotyczne, przeładowane, pokraczne plakaty bez pomysłu - adekwatne do krzykliwych bilbordów i reklam ulicznych znanych w całej Polsce. Autor strony na Facebooku o przewrotnej nazwie "Polska szkoda plakatu" uważa, że artystyczne plakaty nie są nikomu potrzebne.

- "Pani Teresko, czy graficy wrócili już z urlopów?" - "Nie Panie Sławku, mają wolne do 31-go" - "Ok, aha, ok, to...

Opublikowany przez Polska Szkoda Plakatu Niedziela, 19 sierpnia 2018
– Choć na każdych artystycznych studiach Polska Szkoła Plakatu jest wałkowana na wszystkie możliwe sposoby i stawiana za wzór przez wykładowców grafiki starej daty, to w zetknięciu z rzeczywistością już nikt nie wyłożyłby na prace w tym stylu żadnych pieniędzy i nie zaryzykował dystrybucji filmu w oparciu o taki plakat. Za duża kasa do stracenia, za dużo dyrektorów po marketingu i zarządzaniu którzy o tym decydują i za dużo ludzi do wywalenia z roboty – przyznaje gorzko Łukasz z "Polskiej Szkody Plakatu".

Łukasz, który na swojej stronie zbiera "najtrudniejsze przypadki", usystematyzował to, czym się charakteryzują współczesne polskie plakaty. – Główna cecha moim zdaniem to gra w skojarzenia, na którą każdy Kowalski w mniejszym lub większym stopniu się załapie – przyznaje w rozmowie z naTemat.

Cechy Nowej Szkoły Polskiego Plakatu:
1. Znane gęby / znane nazwiska – najlepiej pokazać je wszystkie i jak największe
2. Informacja o "Filmie twórców [wstaw tytuł jakiegoś poprzedniego hitu]"
3. Ilość nominacji do różnych nagród lub wyświetleń na festiwalach wszelkiej maści.
4. Chwytliwe, tabloidowe hasło często przesadzone, w typie "najbardziej oczekiwany film roku" albo "najśmieszniejsza komedia tego lata"

Zdaniem słynnego plakacisty, wina leży po stronie dystrybutorów, którzy zatrudniają agencje marketingowe. – To jest skandaliczna sytuacja, że Polacy - mając taki dorobek w plakacie - idą po linii najmniejszego oporu. Jednak zaczyna się coś dziać – zapewnia Andrzej Pągowski.
Andrzej Pągowski
Artysta, kontynuator Polskiej Szkoły Plakatu

Kino Świat podejmuje pierwsze kroki i tym razem - obok plakatu komercyjnego - będzie równolegle prezentowany plakat graficzny. Od początku takie było założenie. o krok milowy w promocji filmów w Polsce, bo może skłoni dystrybutorów do przemyślenia komunikatów, jakie wysyłają do publiczności.

Zmiany w podejściu do projektowania plakatów widać też w firmie Next Film.

– Pracując przy plakacie do filmu "Kamerdyner" zorganizowano dla mnie specjalną sesję na planie. Miałem aktorów, kostiumologa, makijażystę i fotografa. Pracowałem z nimi jak reżyser i uzyskałem zupełnie inny efekt, choć to nadal plakat zaspokajający wszystkie komercyjne potrzeby. Jest to wyreżyserowana scena zdjęciowa, a nie przypadkowy montaż zdjęć aktorów – wyjaśnia plakacista. Poniżej rzeczony plakat.
– Jednak kompletnym przełomem jest plakat do nowego filmu Krzysztofa Zanussiego "Eter", gdzie jest tylko grafika. Czyli można – wyjaśnia Pągowski. Plakat, o którym mowa, wygląda jakby był wyciągnięty żywcem z tajemnych archiwów starej szkoły, ale to tylko złudzenie - powstał w tym roku, a galerie sztuki już się o niego biją.
W Polsce nadal powstają świetne plakaty
To nie jest tak, że w naszym kraju nikt poza Andrzejem Pągowskim nie umie już robić dobrych plakatów. Artyści tworzą je, ale są rozklejane na festiwalach za granicą. Dobry przykład to nominowany do zeszłorocznych Węży film "Ptaki śpiewają w Kigali" państwa Krauze.

– Miał rewelacyjny plakat na festiwale filmowe na świecie, a gdy trafił do Polski straszył nas takim koszmarkiem. Dlaczego? A może my się nie znamy, przecież w tej branży pracują zawodowcy i skoro robią takie plakaty, to znaczy, że takie odnoszą sukces. Jeśli tak jest, to pozostaje nam załamać ręce i przyznawać nagrody – mówił w rozmowie z naTemat jeden z pomysłodawców plebiscytu Kamil Śmiałkowski.
Inny przykład podawania perełek za granicą to plakaty do "Córek Dancingu". W USA promowane są jako horror o syrenach, a u nas wygląda to jak film o disco polo. Wnioski nasuwają się same, prawda?
To nie jest też tak, że w Polsce brakuje talentów. Mamy ich pod dostatkiem! Wystarczy, że wejdziecie na stronę wall-being, a opadnie wam szczęka i zapragniecie powiesić któryś z plakatów od polskich twórców. Patrzenie na nie wręcz relaksuje. Niestety takie dzieła prędzej zobaczymy w galerii sztuki, niż w multiplexie.

Absurdalną niszę w kinematografii zauważyli też graficy - nie tylko amatorzy, ale i zawodowcy, których z pewnością rozsadza od środka, gdy idą do kina i widzą, co się wyprawia na ścianach. Alternatywne plakaty filmowe to potężna gałąź sztuki, której pełno w internecie. Zobaczcie poniższe cudeńka od Grzegorza Domaradzkiego. Trudno się oderwać od jego konta na Instagramie.
O dziwo, ambitnych plakatów brakuje w przestrzeni nie tylko z powodu ograniczonych środków na promocję, ale ogólnego sposobu myślenia, który trudno będzie wykorzenić.

– Czasami piszą do mnie autorzy polskich wersji plakatu, które pokazuję u siebie. Tłumaczą, że to nie ich wina, że końcowy plakat wygląda jak wygląda. Bo przy ich najszczerszych chęciach zrobienia czegoś wartościowego, zawsze mają za plecami biurwę lub managera, który wie lepiej i ciągle wszystko dla niego jest na tym plakacie za małe – opowiada Łukasz z "Polskiej Szkody Plakatu". – Co więcej, nawet reżyserzy często nie mają wpływu jak film będzie reklamowany. Zastrzega to sobie dystrybutor, a tam już "rządzi" Excel.

Administrator strony przemyca na koniec ciekawostkę od pracownicy dużego dystrybutora. – Jak powstają polskie tytuły filmów? Każdy pracownik ma prawo napisać propozycję, zostawić ją na firmowej lodówce, po czym urządza się głosowanie na najbardziej "sprzedajny" tytuł – zdradza Łukasz. Plakaty to ta sama para kaloszy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...